Wystąpił błąd w tym gadżecie.

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Wahadło Newtona



                                                      
   Obraz wisiał nad łóżkiem, pod Matką Boską Ostrobramską. Pomiędzy nimi świeciła swym wiecznym ognikiem czerwona lampka, świadcząca o obecności Ducha Świętego w naszym domu. Malowidło wykonał na zamówienie mojej babki, Józek Tryba, domokrążca, który raz w tygodniu przychodził na nasze podwórze i wykrzykiwał pod oknami zachrypniętym dyszkantem – Ostrzę noże! Ostrzę noże! – Józek był wesołym człowiekiem i podobno potrafił wszystko.
   Babka miała przyjaciółkę, Fenię, zamieszkałą w Meksyku. Spędziły razem cztery lata w obozie koncentracyjnym Gross – Rosen i od niej dostawała regularnie kolorowe widokówki. „Odkrytkę” zaniosła Józkowi, a ten przyjął zamówienie na wykonanie obrazu według wzoru. Jego znany
w okolicy talent artystyczny ograniczał się do malowania widoków z mostkiem i anioła przeprowadzającego dzieci nad przepaścią, – taki obraz wisiał w naszym przedpokoju, więc trochę kręcił no­sem, ale zlecenie przyjął i pobrał zaliczkę.
   Dzień odsłonięcia dzieła wypadł w niedzielę. Zasiedliśmy wszyscy wokół okrągłego stołu,
a babka podała lipową herbatę. Józek przez chwilę mocował się z oporną ścianą, wbijając odpowiedni gwóźdź, po czym zawiesił wielką taflę dykty. Przez chwilę panowała zupełna cisza. Babka stała na środku pokoju i wpatrywała się w malowidło, potakując z zadowoleniem głową.
   Pierwszy wybuchnął śmiechem mój starszy brat. Potem, śmiech przeszedł na innych i pokój wypełnił się nieludzkim rechotem.
– Milczeć zarazy! – krzyknęła babka. – Nie macie pojęcia o sztuce!
   Obraz przedstawiał pokrojone w kawałki arbuzy. Czerwień miąższu dominowała na całej powierzchni i wyglądała jak rozlana krew. Owoce były pokrojone w ćwiartki i ozdobione powycinanymi ząbkami, a czarne pestki rozsypywały się wokół.
– A nie mówiłem? – powiedział Józek. – Nie mówiłem? Ale tak kazali i tak mają.
– Tyś mnie, Tryba, lekko oszukał – stwierdziła babka i uśmiechnęła się do Józka.
– No, jak to?
– Na odkrytce, jeden arbuz ma wykrojone w miąższu litery. Tutaj ich nie ma, kochany Trybo.
– Jakie litery? Jak to, zamazane jakieś... To jak miałem przeczytać?
– No, dobrze – powiedziała babka. – Niech tak zostanie. – Po czym wypłaciła honorarium.
   Byłem najmłodszy w domu, więc miałem przywilej spania z babką. Łóżko przylegało do ściany
z obrazami, a czerwona lampka rzucała lekką poświatę na arbuzy. Przed snem liczyłem czarne pestki. Kawałki owoców straszyły twarzami bajkowych potworów i uśmiechały się do mnie,
a obraz zamieniał się w filmowy ekran. W tym czasie nie znałem smaku tych owoców, ale bardzo wyraźnie czułem ich zapach. Po wielu latach zrozumiałem, że był to słodki oddech mojej babki.

                                                                        * * *

   Nie wiem ile jest metrów wokół krakowskich błoni. Na moje oko, jakieś dwa kilometry z hakiem. Dwa tysiące małych kawałków, takich na długość kroku, albo, żeby było jaśniej, na pół obrotu rowerowego pedału. Julia jedzie zawsze z przodu, na małej damce, przyklejona okrągłym tyłkiem do siodełka, wkręcona w malutkie, plastykowe siedzisko jednym kolistym ruchem bioder. Gdy siada, delikatnie wsuwa je pomiędzy grube uda i zakręca szerokim, lambadowym ruchem. Można powiedzieć, że nabija się na mały trójkąt gestem zamaszystym i korbowodowym – używając technicznej terminologii.
   Jadę za Julią na wielkim męskim góralu, przejętym po jej byłym mężu – Jużcięniekocham, wyremontowanym przez jej kochanka – Rolnika, dla kochanka – Pisarza, według ścisłej instrukcji kochanka – Naukowca. Jak w rodzinie. Każdy z nas ma swoje miejsce i wie, jaka jest mu przypisana danina. Był jeszcze kochanek – Nikt, ale to nie miało znaczenia. Ten szwagier, kuzyn prawie, nasza rodzina, miał dwa metry wzrostu i bardzo chory kręgosłup. Przypadłość ta eliminowała w pozostałych odczucia zazdrości. Kochanek – Nikt, nie mógł, lub zaniemógł, nieważne. On nie sypiał z naszą Julią. Współczuliśmy facetowi od serca i jednocześnie zacieraliśmy ręce. Zawsze to większy kawał tortu do podziału.
   Kochamy Julię bardzo, każdy po swojemu, według najbardziej skrywanych fantazji i wybujałych oczekiwań. Dajemy jej wszyscy siebie, ale każdy zupełnie coś innego, a ona ma dzięki temu pełny zestaw niepowtarzalnych doznań. Rolnik zjawia się raz w miesiącu z pełnymi torbami płodów, wyhodowanych w ciężkim znoju na ziemi ojców i obdarowuje Julię z prostotą kmiecia, przeliczając wszystko na minuty, godziny, noce. Pisarz, jest bardziej wyrafinowany. Jego daniną są uciechy intelektualne w postaci książek, napisanych własną ręką i nieodłącznej butelki whisky. Książek napisał cztery, więc braki pisarskie zastępuje alkoholem i opowieściami z życia śląskiej bohemy.
   Najbardziej tajemniczym szwagrem jest Naukowiec. Mieszka gdzieś na końcu Europy,
w miasteczku wielkich mózgów i uniwersytetów. Czym się zajmuje? Tego nie wiem, ale z różnych rozmów wynika, że siedzi tam sobie i intensywnie myśli. Często podróżuje po Europie, robi jakieś badania, potrzebne do następnego patentu. Ma bardzo serdeczny stosunek do nas wszystkich,
a najbardziej lubi Rolnika.
– Witam pana – mówi znudzonym głosem. – Dzwonię żeby zapytać, a co tam słychać?
– Wszystko jest na swoim miejscu, panie O. – odpowiadam grzecznie. – Właśnie wybieram się do Krakowa.
– Do naszej Julii? Do niej pan...
– Tak – przerywam. – Do kogo bym... No, do kogo?
– Wie pan? Ostatnio dużo myślałem o R. On ma kiepską sytuację, nie? R. często jeździ do Julii z tej wsi. Żal mi go, panie Jery.
– Chce, to jeździ. Mnie on niepotrzebny.
– Jery! Pan zbyt prosto stawia sprawy. Tak nie można.
   Naukowiec myśli o wszystkim z filozofią wynalazcy. Nie ma spraw prostych i logicznych. Wszystko jest trudne i należy podchodzić do tego powoli.
– Długo myślałem – mówi. – Wie pan? Wykombinowałem, że my się złożymy i kupimy R. jakieś auto! Powie pan K?
– Nasz K. nie ma pieniędzy. Jego wydawca nie płaci honorarium.
– No, widzi pan – odpowiada zakłopotany. – To, co pan proponuje. Czy możemy coś pomóc? Człowiekowi ze wsi?
– Możemy. Takie autko można kupić za trzy tysiące, góra. Rozumie pan?
– To, tak, no, to pan pójdzie w Krakowie do mojego brata. Ja tam za chwilę zadzwonię, a pan pójdzie i mój brat da pieniądze. Zadzwonię wieczorem i podam adres. Dobrze?
– Moment! – odpowiadam zaskoczony. – Pan chce sam kupić samochód? Temu R.?
– Może tak, tak właśnie bym chciał. A! Jeszcze jedno. Ile to euro, panie Jery? Chodzi o te trzy tysiące, nie?
– Jakieś tysiąc będzie, tych euro... Co powiemy Julii?
– Jej? A nic nie powiemy, nic. To w końcu nasza sprawa. Rodzinna... he he he!
   Jadę za Julią na męskim góralu, odziedziczonym po Jużcięniekocham i wpatruję się w jej pracujące, jak dwusuw pośladki. Małe siodełko, wbite pomiędzy półkule mięsa, wygląda jak cienki patyk, podtrzymujący głowę cukrowej waty. Wieczorem pójdziemy na basen, a potem będzie cała moja. Wygładzona siodełkiem rowerowym i wykąpana, wypływana.

                                                                     * * *

   Któregoś letniego dnia, babka wysłała mnie do sklepu. Bardzo lubiłem chodzić na zakupy, była to okazja do oglądania ulicy, a nawet zawierania nowych znajomości.
– Pamiętaj, pół funta cukru i patrz uważnie na strzałkę wagi – powiedziała. – Do tego kupisz dwa słodowe piwa i natychmiast do domu. Tak?
– Tak, babko.
   Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Przy takiej okazji nie mogłem się powstrzymać od zerknięcia w kilka interesujących miejsc. Pierwsze było podwórko. Wszedłem na kwadratowy plac
i przewinąłem się trzy razy przez trzepak, potem rzuciłem kilka kamieni w stronę wymalowanej na ścianie swastyki, sprawdziłem czy wejście do nory szczurów nie jest zatkane i wybiegłem na ulicę. Pamiętam, było upalne lato, a środkiem brukowanej jezdni jechały cygańskie wozy. Przed zakładem fryzjerskim siedział młody żołnierz z namydloną twarzą i uśmiechał się do gromadki dzieci, przypatrujących się pracy golibrody. Pan Kowal ostrzył brzytwę o szeroki pas i śpiewał włoskie piosenki. Zbliżyłem się do żołnierza i dotknąłem palcem białej piany, kłębiącej się na jego policzkach.
– To boli? – zapytałem
– Boli jak diabli. A ty gdzie? – odpowiedział. – Idziesz gdzieś, chłopaczku?
– Do sklepu idę, żołnierzu, a co?
– To zmiataj!.
    Sklep był na końcu ulicy. Jeszcze po drodze zerknąłem do pracowni krawieckiej i wulkanizatora. Gdy dotarłem do celu, zobaczyłem cztery wozy konne, kryte kolorowymi plandekami. Stały przy sklepie, a gromada małych, cygańskich dzieci biegała wokół. Cyganiątka wchodziły pod brzuchy zwierząt i krzyczały w nieznanym języku do przechodniów. Starsi Cyganie siedzieli na murku
i jedli czerwone arbuzy, spluwając pestkami przed siebie. Przystanąłem w zupełnym zachwycie
i gapiłem się, łowiąc wszystkie odgłosy jedzenia. Mężczyźni uśmiechali się do mnie.
– Ciawa! – zawołał jeden, chyba najstarszy z nich. – Chcesz kawałek? Nie bój, ciawa, my dobrzy.
– Babka mi zakazała – odpowiedziałem.
– Chodź, ciawa, zjedz harbuza, no, masz – podszedł i przystawił mi kawałek owocu do ust. – No, jedz. Ciawa, jedz.
– Nie chcę!
– Boisz się nas?
– Nie boję, ale arbuza nie będę.
– Harbuzy dobre, jedz.
– Nie!
– A ja ci mówię, jedz! 
   Złapał mnie za włosy i przyłożył czerwony miąższ do ust. Zacisnąłem mocno zęby.
– Żryj smarku, jak dają! 
   Sok spływał po brodzie i ściekał na koszulę. Po chwili Cygan przestał. Nagle odchylił się i uderzył mnie kawałkiem arbuza w twarz.
– Bynka ciawa! – zawołał i uderzył jeszcze raz.
   Inni mężczyźni podeszli i obrzucili mnie kawałkami owoców. Gromadka cygańskich dzieci wypełzła spod wozów i koni. Wtedy zobaczyłem biegnącego ulicą żołnierza. Pędził wielkimi susami i wywijał nad głową wojskowym pasem. Za nim podążał fryzjer, pan Kowal, trzymając
w ręku drewniany taboret.
   Cyganie uciekli w popłochu na wozy i zacięli konie. Tabor odjechał spod sklepu szybkim kłusem.
    Dwa dni po tej przygodzie, gdy nie było nikogo w domu, wyjąłem z kredensu puszkę czarnej farby i zamalowałem obraz z arbuzami.

                                                                         * * *

    R. samochodu nie dostał. Zmarł szybko i nieoczekiwanie, a właściwie spodziewanie, ale nie tak, że już dziś, lub jutro. R. pił duże ilości podłego alkoholu, więc jego odejście było przewidywalne, co do powodu, lecz rozłożone w zagadce czasu, jakim jest wytrzymałość serca i wątroby. Spirytus „Royal”, mający skutecznie przerzedzić rosyjską populację, zebrał żniwo na naszej starej, sądeckiej ziemi. W dniu śmierci R., zadzwonił do mnie Jużcięniekocham.
– Pan będzie dzisiaj u Julii?
– Tak, to mój weekend – odparłem grzecznie.
– Ona już wie, że R. nie żyje, a pan już też, skoro mówię... Bo ja mam prośbę, panie Jery.
– Toś mnie pan! – Aż przysiadłem z wrażenia. – Fajny sposób na przekazywanie wieści o śmierci!
– Bo ja mam inną sprawę i lepiej jak pan tam pojedzie wiedząc, a sprawa nie jest byle jaka.
– Wal pan śmiało – odpowiedziałem nieco już spokojniej.
– Pan musi ją odwieść od przyjazdu na pogrzeb. Bardzo o to proszę. Pewnie ona nie mówiła, ale my w tej wsi mamy dom i jej romans z R. jest tutaj szeroko znany i potępiany.
– Nie wiedziałem, ale rozumiem.
– Niech teraz sobie pan pomyśli. R., kochanek w trumnie, a za nią idzie rzucony mąż i niewierna żona. Dla niej to nic nie znaczy, ale ja tu zostałem i mieszkam z tymi ludźmi. Czy pan pojmuje?
– No, tak – nie wiedziałem, co powiedzieć. – No, dobrze, ja tu coś wymyślę... Swoją drogą, żeś mnie pan zaskoczył.
 
– Kuleczko?
– Nie ma mnie.
– Julia, wyjdź. – Siedzi wciśnięta w róg pokoju, zastawiona wielkim fotelem.
– Nie ma Julii, ona umiera.
– Co się stało?
   Muszę udawać, że nic nie wiem, bo Julia nie ma pojęcia o kontaktach pomiędzy jej mężczyznami, pomiędzy nami.
– Zabiłam R.
– Co ty mówisz?
– To moja wina! On nie wytrzymał tego piekła, jakie wam robię.
– Nie żyje?
– Zapił się na śmierć... Moja wina... Moja.
– Kuleczko.
   Kładę się obok Julii i wciskam w miękkie i ciepłe. Układam głowę na wielkim biuście, a jej łzy kapią mi na szyję.
– Julio, a my? My cię kochamy.
– Pozamiatam... Muszę pozamiatać. Wszystko.
– Wstań, Julia, zrobię ci obiad, chcesz?
– A co mi ugotujesz? Nie jadłam od wczoraj.
– Zrobię ci rosołu, ale musisz wstać i iść do kuchni.
   Wiem, że Julia szybko przechodzi do normalności i wiem, że czekała na mnie. Godzinę przed moim przyjściem, wcisnęła się w kąt pokoju i zalała łzami, może szczerymi, albo żeby ją nieco usprawiedliwić, zalała się łzami w sposób przemyślany i wskazujący na wielką bezradność i nawet bezsilność wobec losu. Swojego losu, nie mam wątpliwości.
– Nie każesz mi nic robić?
– Nie.
   Przechodzimy do kuchni.
– Pobędziesz ze mną? Boję się. Wiesz, to mieszkanie, ściany... R. robił remont, pół roku temu. Malował... Stał na drabinie, a ja na niego krzyczałam.
– Po obiedzie pójdziemy na Kazimierz. Przejdziemy się, odwiedzimy wszystkie antykwariaty. Chcesz?
– I pójdziemy do sklepu z aniołkami?
– Tak.
   Zawsze tam chodzimy i zawsze mam ochotę kupić wielkiego anioła, i powiesić na ścianie, nad łóżkiem Julii.
– A potem wstąpimy do galerii. Kupię ci coś pachnącego.
– Pamiętasz? Chciałeś kupić mi anioła.
– Może w końcu kupimy, ale musi być duży i w kolorowej sukience. Niech ma malutki kapelusz na głowie, co?
– Nie chcę już. Mam inny pomysł.
– Jaki?
– Ostatnio byłam na Kazimierzu, z K. i natknęłam na dziwny obraz. Leżał zakurzony i brudny za jakimś meblem. W tym antykwariacie jest wielki bałagan. Wiesz, ja chcę mieć to malowidło.
– Jakiś wartościowy? Ile kosztuje?
– Nie, nie jest wartościowy. To jakaś mierna kopia, ale chcę, bo to kopia dzieła Fridy Kahlo. Uwielbiam jej malarstwo.
– Wiesz, że nie znam się na sztuce, ale skoro tak mówisz?
– Jery? Wiesz, co to jest wahadło Newtona?
– Pamiętam ze szkoły, owszem.
– Bo widzisz, jak myślę o sobie, jawi mi się to przenoszenie energii. Pierwsza kulka, to ja, Jery. Ostatnia, to zawsze jeden z was. Tym razem padło na R. Wcześniej oberwał mąż. Kto będzie następny? Coś ci pokażę – wybiega do pokoju. Słyszę jak przerzuca książki. Nie bardzo wiem, co chciała mi przekazać, ale czuję coś złego. Coś nadchodzi i tłumi światełko we mnie.
– Zobacz!
   Wraca do kuchni i rzuca na stół kolorowy album.
– Otwórz na piętnastej.
– Dobrze.
   Rozkładam kartki wypełnione zdjęciami dzieł sztuki. Na wskazanej stronie widzę dziwny obraz. Półnaga kobieta w medycznym gorsecie, patrzy w bok zimnym wzrokiem, a jej piersi przeciskają się przez metalowe pasy, zapięte na torsie.
– Dziwny.
– Smutek... Jery... To mój smutek. Dlatego muszę to wszystko pozamiatać. Uporządkować i wyjść
z gorsetu, a najbardziej uwierającą częścią tego kalectwa jesteście wy, moi chłopcy. Rozumiesz?
– Myślałem, że czujesz się dobrze z nami. Kochamy cię Julio.
– Egoiści. Czy któryś z was, chociaż raz zapytał o moje uczucia? Kogo interesuje moje uczucie? Tańczycie wokół mnie jak koguty. Stroszycie piórka, nie bacząc czy mi to się podoba, czy jestem szczęśliwa. Myślisz, że można kochać kilku na raz?
– Żyjemy tak, prawie dwa lata.
– Boże! Czy ty mnie rozumiesz? Wiesz, o czym mówię?
– Chyba tak. – Przeczuwam, że to juz koniec naszych spotkań, naszych wypraw w góry, basenów, rowerów. – Chodźmy na Kazimierz... Chodźmy po obraz.

   Antykwariat okazał się zatęchłą piwnicą, wypełnioną nikomu niepotrzebnymi przedmiotami. Kawałki mebli i zardzewiałe żyrandole leżały porozrzucane w nieładzie, a w rogu, przy gołej ścianie rozwalający się kredens. Na samym środku piwnicy stało piękne biurko, jedyny wartościowy mebel w tym dziwnym składzie. Stary właściciel siedział podpierając się wiklinową laseczką i wołał w stronę drzwi.
– Prosiemy! Prosiemy!
– Można pooglądać? – zapytała Julia.
– Oglądać, ale nie dotykać. Nie dotykać eksponatów – powiedział właściciel, po czym roześmiał się radośnie – Nie dotykać, bo można się pobrudzić!
– Właściwie, to już mam coś upatrzone. Pamięta mnie pan?
– Owszem – odparł starzec. – Pani oglądała tę kopię, prawda? Jest, jest, a jakże. Schowałem dla pani. Nawet odświeżyłem, ale czy warto? Może nie warto.
– A jednak warto – dodałem.
– A idźże pan, idźże. To nawet nie jest kopia, ale pan wie, jak to jest.
– Mnie się podoba – powiedziała Julia. – Umawialiśmy się, tak?
– Umawialiśmy się? Ja, miła pani, dałem słowo. Moje słowo jest więcej warte niż grajcary. – Wstał zza biurka i podszedł do Julii. – Pięćdziesiąt lat handluję, tak, aż tyle lat szwendam się po kraju
 i skupuje od ludzi rupiecie. Wiecie, że każdy grat ma swoja historię? Bo ja nie kupuję byle jak, ja proszę was, kupuję z opowieścią. Przedmiot bez historii nie ma u mnie szans. Nawet ten bohomaz ma tragedię w tle, oj i jeszcze, jaką!
   Właściciel był malutkim starcem, wyglądającym jak człowiek z innej epoki. Ubrany w zabytkową bonżurkę, koloru wiśniowego i połatane, sztruksowe spodnie. Gdy mówił, wymachiwał na boki laską.
– Pani wie, czym jest taka kopia? – zapytał. – Pani wie?
– Kopia, to kopia – odparła Julia.
– Tak? Idźże pani, idźże! – Staruszek stanął na środku piwnicy. – Takie kopie, czyli landszafty, byle jakiej próby, są jak cukierki ślazowe. Bierze pani do gęby miód, a cycka palony cukier. Dlatego wszystko jest ukryte w historii ludzi związanych z dziełem, szanowna pani.
– To, jeżeli ma pan chęć, proszę opowiedzieć – powiedziała Julia. – Chętnie dowiem się, co powieszę w domu.
   Właściciel rozsiadł się w wiklinowym fotelu i wyjął z szuflady biurka długą, szklaną fifkę. Przez chwilę przedmuchiwał ją zawzięcie, a potem włożył między kciuk, a palec wskazujący ustnik fifki
i przyklasnął drugą dłonią. Ze środka szklanej rurki wypadł mały niedopałek i wylądował na środku piwnicy.
– Obraz kupiłem za ćwiartkę wódki – zaczął staruszek i włożył do fifki kawałek papierosa. – Sprzedał mi go dozorca kamienicy, gdzieś w Tarnowie. Czterdzieści lat temu jeździłem w różne zakątki w poszukiwaniu staroci. Sam obraz był w opłakanym stanie i nie rokował, jak to się mówi. Poza tym malowany na dykcie... Idźże, idźże... Ten malunek zachlapany był czarną farbą, ale to była jakaś wodna, więc wiedziałem, że da się umyć.
    Odpalił papierosa i przez chwilę dusił się od kaszlu.
– Nie ważne. Ten dozorca był na tyle rozmowny, że wypiliśmy razem tę wódkę i jeszcze ciut trochę. Przy wódce i ogórkach opowiedział mi dziwną historię. Widzicie państwo. Ten obraz wisiał w mieszkaniu, gdzie mieszkała jakaś starsza kobieta z gromadką dzieci. Podobno, te dzieci, to jakieś z domu dziecka były, czy coś. W każdym razie nie było im bogato.
   Słuchałem i czułem, że serce skacze mi do gardła. W przeczuciu jakiejś strasznej katastrofy, przysiadłem na zakurzonej skrzynce. Miałem wrażenie, że zaczynam się dusić.
– Panu źle? – zapytał. – Może wody, albo coś?
– Dobrze, dobrze – odparłem. – To chwilowe.
– Można dalej? – zapytał. – Więc tak. Któregoś dnia kobieta zmarła i nic w tym dziwnego by nie było, gdyby wszyscy o tym wiedzieli. Powiem wam, że nikt nie wiedział o jej śmierci. Całe dwa tygodnie dzieciska trzymały to w tajemnicy. Mieszkały z trupem, a jeden chłopczyk nawet spał
z nią w jednym łóżku. Ktoś w końcu odkrył tragiczna prawdę i dał kres makabrze. Potem te dzieci rozwieźli gdzieś po świecie i został tylko obrazek. Ot, cała historia.
– Jery – powiedziała Julia. – Ja musze mieć ten obraz.
– Tak, musisz – odparłem. – Trzymaj go w domu i nikomu nie oddaj, rozumiesz? Bardzo cię proszę.
– Boże, jakie to przejmujące. Teraz rozumiem ile jest warta historia, a nie samo dziełko. – Julia była wzruszona.
– Jak mówiłem – powiedział staruszek. – Bez ciekawej historii nie kupuję, bo cóż jest warte puste malowidło? Obraz stoi za kredensem. Jest zapakowany w papier, tak będzie wygodniej.
– Ile pan ceni? – zapytałem.
– Cenię? – powiedział z uśmiechem. – Ja mam dobre oko, szanowny panie i widzę, że coś jest na rzeczy z tym obrazem. Weź se pan darmo, ale za historię daje pan na ćwiartkę. Dobrze?
– Dam nawet na dwie – powiedziałem. – Bylebyś pan już nic nie mówił.

– Kuleczko?
– Dziękuję... Dziękuję za prezent.
– Julia.
– Powiedz, ja słucham.
– Oblewamy obraz, czy nasz ostatni wieczór?
...
– Co oblewamy?
...
– Julia.
...
– Sam się pozamiatam, rozumiesz?
...
– Kuleczko. Powiesz mi coś?
– Co?
– Czy na tym obrazie... Czy tam są wymalowane arbuzy?
– Tak, czerwone arbuzy.
– Kocham cię
– Trudno, muszę pozamiatać w swoim życiu.
– Julio. Tam, na arbuzach miał być jakiś napis. Proszę, nie mów, jaki. Dobrze?
– Wahadło Newtona... Wszystko jest reakcją na coś... Nie powiem, nie.
– Jutro mnie już nie będzie.
– Będziesz. Zostanie ten obraz.
– Wahadło Newtona, Julio.
– Tak, Jery.

   Po kilku dniach dostałem wiadomość. Na ekranie telefonu wyświetlił sie napis: Pozamiatałam K. 
Zostaję z O.
VIVA LA VIDE.

3 komentarze:

  1. To jest, Jerzy, nadużycie. Nie zgadzam się na wykorzystywanie mojego życia, odbitego w krzywym zwierciadle, w internecie. Nie masz do niego żadnego prawa.
    Julia

    OdpowiedzUsuń
  2. A to ciekawe, bo nie znam żadnej Julii z Krakowa. Może powiedz coś bliżej o sobie - już kilkanaście kobiet przyznało się do bycia Julią z mojego opowiadania.

    OdpowiedzUsuń