Wystąpił błąd w tym gadżecie.

Artykuły prasowe

                                     JÓZEF CYRANKIEWICZ I ROTMISTRZ PILECKI

   W maju 1945 roku do amerykańskiego komendanta byłego obozu koncentracyjnego w Mauthausen przyszedł jeden z ocalonych więźniów i poprosił o rozmowę z oficerem wywiadu. Mężczyzna ten, posługując się płynną angielszczyzną powiedział, że przyszedł z KL Auschwitz w marszu śmierci i ma do przekazania bardzo ważne informacje. Kilka dni wcześniej, ten sam człowiek poprosił o uwolnienie Kazimierza Rusinka kapo obozu w Stutthof, którego amerykański dowódca aresztował za bestialskie pobicie Szymona Wiesenthala. Rusinek został osadzony w bunkrze razem z SS- manami, którzy uniknęli samosądu.
   Człowiekiem poszukującym kontaktu z alianckim wywiadem był Józef Cyrankiewicz, późniejszy premier i człowiek numer jeden w PRL.
   Po kilku dniach doszło do spotkania. Cyrankiewicz zaproponował oficerowi wywiadu, że za szybkie przekazanie go do Polski odda jakieś bardzo ważne dokumenty. Nikt nie wie czym były tajemnicze akta, ale zważywszy na obozową przeszłość Cyrankiewicza, można snuć wiarygodne domysły. Kapo Kazimierz Rusinek powrócił razem z Cyrankiewiczem do kraju i szybko zrobił polityczną karierę. Został ministrem w rządzie PRL.
    Józef Cyrankiewicz i Józef Stalin

   Cyrankiewicz urodził się 23 kwietnia 1911 roku w Tarnowie i wbrew pogłoskom nie był Żydem. Na początku lat 20 tych z całą rodziną przeniósł się do Krakowa i zamieszkał w małej kamienicy tuż obok Błoni. Studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim prawo i bardzo szybko związał się z krakowskimi komunistami z PPS. Według oficjalnych źródeł aresztowany w 1941 roku i osadzony w więzieniu przy Montelupich, a rok później przewieziony do Auschwitz. Według źródeł nieoficjalnych i zeznań kilku więźniów obozu, przebywał w Oświecimiu już w 1940 roku. Można przypuszczać, że rok 40 podawany był w pierwszej wersji, mającej skonstruować oficjalny życiorys Cyrankiewicza, a wiązało się to ściśle z przybyciem w tym roku do KL Auschwitz rotmistrza Witolda Pileckiego i próbą połączenia dwóch historii w jeden chwalebny życiorys.
                               Rotmistrz Witold Pilecki

   Witold Pilecki aresztowany w Warszawie w 1940 roku, kierując się rozkazem wniknięcia do obozu Auschwitz, nie podjął ucieczki i nie zgodził się na wykupienie z rąk hitlerowców. Jego bohaterska misja rozpoczęła się 21 września i trwała trzy lata.
   Pilecki, występujący w KL Auschwitz jako Tomasz Serafiński, otrzymał numer obozowy 4859. Pracował w obozie w różnych komandach; był sprzątającym, pielęgniarzem, stolarzem, rzeźbiarzem. W ciągu kilku tygodni zorganizował zalążki konspiracji obozowej. Posłużył się modelem utajnionych "piątek", które miały bardzo ograniczone kontakty pomiędzy sobą. Bazą było pięć górnych "piątek", niezależnych i nic o sobie nie wiedzących, które rozwijały się w dolne "piątki". Pierwsza "górna piątka" powstała jesienią 1940, druga dopiero w marcu 1941. Do pierwszej "piątki" należeli: Władysław Surmacki - nr 2759. Władysław Dering - nr 1723. Jerzy de Virion - nr 3507.Eugeniusz Obojski - nr 194. Alfred Stössel - nr 435.
 Organizacja przyjęła nazwę Związek Organizacji Wojskowych.
   Z biegiem czasu organizacja rozrosła się do wielu komórek ulokowanych w kilku komandach obozu. Należeli do niej m.in. narciarz Bronisław Czech i artysta rzeźbiarz prof. Xawery Dunikowski. Objęła nawet kilku więźniów funkcyjnych. Szpital obozowy stał się ważną enklawą konspiracji. Zorganizowano pierwszy kontakt z ludnością cywilną poza obozem, którą wykorzystano dla przerzutu lekarstw. Konspiracja miała własny sąd, wydawała wyroki śmierci na kapusiów, które wykonywano przy pomocy wszy zakażonych tyfusem, albo zamieniając kartoteki więźniów z wyrokami śmierci wydanymi przez Niemców. Spenetrowano również tzw. Aufnahmenkommando Oddziału Politycznego - Politische Abteilung, czyli obozowego Gestapo.
Józef Cyrankiewicz trafił do KL Auschwitz – według wersji oficjalnej - z więzienia na Montelupich w Krakowie 4 września 1942 [nr 62933]. W obozie Cyrankiewicz współpracował z socjalistami, oraz z komunistami niemieckimi i austriackimi – wszyscy  podejrzewani o współpracę z Politische Abteilung [obozowym Gestapo].
Od niemal pierwszego dnia Cyrankiewicz otrzymał status więźnia funkcyjnego i w krótkim czasie awansował na blokowego pisarza. Przyjaźnił się z obozową śmietanką kapo i nadzorcami. Zaangażowany w ruch konspiracyjny prowadził szeroko zakrojoną agitację polityczną wśród więźniów. Po nieudanej ucieczce z obozu spędził w bunkrze przy Gestapo trzy tygodnie, po czym został wypuszczony i powrócił na eksponowane stanowisko pisarza.
                              Józef Cyrankiewicz

  26 czerwca 1944, przed transportem do Buchenwaldu, Henryk Baroszewicz, członek kierownictwa ZOW, wtajemniczył Cyrankiewicza w konspirację obozową związku. Wkrótce potem nowy więzień Auschwitz, inspektor katowicki AK, Wacław Stacherski, przekazał mylną informację jakoby Cyrankiewicz był przywódcą ZOW. Na podstawie tej informacji, latem 1944, komendant Okręgu Śląskiego AK, płk. Zygmunt Janke "Walter" mianował konspiracyjnie Józefa Cyrankiewicza "Rota" dowódcą ZOW.
Tak zrodziła się legenda "Cyrankiewicza-bojownika oświęcimskiego", rozdmuchana natychmiast po wojnie przez komunistyczną propagandę. Po powrocie do Polski Cyrankiewicz odszukał prawdziwego Tomasza Serafińskiego i dowiedział się od niego o roli Pileckiego w Auschwitz. Po powrocie samego Pileckiego miał mu pośrednio zaproponować ujawnienie się i milczenie w zamian za zapewnienie bytu materialnego. W meldunku nr 6 z 4 września 1946, Pilecki wspomina Cyrankiewicza i to, iż ten spotkał się z Serafińskim i szukał materiałów do referatu "Oświęcim walczący".
Maria Bielecka wspomina: "Kiedy po powrocie do Polski [1946] odwiedził mnie Witold Pilecki, powiedziałam mu, że straciłam okazję do wysłuchania relacji o Oświęcimiu. Witold uśmiechnął się: 



"Ten odczyt się nie odbył. Miał go wygłosić Cyrankiewicz. Kiedy dowiedziałem się o tym, napisałem do niego, że jestem w posiadaniu dokumentu dotyczącego jego pobytu w Oświęcimiu. I jeżeli on ośmieli się mówić o konspiracji w Oświęcimiu, to ja opublikuję posiadany dokument. Odczyt się nie odbył".




Kilkadziesiąt lat po tamtych wydarzeniach polskie gazety opublikowały wywiad z bratankiem Witolda Pileckiego, w którym Krzysztof Pilecki odpowiadając na pytania Jadwigi Knie – Górnej stwierdził: „ Stryj doskonale wiedział, że jego przeszłość (Cyrankiewicza) w KL Auschwitz była zupełnie inna niż ta, którą rozpowszechniały władze PRL. Według tej drugiej, Cyrankiewicz był bohaterem oświęcimskim i założycielem obozowej organizacji konspiracyjnej. Prawda jednak była inna. Józef Cyrankiewicz w obozie popełnił mnóstwo nikczemnych czynów. Był esesmańskim donosicielem. Przez niego zginęło wiele osób. Stryj ułożył w całość fragmenty dramatycznych zbiegów okoliczności. Doszedł do tego, że po kolei ginęli bez śladu ci członkowie organizacji konspiracyjnej, którzy mieli bliższy kontakt z Cyrankiewiczem.”
27 grudnia 2007 tygodnik „Wprost” opublikował artykuł na temat domniemanego szpiegostwa Józefa Cyrankiewicza na rzecz Gestapo. Odezwali się naoczni świadkowie i potwierdzili podane przez pismo fakty. Jednak oficjalne źródła niczego nie wykazały, chociaż wiadomym jest, że przez wiele lat Cyrankiewicz miał szeroki dostęp do akt obozowych, a nawet wypożyczał te bardziej dla niego interesujące.
   Rotmistrz Pilecki uciekł z obozu w 1943 roku i natychmiast zaangażował się w walkę podziemną z okupantem. Był oficerem AK. Przeszedł przez powstanie warszawskie i emigrację. Powrócił do kraju w 1946 roku, pracując nadal w podziemiu. Aresztowany przez UB 8 maja 1947 roku, oskarżony o szpiegostwo został osądzony i skazany na karę śmierci. Jedyną osobą, która mogła ułaskawić Pileckiego był Józef Cyrankiewicz. W trakcie procesu prokurator odczytał pismo od Cyrankiewicza skierowane do sądu. W piśmie tym potępiał Pileckiego i odżegnywał się od znajomości z oskarżonym i tym samym odsuwał szansę na ułaskawienie. Wyrok wykonano strzałem w tył głowy. Nikt nie wie gdzie pochowano rotmistrza Witolda Pileckiego.

 proces Rotmistrza Witolda Pileckiego


                                     "PRZYPOMNIJMY O ROTMISTRZU - KONKURS".

  




-------------------------------------------------------------------------------------------------------------


                    

                        Geniusz, czy hochsztapler – pokrętne życie Stefana Ołpińskiego

   Urodził się w Tarnowie. - To wszystko co możemy na pewno powiedzieć o Stefanie Ołpińskim. Pochodził z bardzo znanej rodziny, zapisującej swój rodowód od czasów króla Kazimierza Wielkiego, znaczącej patriotyzmem najbardziej tragiczne karty w historii Rzeczpospolitej. Może dlatego trudno jest powiedzieć coś jednoznacznie i nazwać życie Stefana Ołpińskiego, vel von Osten – Olpinski, jednym przymiotnikiem. Wedle formalnych dokumentów – Liber Naturom – Ołpiński urodził się w Tarnowie 1 stycznia 1898 roku. Zmarł na tyfus, otruty zastrzykiem fenolu, albo na zapalenie płuc w obozie Auschwitz, w styczniu 1944 roku. Domniemanie „albo” przewija się przy każdej historii z życia Olpińskiego i w sposób nader zawiły pokazuje jego osobę. Czy Stefan sam prokurował tyle fałszywych ścieżek biograficznych, czy dorobili to badacze jego życia, do tego już nikt nie dojdzie, a obiektywna prawda pozostanie tylko prawdą subiektywną. Jedynym dostępnym źródłem o życiu Ołpińskiego jest książka Jerzego Rawicza pt. „Kariera szambelana”, która bardziej jest PRL-owską agitką , próbującą podważyć morale II Rzeczpospolitej, niż w sposób merytoryczny opowiedzieć o S. Ołpińskim.

   Stefan urodził się w 1898, a może 1896, albo w 1894 - w zależności od źródła historycznego - w rodzinie tarnowskich krawców Leona i Wiktorii Ołpińskich. Z powodów narastającej konkurencji i malejących dochodów rodzina Ołpińskich przeprowadziła się do Sanoka, gdzie Stefan ukończył siedem klas szkoły i w 1912 roku, będąc jeszcze dzieckiem uciekł z domu do Wiednia. W stolicy Austrii zaprzyjaźnił się z wiele od siebie starszym pisarzem włoskim, znanym z licznych obyczajowych skandali, homoseksualistą  Gabriele D`Annunzio. Kilkudziesięcioletni pisarz miał duży wpływ na Stefana i opiekując się chłopcem zaszczepił w nim zamiłowanie do wiedzy i nauki. Po powrocie w 1913 roku do Sanoka, Stefan poświęcił się czytaniu książek i nauce języków, a każdą wolną chwilę spędzał w samotności, marząc o wielkim świecie.

   Po wybuchu pierwszej wojny światowej wyruszył na front. I tutaj znowu określenia „ale, albo” nie pozwalają na zgłębienie tego okresu. Jedne źródła mówią, że wstąpił wraz z ojcem do Legionów Piłsudskiego, a inne podają jakoby został powołany do armii austryjackiej. Zważywszy jednak na młody wiek nie mógł służyć w wojsku, więc rodzi się pytanie o jego datę urodzin. Już w czasie wojny, przebywając na leczeniu mianował się oficerem i sam sobie nadał order za męstwo – ta sprawa nigdy nie została wyjaśniona do końca.
   Do Sanoka powrócił w 1918 roku. Z wojny przywiózł piękną żonę i nieskrywaną chęć wyrwania się z małego miasteczka w świat. Ożenił się z Węgierką, zapoznaną w Sopronie, ale nigdy nie przejawiał ochoty na ustatkowane życie. Wprawdzie założył swój zakład krawiecki, lecz był to tylko pretekst do częstych podróży, niby w interesach. Ołpiński jeździł do Krakowa i szykował tam sobie lepsze i wygodne miejsce do interesów. Nawiązał wiele znajomości w tak zwanym towarzystwie, chełpiąc się bohaterską przeszłością i wyimaginowanymi znajomościami.

   Piękna żona nie wytrzymała długo, rzuciła Ołpińskiego i wyjechała na Węgry, a zadowolony Stefan przeniósł się do Krakowa. Niemal od pierwszego dnia rzucił się w wir niepewnych interesów. Został handlarzem broni, detektywem, właścicielem kilku kin i szefem wytwórni filmowej. Już wtedy padło podejrzenie o współpracę Ołpińskiego z niemieckim i polskim wywiadem. W 1924 roku Krakowem wstrząsnęła wiadomość o brawurowej ucieczce z więzienia bolszewickiego szpiega Szabesa Haselnussa. Dochodzenie doprowadziło policję do Stefana, który rzekomo miał pomóc Szabesowi, dostarczając mu broń i ustawiając przekupionych strażników. Ołpiński trafił na kilka miesięcy do więzienia, ale sprawę umorzono. Dlaczego? Ołpiński, albo był niewinny, albo miał wyrobione zbyt mocne znajomości. Po tym zdarzeniu Ołpiński zmienia miejsce zamieszkania na Warszawę.

   Warszawa przywitała Stefana jeszcze większymi możliwościami niż stary Kraków. Szybko odnalazł się w towarzystwie i zaczął robić interesy. Pierwszą aferą jaka pojawiła się przy osobie naszego bohatera była sprawa wyłudzenia wielkiej sumy pieniędzy z American Express Company, ale – bo przy nazwisku Ołpiński zawsze jest jakieś ale – niczego Stefanowi nie udowodniono, a on sam umocnił swoją pozycję w warszawskim establishmencie. Dopiero w 1932 roku po wybuchu tak zwanej „afery drożdżowej” nastąpił przełom w życiu Stefana Olpińskiego.
   Sprawa była skomplikowana i ciągnęła się niemal do wybuchu drugiej wojny światowej. Ołpiński chcąc przełamać monopol kartelu drożdżowego, zaatakował w prasie ówczesnego wiceministra finansów Stefana Starzyńskiego. Zarzucił Starzyńskiemu żydowsko – niemiecki spisek wymierzony w polski przemysł i branie od kartelu wysokich łapówek w zamian za niedopuszczanie do produkcji drożdży wytwórni spoza związku. Informacje o łapówkach posiadł od swego informatora, zatrudnionego w kartelowej księgowości. Ołpiński został uznany winnym zniesławienia wiceministra, ale cała sprawa powróciła po kilku latach i okazało się, że Stefan dobrze strzelał, ale źle trafiał. Przy innej sprawie wyszło na jaw, iż wysokiej rangi politycy otrzymywali spore sumy na kampanie wyborcze w zamian za pilnowanie interesów kartelu. Pieniądze szły przez konta bogatych magnatów, następnie do Lewiatana i BBWR (Bezpartyjny Blok Wspierania Reform), a stamtąd na konta notabli. Ołpiński dostał 10 miesięcy więzienia, ale kary nie odsiedział. Po prostu uciekł z Polski. Od tego wydarzenia wrogowie Stefana przykleili mu łatkę kryminalisty i człowieka niegodnego szacunku.

   Nazwisko Ołpińskiego szybko pojawiło się w wielkim świecie, tym razem w Berlinie. Tuż po podpisaniu przez Polskę i Niemcy paktu o nieagresji – 1934 roku – w Berlinie zaistniało wydawnictwo Eropapress, które miało prowadzić akcję propagandową na rzecz przyjaźni polsko – niemieckiej. Redaktorem naczelnym tej dywersyjnej instytucji został Stefan Ołpiński, podpisujący się już wtedy von Osten – Olpinski. Nasiliły się podejrzenia o jego działalność szpiegowską, ale jednocześnie Osten spotykał się z Józefem Beckiem i pomagał w wydaniu książki generałowi Sikorskiemu. Pisał listy do Hitlera i Paderewskiego. Rodzą się kolejne niewiadome. Po politycznej nagonce Ołpiński rezygnuje z pracy w Eropapress i wyjeżdża do Francji.

   W Paryżu Stefan wydał, na rok przed wybuchem wojny, książkę pod tytułem „Podnieśmy Ją wzwyż”, w której podał datę napaści Niemiec na Polskę i opisał kampanię wrześniową. Informacje zawarte w książce okazały się bardzo zbliżone do prawdy.

   Ostatnim etapem burzliwej drogi tarnowianina Stefana Ołpińskiego był… KL Auschwitz.
9 października 1942 przybył do obozu i – jak w całym swoim życiu – nie wiadomo skąd i na czyje polecenie. Wiadomo tylko, że był to transport zbiorowy w liczbie 41 osób. Relacje współwięźniów są bardzo różne i skrajnie odległe od siebie. Dla jednych Ołpiński był agentem obozowego gestapo, dla innych człowiekiem z niemiecką przeszłością, a dla niektórych groźnym człowiekiem. Wiadomym jest, że Stefan nie był w obozie byle kim. Ubierał się w czyste pasiaki, a nawet gustowny płaszcz. Mieszkał w swoim jednoosobowym pokoju, przylegającym do baraku. Miał co jeść i darzony był przez SS – manów sporą sympatią.
Zmarł w styczniu 1944 w szpitalu, a ostatnim jego gestem było wylanie podanego mu kompotu na ziemię. Oficjalnie podaje się, że przyczyną śmierci Ołpińskiego był podarowany mu sweter zapuszczony zakażonymi tyfusem wszami, ale – no właśnie – inna wersja mówi o zastrzyku z fenolem, a inna o zapaleniu płuc.
   A jednak - po Stefanie Ołpińskim zostało zdjęcie wykonane przez obozowego fotografa, które pokazuje człowieka wyniszczonego fizycznie, ubranego w stary i połatany pasiak i wiele niedomówień ukrytych w słowie „ale”.


   
                                     
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Świętokradztwo i zbrodnia na Jasnej Górze

   W 500 lecie bitwy grunwaldzkiej, na krakowskich Plantach, padły 3 pistoletowe strzały, a na trotuar upadł z przestrzeloną głową Stanisław Rybak. Morderca nie uciekał i spokojnie oczekiwał na przybycie policji. Pistolet oddał przypadkowemu przechodniowi i stwierdził, że zabił właśnie szpiega. Stanisław Rybak został zamordowany z wyroku partii Narodowy Związek Robotniczy, której był prominentnym działaczem. W trakcie śledztwa i późniejszego procesu okazało się, że Rybak miał bardzo poważne powiązania z zakonnikiem jasnogórskim Kacprem Macochem vel Damazym. Według zeznań świadków zamordowany Rybak często spotykał się z ojcem Macochem i przypuszczalnie – nigdy nie zostało to udowodnione – prowadzili razem na terenie klasztoru komórkę NZR, której zadaniem było wyławianie z tłumu pątników carskich szpiegów i pozyskiwanie pieniędzy na działalność partii. Ta wielowątkowa historia zaczęła się kilka lat wcześniej.
    Wieści o życiu jasnogórskiego klasztoru dochodziły do Tarnowa sporadycznie. W czasie zaborów, z powodu kłopotów granicznych i konieczności posiadania paszportów (Częstochowa była w zaborze rosyjskim), nie istniały pielgrzymki, a klasztor odwiedzało rocznie zaledwie dwa tysiące wiernych, pochodzących z Galicji. Jedynym źródłem informacji była gazeta Pogoń, na bieżąco relacjonująca co ciekawsze wydarzenia. W 1909 roku czytelnicy Pogoni zostali poinformowani o mrożącym krew w żyłach świętokradztwie.
   23 października tegoż roku, bracia Paulini Jasnogórscy zauważyli z przerażeniem, że cudowny obraz zmatowiał. Jak potem opowiadali oficerom rosyjskiej policji śledczej - nawet nie śmieli się zbliżyć i zbadać co się stało, podnieśli tylko krzyk, na który zbiegła się reszta zgromadzenia. Złote korony nad głowami Matki Boskiej i Dzieciątka, wysadzane drogimi kamieniami, zostały odłamane, a z obrazu Matki Boskiej złodzieje zdarli perłową sukienkę. Zniknęły drogocenne vota. Ogrom przestępstwa mierzono nie tylko śmiałością świętokradców, ale też ilością łupów. W tarnowskich kościołach księża odprawiali żałobne nabożeństwa i modlili się z wiernymi o odzyskanie świętych precjozów.
    Policja natychmiast wszczęła intensywne śledztwo i odtworzyła drogę złoczyńców do kaplicy. Dostali się tam skomplikowanymi zakamarkami budynków klasztornych, wybierając jednocześnie najdogodniejszą trasę. Było więc jasne, że kradzieży dokonali ludzie znający dobrze rozkład budowli. Przy bliższym badaniu śladów okazało się, że złodziejom znane były najtajniejsze szczegóły konstrukcji kaplicy.
   Winą za świętokradztwo biskupi obciążyli ruch robotniczy, a jednocześnie było ono wykorzystywane przez część hierarchii kościelnej w Polsce w rozgrywkach wewnętrznych. Od dawna przeor klasztoru jasnogórskich Paulinów o. Euzebiusz Rejman popadł w niełaskę u hierarchów katolickich, próbując uniezależnić się od nich i uznawać tylko zwierzchnictwo Rzymu. Stolica apostolska odnosiła się do przeora przychylnie, co jeszcze bardziej gniewało obrażone pomijaniem "drogi służbowej" polskie władze kościelne. Okradzenie obrazu nie przynosiło Paulinom chwały i ułatwiało zadanie wrogom – rosyjskiej cerkwi - oraz obciążyło o. Rejmana szeregiem zarzutów. Wreszcie odwołano długoletniego i zasłużonego dla chwały klasztoru przeora.
   W połowie roku 1910 tarnowska Pogoń doniosła o innym i bardzo ważnym wydarzeniu, które całkowicie odwróciło bieg śledztwa. W pobliżu wsi Zawady, w powiecie radomskim, dokonano makabrycznego odkrycia. Miejscowi wieśniacy zauważyli, że na powierzchni kanału pływa duża drewniana skrzynia. Była nią ceratowa sofa obszyta matą uplecioną z rogoży. Do sofy, skrępowany i owinięty w stare futro, przywiązany był trup mężczyzny. Dziennik "Świat" pisał:
   „Zamordowany to wysoki blondyn, około lat 35, cokolwiek ryży. Rany zostały zadane ręką pewną i śmiałą. Sekcja wykazała, że pierwszą ranę otrzymał zamordowany podczas snu. Oprócz zadawania ciosów morderca dusił ofiarę.”
   Do przeprowadzenia śledztwa przyjechał specjalny wysłannik carskiej policji kapitan Czernogołowkin. Jednak, pomimo intensywnych poszukiwań, sprawa stała w miejscu, a wszystkie wątki upadały w miarę postępowania. Czernogołowkin postanowił zmienić metody śledcze i odniósł sukces. Skonstatował, że wybite na rogożu insygnia są numerem kwitu kolejowego i krok po kroku odnalazł nadawcę i odbiorcę sofy. Przesyłka numer 7744 wysłana była 27 czerwca 1910 roku z Krzemieńca przez kupca Borensztajna. Natychmiast przerzucił agentów do Częstochowy. Śledczy z największą ostrożnością badali, kto odbierał w Częstochowie ładunek 7744. Funkcjonariusz stacji kolejowej pokazał listę pokwitowań; gdzie figuruje kupiec częstochowski, handlujący wyrobami z wikliny, nazwiskiem Potok. Poddany przesłuchaniu Potok stwierdził, że rogoże sprzedał jako dodatek do wielkiego kosza nieznanemu klientowi, który odjechał dorożką.
   Po kilku dniach, badając wszystkie okoliczności związane z sofą, rosyjski kapitan odkrył, że odbiorcą i późniejszym właścicielem sofy był nie kto inny, a wspomniany na wstępie ojciec Damazy, czyli Kacper Macoch.
    Ofiarą mordu był Wacław Macoch, stryjeczny brat Damazego. W celi zakonnika zostaje znaleziona korespondencja z niedawno poślubioną żoną Wacława, Heleną z Krzyżanowskich, mieszkającą w Warszawie przy ul. Żelaznej 31. Niestety, w warszawskim mieszkaniu Krzyżanowskiej policja nie zastała podejrzanej pary, a wszystko wskazywało, że ścigani zbiegli w nieznanym kierunku. 
     Wszczęto pościg. Potem wyszło na jaw, że Damazy i Helena zostali ostrzeżeni telegramem wysłanym z Częstochowy od nieznanego nadawcy. Helena zostaje aresztowana u siostry, w powiecie miechowskim. Ojciec Damazy, przebrany w sutannę świeckiego księdza i okulary, dotarł do znajomego proboszcza w Niegowonicach, prosząc go o konie. Stąd miał blisko do Olkusza, gdzie nawiązał kontakt z pewnym przemytnikiem. Po wypiciu kilku wódek i ustaleniu zapłaty Damazy przekroczył granicę. Dotarł do Trzebini, tam nocował i zniszczył część papierów, a rano poszedł na dworzec. Wsiadł do międzynarodowego pociągu i w Krakowie wpadł w ręce oczekujących na niego policjantów. Po aresztowaniu oświadczył, że chce wyznać całą prawdę o świętokradztwie, o innych kradzieżach na terenie klasztoru i morderstwie.
   Proces rozpoczął się w końcu lutego 1912 roku i wywołał wielkie poruszenie. Niektórzy upatrywali bowiem w sprawie Macocha prowokację Ochrany - carskiej policji politycznej, która chciała w ten sposób skompromitować polski Kościół. Wykorzystując to kryminalne wydarzenie, nacjonalistyczne gazety rosyjskie gwałtownie zaatakowały polskie duchowieństwo, jako rzekomo zepsute do szpiku kości. Liczono na to, że przez rozgłos o morderstwie dokonanym przez zakonnika osłabnie rola Kościoła w krzewieniu polskości.
   Macoch przyznał się do morderstwa i zmieniając często zeznania skierował całą sprawę na wątek miłosny. Opisał romans jaki miał z Krzyżanowską, doprowadzenie do fikcyjnego ślubu Heleny z jego krewniakiem i ujawnił proceder okradania klasztoru. Zabił w trakcie kłótni o Krzyżanowską, co do której zaczął rościć pretensje Wacław. Pieniądze pochodzące z kradzieży przeznaczał na utrzymanie kochanki.
   Opisany wcześniej Stanisław Rybak był bardzo aktywnym emisariuszem partii i często objeżdżał Galicję, zbierając od przedsiębiorców pieniądze przeznaczone na tłumienie strajków robotniczych, organizowanych przez polityczną konkurencję. Często bywał w Tarnowie. Przyjaźnili się z Macochem i spotykali, co nasuwało podejrzenia o zbieraniu pieniędzy również przez zakonnika, ale wątek polityczny tej sprawy został całkowicie zlekceważony przez sąd. Macoch otrzymał wyrok 15 lat więzienia.
   Dzisiaj już nie da się odpowiedzieć na pytanie dlaczego sąd w ogóle nie rozpatrywał procederu okradania klasztoru, chociaż Macoch do wszystkiego się przyznał. Rosyjskie gazety pisały o strachu przed ujawnieniem jakichś ważnych i kompromitujących faktów i ukrycie tajemnicy pod płaszczykiem pospolitego zabójstwa. Zamordowany stryjeczny brat Macocha też był zaangażowany w prace partyjne ZNR.
/za Krzysztof Kąkolewski „Rozkaz zabić”/


                                                     przeor Reiman



    sukienka koralowa




-------------------------------------------------------------------------------------------------------------





                                                       Jan Głuszak - Dagarama

- Co jeszcze chcesz wiedzieć. Nie jesteś pewien czy ja to wszystko mówię poważnie, co było kamuflażem, co wykrętem? Czy zmieniam poglądy jak żongler? Stary, many face of life And work, wiele twarzy życia i pracy. Tak jest, stworzyłem te pojęcie na własne potrzeby, żeby się tłumaczyć takim jak ty. Tak jest, przed sobą nie muszę się tłumaczyć. Stary, mogę ci jeszcze powiedzieć, że umiem się śmiać z samego siebie. Nie powiesz, żeby było to takie częste. Zresztą osądź to wszystko jak chcesz.
Powyższy cytat pochodzi z długiego monologu, wygłoszonego przez Jana Głuszaka dla swojego przyjaciela Stanisława Potępy, który mozolnie spisał i uporządkował chaotyczne słowa i opublikował w artykule pt. „Urzędnik Federacji Kosmicznej” w Tygodniku Temi - grudzień 1978 roku. Spowiedź – wywiad, zbiegł się z wybraniem Karola Wojtyły na Ojca Świętego i miał niebagatelny wpływ na ocenę enigmatycznej i nie do końca zrozumiałej postaci - wizjonera architektury z Tarnowa Jana Głuszaka.
Urodził się 12 marca 1937 roku w Tarnowie. Po zdaniu matury w I Liceum – 1955 rok – podjął pierwszą, nieudaną próbę dostania się na studia. Po roku intensywnej nauki podjął następną próbę i po akceptacji lekarzy – był chory na schizofrenię – rozpoczął studia na wydziale architektury Krakowskiej Politechniki. Nie należał do wybitnych studentów, a wpisy do jego indeksu pokazują oceny dostateczne i dobre. Studiów nie ukończył, nie zdążył do mety w wyścigu z chorobą, która zdominowała całe jego późniejsze życie. Po trzecim roku nastąpił gwałtowny nawrót schizofrenii, co zapoczątkowało nieustający ciąg cyklicznych pobytów w szpitalach, nieszczęść i aktów samozniszczenia. Będąc na studiach, Głuszak poznaje prace architektów wizjonerów, twórców futuryzmu w Europie, czyta ich manifesty i jednocześnie umacnia w sobie przekonanie o wielkości własnych wizji. W późniejszych rysunkach i tekstach Głuszaka można doszukać się koncepcji Antonio Sant`Elie, Yakova Chernikhova, Richarda B. Furrela, a w obracających się wokół własnej osi wieżowcach Fischera, źródło do koncepcji domów, wędrujących w kierunku słońca. W trakcie studiów bierze udział w wystawach, konkursach i wchodzi w dyskurs o architekturze z polskimi wizjonerami przyszłości. Pierwszy poważny sukces Głuszaka, to na pewno wystawa we Wrocławskim Muzeum Architektury, gdzie został zauważony i doceniony – po latach, w 1969 roku, wrocławskie muzeum zakupiło wszystkie prace Głuszaka i zaprezentowało na wielkiej wystawie „Jan Głuszak – architekt przyszłości”. W 1965 roku, na łamach „Projektu” ukazał się obszerny artykuł Jerzego Hryniewieckiego o Janie Głuszaku i to zapoczątkowało – jak twierdził Głuszak – budowanie jego legendy. Posypały się propozycje, często absurdalne, ale dodające kolejne mity do historii tarnowskiego wizjonera. W rozmowie ze Stanisławem Potępą, Jan Głuszak tak opowiedział o własnej mitologii:
„Stary to są legendy, zresztą ja ich nie dementuję, one mi robią dobrą robotę, tworzą wokół mnie mity/…/No, właśnie. Domalewski napisał w „Dzienniku” o trzech biznesmenach, którzy przyjechali do Tarnowa z Arizony aby szukać Domu Kultury według mojego projektu, a Pyrczak w „Panoramie” zrobił z nich Amerykanów z Chicago. Poza tym chciałem ci Stary powiedzieć, że sam tę legendę wypuściłem. Szedłem kiedyś wieczorem do domu i jacyś Amerykanie pytali o drogę do Rzeszowa. W tym samym dniu jeszcze puściłem pogłoskę, że byli u mnie Amerykanie i pytali o mój dom kultury, którego projekt widzieli na wystawie we Wrocławiu/…/Efektem całej mojej publicity, systematycznie i starannie wklejanej do specjalnych ksiąg, były nie tylko zlecenia prac naukowych. He, He! Dostawałem też sporo listów, szczególnie od kobiet.”
Mało kto wiedział, że Głuszak jest bardzo chory, że jego wizje są częściej objawami, niż przebłyskami geniuszu. Pisał do siebie listy od wyimaginowanych kochanek, pisał oferty na projekty monumentalnych budowli, na nieistniejące nigdy, umiejscawiane w dalekim świecie gmachy, mosty, osiedla. Bawił się swoją legendą, która wbrew logice powstała już za życia, nazywając siebie komikiem i dobrym aktorem. Można zadawać pytania o to, co było szczere i prawdziwe, a co zwykłą kokieterią artysty, albo doszukiwać się chorobliwej megalomanii, można, tylko, że w konfrontacji z dziełami wszelkie domysły stają się pustą narracją, a artystyczna wizja dominuje i upraszcza dociekania do jednego stwierdzenia – Jan Głuszak był artystą, który dotknął fizycznie swojego posłannictwa i nazwał je „boskim”. Antoni Wolak, wieloletni przyjaciel Głuszaka wspomina:
„Swego czasu pracował w pracowni architektonicznej w Myślenicach… i tam to się stało, po powrocie do (w miarę) „normalnego” zdrowia… Tam też rozszedł się z Olgą i zaraz potem spalił sobie rękę (obok dworca w Myślenicach była budowa), w takim piecu - blaszaku służącym robotnikom do grzania. I wtedy doświadczył „mistycznych wizji”, jak zwykł mówić i zaczęła się jego wielka gehenna... Kiedy przyjechała policja, przemawiając na peronie (wspomnianego dworca) do przypadkowych podróżnych, wyjął spod płaszcza częściowo zwęgloną rękę - wyobrażam sobie jak ona musiała wyglądać. Został zawieziony prosto do szpitala, bo jak mówił Jasiu, nie było mowy o założeniu kajdanek i aresztowaniu. Podobno jedna kobieta uklękła przed nim i ucałowała poły jego płaszcza, wzywając Boga na świadka i tym podobne, robiąc słowne zaklęcia.”
Po powrocie, już na stałe, do Tarnowa pracował w Spółdzielni Inwalidów, a potem w Tarnowskim Muzeum, gdzie był portierem. Tarnowska bohema przyjęła Głuszka - Dagaramę z otwartymi ramionami i zaprosiła do swojego towarzyskiego anturażu, promując jego wizjonerstwo i tajemniczość. Stanisław Potępa, Jan Rybowicz, Andrzej Lenartowicz, Antoni Wolak, Adam Bartosz i inni, zauroczeni nadrealizmem Głuszaka, skutecznie spopularyzowali dokonania miejscowego futurysty i wizjonera, a jego mały dom za wiaduktem kolejowym, przy ulicy Lwowskiej, stał się miejscem spotkań tarnowskich intelektualistów i wyjściem do powstawania nowych idei artystycznych.
Opisany na wstępie związek Głuszaka z Janem Pawłem II jest zapisany w tytule dzieła – manifestu Dagaramy, „De Labore Solis”. Jak pisał autor, nazwa pochodzi ze średniowiecznej przepowiedni świętego Malachiasza, który w krótkich sentencjach łacińskich nazwał i opisał wszystkich przyszłych papieży, po dzień dzisiejszy. Interpretatorzy przepowiedni przypisują „De Labore Solis” papieżowi Janowi Pawłowi II, który za życia wykazał wielki trud – Labore – w swoim pontyfikacie, a słońce – Solis – związane było poprzez daty zaćmień słońca z narodzinami i pogrzebem Ojca Świętego. Jan Głuszak, jeszcze w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, napisał bardzo znamienne proroctwo, w którym podał rok swojej śmierci, jako początek życia swoich wizji i urzeczywistnienie myśli architektury przyszłości, podając jednocześnie konkretną dekadę, która odnowi jego historię. O dziwo, jego proroctwo i śmierć, zbiegają się z rocznicą śmierci papieża. Po wielu latach milczenia i zapomnienia o Janie Głuszaku, jego historia wypłynęła w 2005 roku, roku śmierci papieża Jana Pawła II.

„Na to, żebym mógł coś z siebie wydobyć po latach, musiałbym mieć dużo więcej czasu.








Był na tyle szalony, że proboszczowi z Rzędzina wyznał w sekrecie (chcąc poznać jego reakcje), że miał stosunek seksualny na torach z Matka Boską i temu podobne harce słowne, że układał fraszki, że pisał (od czasu do czasu) wiersze i czytał je nam, (jeden nawet był publikowany w miesięczniku „Poezja”), układał teksty piosenek, które miały na celu obrazić jego matkę, będącą osobą w podeszłym wieku. Matka z trudem znosiła jego wyskoki, a poza tym nie rozumiała go do końca. Jego ojciec, można powiedzieć, był ziemianinem, a tam gdzie teraz stoją bloki, od kościoła na Rzędzinie w górę, aż do kolejnego kościoła na nowym osiedlu, od Spadzistej do Grabówki i w kierunku Klikowej, było jego rodziców. Przed wojną jego ojciec był stajennym księcia Sanguszki.” – napisał Antoni Wolak.

Jan Głuszak zmarł śmiercią własną, wychodząc przez okno drugiego piętra szpitala psychiatrycznego w Straszęcinie pod Dębicą… w roku 2000.
/Gazeta Krakowska/


-------------------------------------------------------------------------------------------------------------






                                       Marian Wodziński - lekarz z Katynia

„Dr Wodziński jest więc najważniejszym tu świadkiem, nie tylko w skali naszych, polskich dochodzeń prawdy, ale i w skali światowej. Powinien być zatem pierwszą osobą figurującą na wszelkich zgromadzeniach poświęconych zbrodni katyńskiej; zapraszany do wygłoszenia odczytów o tej zbrodni nie tylko wśród emigracji polskiej, ale również w obcych językach w innych krajach. Dlaczego tak się nie dzieje? Przecież publikuje się na ten temat utwory ludzi, którzy w Katyniu nigdy nie byli. Nieraz cenne, ale czasem mniej lub więcej spekulatywne, a już zwłaszcza nadskakuje się autorom obcojęzycznym, którzy niejednokrotnie grzeszą spora dozą ignorancji. A o istnieniu wśród nas dra Wodzińskiego dowiadujemy się raptem w 40 rocznicę zbrodni, wiosną 1980, z listu do redakcji „Dziennika Polskiego”!... Pomijam już własne doświadczenie w tej sprawie, wydaje mi się wszakże nie od dziś, że w pewnych środowiskach emigracyjnych istnieje tendencja do niejakiej zakulisowej manipulacji w doborze tzw. świadków historii minionej wojny. Nieraz, jak w tym wypadku, z uszczerbkiem dla tej historii.” – Monachium, Józef Mackiewicz („Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza” Londyn 1980, nr 121, z 22 maja) List Józefa Mackiewicza, pisarza i świadka ekshumacji grobów katyńskich, przypomniał po wielu latach niebagatelny udział tarnowianina Mariana Wodzińskiego w ujawnieniu całemu światu mordu, dokonanego na polskiej inteligencji przez stalinowski reżim. Marian Wodziński urodził się 8 maja 1911 roku, ojciec Władysław Emilian był naczelnikiem I Kasy Skarbowej w Krakowie. Miał brata Stanisława, który w 1949 roku podpisał zgodę na współpracę z Urzędem Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie. Marian Wodziński w 1936 roku Ukończył Wydział Lekarski Uniwersytetu Jagiellońskiego i po studiach pracował na krakowskiej uczelni, w zakładzie anatomii patologicznej. Tam też uzyskał doktorat. Od marca 1940 roku należał do ZWZ, a od 1943 roku do AK. W kwietniu 1943 roku, po odkryciu przez Niemców grobów katyńskich, został powołany przez Polski Czerwony Krzyż w skład komisji dla zbadania miejsca zbrodni. Komisja działała w Katyniu przez 5 tygodni. Ze swej pracy, będąc na emigracji w Anglii, sporządził w 1947 roku raport. W czasie ekshumacji odnalazł m.in. zwłoki majora dr. Wiktora Kalicińskiego, legionisty, lekarza, który był krewnym szwagierki Mariana Wodzińskiego Krystyny z Drezińskich. Zidentyfikował zwłoki kilku znajomych oficerów i ukrywając przed Niemcami odnalezione przedmioty, przekazał je po powrocie do Polski rodzinom, co najprawdopodobniej zostało wykorzystane przez nieprzychylnych Wodzińskiemu ludzi - w 1978 roku, na łamach Paryskiej Kultury, Gracjan Jaworowski – uczestnik pierwszej ekshumacji – nazwał Wodzińskiego narkomanem i oskarżył o ograbianie zwłok. To niewątpliwe fałszerstwo zdementował w tym samym piśmie Józef Mackiewicz. Marian Wodziński po powrocie do Polski stał się jednym z niewielu naocznych świadków i „żywym dokumentem” sowieckiej zbrodni. W 1945 roku aresztowany przez NKWD i zwolniony na prośbę naukowców z UJ – być może to aresztowanie nie miało nic wspólnego z Katyniem, bo tuż po zwolnieniu prokuratura wystosowała za Wodzińskim list gończy. Po kilkumiesięcznym ukrywaniu – odwiedzał w tym czasie rodzinę w Tarnowie – Wodziński uciekł za granicę i zamieszkał w Anglii. Zmarł w 1986 roku, a jego prochy zostały sprowadzone przez rodzinę do Tarnowa. Do końca życia nie wypowiadał się na temat zbrodni katyńskiej, a jego raport był publikowany zaledwie dwa razy. Historię Mariana Wodzińskiego pierwszy w Tarnowie opisał - w 1988 roku - historyk Antoni Sypek, a tarnowski filmowiec Bogusław Hynk pracuje nad filmem o słynnym doktorze z Tarnowa.
grób Mariana Wodzińskiego na Cmentarzu Starym w Tarnowie
/Gazeta Krakowska/