Wystąpił błąd w tym gadżecie.

poniedziałek, 17 maja 2010

Ucieczka z pociągu

        
 
   Pan młody, Fryc Gabel, upadł pod nogi tańczących i zadrgał padaczką. Piana odpadająca od jego ust zbryzgała niedzielne lakierki kaprala Wakulca i... Było po weselu. Uroczystość odsunęła się od bogato zastawionych stołów gdy kapral policji rozpoczął spisywanie raportu. Mała, dopiero co poślubiona Brysia, runęła z płaczem na podarowany dywan i zaniosła się spazmem rozpaczy. W gorącej kuchni matka pani młodej oblała się tłustym rosołem, a goście pochowali po kieszeniach, co tylko się dało i odeszli w smutku. Świat przewrócił się na plecy i zarżał końskim śmiechem.
– Jajca! – powiedział i przepił szklanką wódki starszy strażak Gnat, ojciec Brysi. – Jajca, bracia mili i rodzino. Mamy klasyczną bryndzę i kupę nieszczęścia. – Zawiesił głos i podniósł szklankę. – Proponuję zeżreć ile się da, a potem wypić... Wszystko!
   Fundatorami uczty byli rodzice Brysi, więc odmawiać nie było sensu. Sam pan młody legł otulony pierzynami na swoim małżeńskim łożu i skrapiany łzami żony wracał do siebie.
– Kapral won! – Zarządził Gnat. – Lakiery odkupimy i po sprawie. Nie mieszaj nam tutaj Wakulcu. Siadaj z nami i pij, a jak nie... To sam wiesz, no won i basta!
     Wakulec, na tak postawioną sprawę, zakręcił wieczne pióro i posłusznie usadowił się przy braciach Gnata. Przywitał się grzecznie palcami do daszka, po czym łakomie, jak głodny pies, położył na stole swój gorący wzrok. Dzieci w ludowych strojach tańczyły na tancpodeście, pośpiewując i przytupując radośnie. Wyglądały kolorowo, jak pierścionki sprzedawane na odpustach.
   Na weselnym łożu, zamiast jęków rozkoszy, ślizgał się płacz małej Brysi. Fryc leżał wpatrzony w biały sufit, przytulając do piersi wielką poduchę.
– Jeżeli chcesz, możemy to unieważnić – powiedział cicho i jeszcze bardziej wtulił się w ciepłą biel pościeli. – To ci się należy.
   Brysia jęknęła żałośnie. Nie wiedziała, nad czym bardziej płacze, nad hańbą nieudanego wesela, czy nad swoim nieszczęściem. Jej piękny i mądry Fryc, leży oto słaby i blady zamiast całować jej ciało. Była dziewicą wyhodowaną na żonę, taką jak matka, babka i wszystkie kobiety w rodzinie, więc spodziewała się, że po ślubie spełnią się wszystkie wilgotne sny, a tymczasem jej szloch przeciskał się przez firanki i mieszał z radosnym śpiewem dzieci.
– Zjadłeś leki, to może poleż, a ja pójdę do stołu – Brysia obtarła twarz w prześcieradło. – Posiedzę może trochę z rodziną. Jechali do nas z końca świata, całą noc jechali... z końca świata.
– Daj mi godzinę, a jakoś się pozbieram. Tak mnie to wzięło, jak jasna cholera, akurat teraz... Jak jasna cholera.
   Fryc został sam. Leżał na plecach i obserwował muchy wędrujące po suficie. Z lampy zwisał smętnie brązowy lep, upstrzony czarnymi kropkami.
   Przed domem, wzdłuż długiego stołu, usadowiły się rodzina i kilku znajomych. Rej wodził stary Gnat.
– Ja, starszy strażak Jan Gnat, życzę sobie, by mój zięć, Fryc Gabel, wyzdrowiał! – wołał nad talerzem z rosołem, wciągając w przerwach jasne nitki makaronu. – Proszę, żeby dołożono starań!
   Był już mocno podpity a jego zaczerwieniona twarz parowała pod słońce. Brysia usiadła obok i włożyła do zapuchniętych ust kotlet, a la bryzol.
– Gdzie masz chłopa! – wrzasnął do córki. – Proszę mi to tutaj, tego, tutaj... Odpowiedzieć! Ślubny zdrowy? 
   Rozglądał się zaćmionym wzrokiem i uśmiechał do swoich pijanych myśli. Widać, pomylił Brysię z kimś innym, bo nagle skłonił się przed córką i dodał:
– Poproszę by szanowny małżonek zgłosił się jutro na zaplecze remizy... Sorty mundurowe właśnie przyszły... Gasić będziemy, że tak powiem, od piwnic.
    Potem czknął głośno i umilkł, wpatrując się w stół.
   Brysia zjadła dwa kotlety i skropiła stół małą łezką, a tu już, Wakulec, podszedł chwiejnym krokiem i skłonił się nisko.
– Czy panna młoda tańczy?
– Akurat! – odparła nie patrząc na kaprala. – Obrzygane masz buty, Wakulec! Głupiś i brudny jak wieprz!
– Może jednak!                                                                                            
– Bucu jeden! Nie jestem w dyspozycji! Ślepyś?... Spłyń, zatem!
   Wakulec niezrażony „koszem” sam zatańczył w miejscu, okładając się po udzie policyjną czapką.
 – A co mi tam lakiery! – zawołał radośnie. – Gnat kupi nowe!
   Pomiędzy kuchnią a stołem kręcił się żwawo syn gnatowego brata, Adzik. Niby pomagał, coś na stół donosił, a jednak bardziej przyglądał się gościom niż pracował. Gdy pozbierał puste talerze, znikł gdzieś i wszyscy o nim zapomnieli. Miał najwyżej czternaście lat i małe, wszędobylskie oczy.
   Fryc pojawił się w Gajach znienacka, tuż po przejeździe osobowego z Krakowa. Zasiadł
w miejscowej knajpie i od razu skumplował się z Gnatem. Czas odmierzały im kolejne kufle piwa, więc szybko znaleźli wspólny język. Nigdy nie dowiedziano się, gdzie Fryc jechał i dlaczego wysiadł właśnie tutaj. Na drugi dzień przechadzał się po gnatowym gospodarstwie i już było wiadomo, że zgodził się na parobka. Mijały dni, a Fryc z dnia na dzień zbliżał się do małej Brysi. Na dobry początek, zamieszkał w komorze, przylegającej do stodoły. Z upływem czasu, przeniósł się do suteryny, a potem na parter kamienicy. Od piętra, gdzie Brysia wieczorami dziergała swoją wyprawę, dzieliło go kilka schodów. Wszystko układało się jak w talii kart, aż któregoś dnia, stary pikowy król wstrząsnął domem pod sam dach. Gnat dostał szału. Brysia chciała za mąż, za Fryca. Gdy Gnat ciął strażackim toporem rzeczy parobka, ten wdrapał się na wysoką gruszę, wołając do Boga o zbawienie, a Brysia położyła się u stóp ojca i wrzeszczała jak ścigana kura. Najzwyczajniej wpadła w stan miłosnego uniesienia i zakochała się w Gablu na śmierć. Krople drążące kamień wywierciły dziurę. Fryc dopiął swego.
   Sprawę załagodził kapral Wakulec, wkraczając na podwórze z flaszką spirytusu i całym dostojeństwem władzy. Po kilku głębszych, Fryc dostał pozwolenie na zejście z drzewa, po następnej kolejce, mógł przysiąść się do stołu. Brysia wiedziała jak zmiękczyć dobre serce ojca. Dolała do wódki wiśniowy likier. Po kilku dniach, w gablocie przy kościele, zawisła informacja o zapowiedziach.

                                                                 *
   
Adzik delikatnie uchylił drzwi. Uśmiechnięty Fryc stał przy oknie i palił papierosa.
– Ktoś ty? Nie znam cię.
– Adzik, kuzyn twojej Bryśki.
– Czego chcesz?
   Adzik wszedł do pokoju i usiadł na brzegu łóżka. Patrzył na Fryca i kiwał potakująco głową, jakby chciał coś ważnego powiedzieć.
– Daj zapalić – poprosił i zaczął chichotać. – Gadana lubi dym.
– Glut jeszcze jesteś. Palisz?
– Palę, piję, a co? Zabronisz?
– Nie mam zamiaru – podszedł do Adzika bliżej. – A co mi tu gitarę zawracasz? Nie widzisz kuzynie, żem chory? Nie widzisz kuzyniekutasie?
– W tej rodzinie choruję ja, kuzyniekutasie. Jak chcesz wiedzieć, to moja działka.
   Adzik sięgnął po papierosa i rozsiadł się wygodnie na łóżku. W pierwszej chwili Fryc miał ochotę złapać kuzynka za kołnierz i wyrzucić za drzwi, ale cała ta bezceremonialność zaczynała być zabawna i nawet ciekawa.
– Skąd przyjechałeś? – zapytał i usiadł obok. – Czyj ty jesteś?
– Z Gdańska – odparł Adzik, wypuszczając kłęby dymu. – Daleko, co?
– Tak, trochę tak.
– Przyniosę ci gorzały, wiem gdzie jest schowana – Adzik skierował się do drzwi.
– Nie bądź głupi – Fryc zastąpił mu drogę. – Przy padaczce nie wolno.
– Padaczka? Coś ci się pomyliło, Frycu. To ja mam padaczkę.
   Fryc zaniemówił. Patrzył wystraszony na Adzika i nie wiedział, co powiedzieć.
– Wiem gdzie gorzała i wiem gdzie jest to, na co masz chęć – powiedział szybko Adzik i uskoczył za krzesło. – Nie bój, nikomu nie powiem!
– Tak? – Fryc zaczął iść w jego kierunku. – Czego ty nie powiesz? Co takiego wiesz, glisto?
– Po pierwsze, to wiem, że nie masz padaczki, że udajesz!
   Adzik odgrodził się od Fryca stołem. Obchodzili go jednocześnie a nad okrągłym blatem zderzały się ich słowa.
– Może nie mam, i co?
– Nie masz, nie masz!
– Co jeszcze wiesz? Powiedz, bo jak dopadnę to dupę przetrącę!
– Wiem, na co polujesz!
– Zabiję!
   Fryc wskoczył na stół i spadł na Adzika z góry. Szybko wykręcił mu ręce i rzucił na łóżko, uderzył mocno w twarz.
– I co? – zapytał Adzik. – Coś kiepsko bijesz, kuzyniekutasie. Osłabia cię padaczka?
– A co? Wolisz z pięści? Leż spokojnie i odpowiadaj!
– Dobrze... Kuzynie! – zaśmiał się i pociągnął nosem.
   Fryc zamyślił się. Cały plan runął w jednej chwili. Adzik wstrząsnął misternie ułożoną konstrukcją.
– Kończ! – rzucił krótko i docisnął ręce Adzika. – Kończ, bo połamię!
– Poluzuj rękę, to powiem.
– Mów!
– Wiem gdzie jest kasa.
– Wiesz?
– Widziałem jak stary chował.
– Co stary chował?
– Pieniądze z prezentów, w kopertach, chował!
   Fryc puścił ręce Adzika. Leżeli razem na łóżku, myśląc o planie. Adzik konsekwentnie,
zbliżający się do finału, a Fryc zmieszany niepewnością i lękiem.
– Co teraz? – zapytał cicho Fryc.
– Zrobimy to razem.
– Chcesz się dołączyć?
– Głupiś, Fryc. A ja tu, po jaką cholerę jechałem? Bryśkę oglądać? Ja, bracie, na robotę, na robotę tutaj, gibałem noc całą w obsranym pociągu. Dlatego razem, Frycu, zrobimy to razem, bo to nasza robota. Przejrzałem twój plan, kuzyniekut... No dobrze, przejrzałem i widzę, jak brakuje tu wodza. Tak Frycu, brakuje głowy.
   Fryc przytakiwał i nic nie mógł wymyślić, by oprzeć się młodziutkiemu Adzikowi. Jego stanowcze postawienie sprawy onieśmielało i hamowało wszelkie przejawy samodzielnego myślenia.
– Dobrze Adziku, zgadzam się na wszystko – odparł spokojnie.
– Raczej nie masz wyjścia
Zasiedli przy stole jak mężczyźni przy dzieleniu wypłaty. Adzik stawiał sprawę krótko i jasno. Nie dawał Frycowi dojść do słowa. Plan miał już przygotowany i dawno dopracowany w każdym szczególe.
– Pójdziesz Frycu do  stołu. Powiesz, że ci lepiej. Buraki już podpite, to łykną jak koń jabłko. Twoim zadaniem jest ich poupijać i zagajać, odwracając uwagę. Ważne są ciotki. Te makolągwy nie bardzo piją, ale jak się postarasz, to jakoś je zajmiesz. No wiesz, gorzko, gorzko i jakieś przytulanki z Brysią. One lubią sobie popatrzeć. Jednym słowem, cyrk. Ja zrobię resztę, a jak się uda, to może znajdę też kasę Gnata. Może schował koperty, tam gdzie trzyma dobytek?
– Dobrze.
– Punktualnie o godzinie 21, 43 jedzie ten do Katowic. Czekam na ciebie obok stacji. Rozumiesz?
– Tak jest – odparł Fryc. – A co potem?
– Rozjedziemy się, każdy w swoją stronę. Ot, co potem. Powiem ci coś jeszcze. Chciałem zrobić to sam, ale widziałem na twojej ręce tatuaż i wiesz, co? Ja mam taki sam. Jota w jotę. Zobacz – podwinął rękaw koszuli – idealnie, taki sam. Ja mam z poprawczaka, a ty?
– No, ja też.
– Tośmy w domu – wyciągnął w kierunku Fryca rękę. – Przybij i do roboty. Czas to pieniądz.

                                                                        *

   Stół przełamał się na dwie części i wyszczerzył zęby bielą naczyń. Goście, po obu stronach, przedzieleni jadłem i wódką, zabawiali się nawzajem. Jedni weselsi od drugich. Gnatowi, godnie i z wyższością, bo to fundatora bliscy, jednak mili dla pozostałych. Każdego pozdrawiali i patrzyli prosto w oczy, gdy coś mówili. Za płotem, sąsiedzi w białych koszulach, zbierali jabłka i nucili weselne melodie. W takim dniu wszyscy kochali małą Brysię i jej szczodrego ojca. Po drugiej stronie gromadka specjalnie zaproszonych. Reszta rozeszła się po wsi, by tam, przy swoich stołach, zakończyć to wszystko, co im Gnat odebrał. Kuchnia czarowała zapachami, a orkiestra ułożyła się wygodnie pod gruszą.
   Gdy Fryc wyszedł przed dom, Wakulec trzymał mowę. Czapkę odrzucił w krzaki, a sam wlazł na krzesło, by z wysokości zyskać na powadze.
– Tyle, co ja mogę – wykrzykiwał nad głowami. – Tyle, co mi dane, to stróżowanie przy płocie! Nikt, kurwa, nikt mi tego nie zabierze! O!
– Zejdź jebusie! – rozkazał Gnat. – Zejdź, bo psami zedrę na dół!
– A zejdę! Jasne, że zejdę – zwalił się prosto na ziemię i załkał. – Do ludu zejdę... Mojego!
   Gdy Fryc dosiadał się do Brysi, ta kończyła jeść trzecią nogę kurczaka. Tak łagodziła swój stres.
– Czujesz się jakoś? – zapytała, składając zatłuszczone usta w trąbkę. – Zjedz coś Frycu, boś umęczony pewnie. Tylko kielicha mi nie ruszaj, boś umęczony... Taki.
   Fryc, pomimo głodu nie jadł. Bał się zdradzić nadmiarem apetytu. Siedział i przysłuchiwał się rozmowom przy stole.
– Mój sierżant, to swój chłop! Na kompanii wszyscy go lubili, tego sierżanta.
– Jak Brysię rodziłam, to dwa dni mnie rozdzierało... I to jeszcze jak!
– Wasz sierżant? Nasz kapral to był gość. Cały pluton w ogień by...
– U nas w saperach, to było dopiero...
– Ja donosiłam Bryśkę do końca, chociaż bywało ciężko... Oj bywało.
– Ten kapral to nawet w mordę przylał... Takiego jednego przylał, w mordę mu dał.
– Mój sierżant przepustki dawał i jabolem nie gardził. To był kaliber!
   Bracia Gnata przekrzykiwali młodszych, z czego, zrobiło się przy stole małe zamieszanie. Kapral Wakulec otarł łzy i zajął się wędliną. Brysia przytuliła się do swojego męża, a jej oczy zaśpiewały czułą pieśń kochanków. Dotykała jego wypielęgnowane paznokcie, pieściła dłonie i pokryjomu całowała w ramię. Była szczęśliwa. Znali się zbyt krótko, by nauczyć się rozmawiać. Porozumiewali się bardziej gestami, niż słowem. Czasami był to uśmiech, zmrużenie oczu, ułożenie rąk. Patrzyli na siebie i czytali w sobie swoją własną powieść. Fryc, oczywiście, udawał i markował każdy gest.
– Nawet nie wiesz jak wkurza mnie to towarzycho – Brysia przysunęła się bliżej. – Siedzą i żreją, i piją, i drą się jak głupie. Tak bym chciała, żeby to się skończyło. Fryc?
– Co Brysiu? Wytrzymaj, już niedługo.
– A lepiej ci już?
– Sam nie wiem... Może lepiej. Posiedzę chwilę i pójdę.
– Idź, połóż się, odpocznij, a ja tutaj zrobię porządek. Trzeba pozbyć się paru pijaków...
Z Wakulcem w pierwszej kolejności. Strasznie mnie wkurzył! Buc jeden! Tata zaprosił, bo to policjant, a kto nam tu coś? Na co nam policja...Kto nam tu coś i tego?
– No tak – Fryc powstał od stołu. – Przecież tutaj bezpiecznie, jak cholera bezpiecznie.
   Gnat siedział przy stole i wpadał w pijackie skrajności. Od szczeniackiej radości, po grobowy smutek. Trzeźwiał i po chwili tracił orientację, spadał głową w stół i drzemał. Reszta gości, idąc za jego przykładem, piła na umór i jadła do rozpuku. Wesele powoli usypiało i cichło pomiędzy pustymi talerzami, butelkami.
                                                                   
                                                                        *
                                          
                                              Brysiu ty moje kochanie!
Jam Ci tu nie powiedział wszystkiego. Bo nie jest tak jak to my sobie wymyślili. Po pierwsze serce mnie boli gdy piszę ten mój list ostatni do Ciebie Brysiu kochanie. Powoli w tym liście moim Ci wszystko wyjaśniam.
Po pierwsze to nie jestem jakimś Frycem Gablem jak się przedstawiałem tylko zwykłym złodziejem co na Twojego ojca pieniądze się zasadził i ukradł wszystko co tylko się dało. Zabrałem to co goście dali na nasze przyszłe życie w kopertach jak to we zwyczaju. Poniżej dam Ci oświadczenie, z którym do księdza pójdziesz to on Ci ślub unieważni i znowu będziesz panienką. Tak sobie to zaplanowałem i zrobiłem. Ojcom list pokaż i niech Ci dadzą spokój święty boś niewinna.
Jak tu do Ciebie przyjechałem tom z pociągu musiał uciekać bo mnie zdybali źli ludzie i zabić chcieli. Twój tata dał mi schronienie i zaufaniem mnie obdarzył co ja zniszczyłem. Pisze to wszystko bo nie jesteś jakaś pierwsza lepsza flądra tylko niewinna panna jak się patrzy i jakieś wyjaśnienia się Ci należą jak psu buda. Jak ten list przeczytasz to ja bede daleko i nikt mnie już nie znajdzie bo takie mam życie że muszę wiecznie uciekać.
Całkiem inaczej by to wyglądało gdyby ja nie miał takiego życia i przeszłości.
Te pieniądze przeznacze na lepsze życie bo może mi się w końcu uda. Ja nie mam rodziny ani nawet matki nie mam bo w domu dziecka się wychowałem a potem to w innych złych miejscach. Ojca to już wogóle nie wiem gdzie szukać i zazdroszczę Ci tego domu i rodzicieli jakich masz dobrych
 i kochających Ciebie.
Kończę już i życzę Ci wszystkiego co się dobrem zwie. Niech będzie pochwalony Bóg co stworzył świat zielony.
Ostatni raz podpisuje fałszywym nazwiskiem – Gabel Fryc
Pod poduszkom masz moje dokumenty co są fałszowane i pokaż je księdzu razem z oświadczeniem co masz napisane na skasowanie ślubu.

                                                          OŚWIADCZENIE
Ja występujący pod nazwiskiem Gabel Fryc oświadczam że to nie moje nazwisko a podałem fałszywe w celu żeby okraść ojca Brysi pana Gnata. Jednocześnie donoszę że nie wymieniałem się z Brysią seksualnie ani płciowo co mi się należało jako mężowi. Nasz ślub jest nieważny bo nie wchodziliśmy do łóżka ani w inne ustronne miejsca.
Tak mi dopomagaj Boże Panie.
Dawniej – Gabel Fryc

   Fryc przeczytał jeszcze raz i schował kartki pod poduszkę. Była godzina 21, więc uznał, że już czas. Przebrał się w swoje stare ubranie, to z pociągu i wyskoczył przez okno, od sadu. Po drodze urwał z drzewa kilka rumianych jabłek. Uciekał przez pola, na wprost, do stacji kolejowej, gdzie miał czekać Adzik. Nie myślał, czy jest mu żal, tego, co zostawia za plecami, wszystkiego, co mógł mieć na zawsze i tak szczerze danego, uczciwego i normalnego. Jak napisał w liście, uciekał całe życie i nie miał złudzeń, że to koniec tego uciekania. Zrobiło się ciemno. Światła wsi zostawały coraz dalej, za plecami. Wbiegł między drzewa zagajnika i przystanął, usłyszał dobiegające z daleka okrzyki. Wiedział, że to ruszyła pogoń. Nie miał wiele czasu, więc przyspieszył kroku. Biegł i modlił się by zdążył wsiąść i odjechać przed ludźmi ze wsi. Następna stacja, na której planował wysiąść leżała blisko drogi na Katowice i to dawało szanse na złapanie okazji. Na Śląsku łatwo się ukryć, w takim tłumie. Usłyszał szczekanie stada psów. Co robić? Biec! Biec! Byle do stacji, do pociągu. Nagle poczuł ostry ból w dole nogi i upadł. Zobaczył nad sobą, stojącego Adzika. Trzymał w ręce długą, metalową rurkę i śmiał się szyderczo. Zanim odszedł, uderzył jeszcze raz, z całych sił w drugą nogę. Gdy Fryc chciał się podnieść stracił na chwilę przytomność. Ból obezwładnił go i szyderczo zaśmiał się prosto w twarz. Nagonka była tuż, tuż. Pomyślał o liście i zrozumiał, że sam sobie wypisał wyrok. Gdy się ocknął, leżał w kręgu świateł latarek.
– No proszę! – poznał po głosie Gnata. – Myślał robaczek, że nam spierdoli. A tu masz, jaki pech! To cię teraz sprawimy, jak świniaka! Okurwieńcu!
   Fryc zasłonił rękami twarz i nic nie mówił. Tak jest lepiej – pomyślał. – Może nie ukatrupią.
– Panowie! – przemówił Wakulec. – Jako władza, stoję na straży prawa i nie pozwalam na żadne wykroczenia. Ten tutaj leżący, jest bandytą i należy mu się, zgodnie z prawem, kara. Popełnił na obywatelu Gnacie i jego córce gwałt kradzieży i oszustwa. Ja, jako Policja Państwowa mogę tylko stać i patrzeć, a wy róbcie swoje.
– To, kurwa, zgodnie z prawem – dodał słowo zawsze milczący brat Gnata. – Wjebać mu ostro i wracajmy.
– Wjebac można! – potwierdził Wakulec. – Byle nie zajebać – dodał cicho i bez przekonania.
– To gówno tutaj – Gnat chodził wokoło leżącego Fryca – należy rozdeptać! – Wyskoczył do góry i wbił się butami w ciało leżącego.
– Wakulec! – krzyknął. – Ty na czaty! Pilnuj, kurwa, żeby ktoś się nie przyplątał po nocy! Stróżuj!
   Obstąpili Fryca we trzech, sami Gnaci. Złapali się za ręce, tworząc zamknięte koło nad leżącym i zatańczyli. Kręcili się coraz szybciej i kopali, gdzie popadnie. Ich splecione ciała, zasłaniały leżącego, a jego głos nie wychodził poza „karuzelę”. Po chwili ciało zrobiło się bezwładne i ciche. Bijący sapali coraz głośniej i szybciej. W końcu zwolnili ruchy. Pierwszy odpadł stary Gnat. Położył się na ziemi. Pozostali kopnęli jeszcze kilka razy i usiedli obok. Fryc leżał jak kłębek szmat. Nieruchomy i dziwnie spłaszczony.
– Alem mu dojebał! – powiedział Gnat. – Niech wie kogo obrobił.
– Panowie – wystraszony Wakulec poświecił na ciało Fryca. – Boję się żeśmy deko przesadzili. On mi się nie podoba!
– Kieszenie! Wakulcu! Przeszukaj mu kieszenie!
– Robi się, robi, przecież wiem.
   Wakulec z wprawą policjanta dokonał rewizji. Długo grzebał w kieszeniach, potem obmacał nogawki i zajrzał do skarpetek.
– Tutaj nic nie ma! – zawołał z przerażeniem. – Krew mam na ręcach! Panowie! Co my teraz? Jezusie brodaty!
– Pewnie gdzieś ukrył – stary Gnat złapał się za głowę. – Co my teraz? Ja pierdolę!
– Nie ma sprawy bez dowodów – Wakulec uspokajał. – Każda zbrodnia liczy się jak jest dowód. Nie ma dowodu, to mogą nas cmoknąć w rurę. Panowie! Ukryjemy ciało i jesteśmy na prawie!
– Gdzie? Zakopiesz? A na czyim polu? Na moim?
– Można inaczej.
– Masz pomysł? – Gnat wstał i zaświecił Wakulcowi w twarz. – No masz?
   Panowie – zaczął Kapral. – Za chwile mamy przejazdem pociąg, ten na Katowice. Fryca trzeba czymś owinąć i wsadzić do wagonu. Pociąg staje dosłownie na kilka sekund. Konduktor nawet nie wychodzi na peron. Rozumiecie? Pociąg staje, my doskakujemy i wrzucamy pakunek. Nikt nie widzi, bo ciemno i ten skład zawsze jedzie pusty.
– Dobrze gadasz, Wakulcu – Gnat poklepał go po ramieniu. – Dobrze gadasz, jak cholera, dobrze.
– W tych zaroślach jest wysypisko i pełno worków po nawozach. Owiniemy i jak paczkę do ciotki z miasta wyślemy. Kto będzie wiedział gdzie się Frycu dosiadł?
– To, co? Jeden po worki! Biegiem!

                                                                    *

   Skład wjechał na małą stacyjkę, delikatnie zwolnił i przystanął. Nikt nie wysiadał. Konduktor wychylił rękę z latarką przez okno i nawet nie zauważył, że nie świeci się dworcowa lampa. Kilka ciemnych postaci bezszelestnie podbiegło do wagonu. Wrzucili na pomost wielki pakunek i uciekli.
W ostatniej sekundzie, jakaś inna postać przemknęła przez peron i wskoczyła do pociągu. Młody, może czternastoletni chłopak, ostrożnie przekroczył przez pakunek i poszedł dalej, wzdłuż pustych siedzeń.


3 komentarze:

  1. Podoba mi się, a poza tym, piękne rybki u Ciebie pływają :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki. Przeglądałem wczoraj Twój blog i powiem Ci, że tam jest prawdziwa sztuka
    J.R.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jerzy, rozpieszczasz mnie :) Komplemenciarz :)

    Pozdrawiam, podczytując :)

    OdpowiedzUsuń