Wystąpił błąd w tym gadżecie.

środa, 21 kwietnia 2010

Ząb narwala

Poznałem go na rybach. Gdy przyszedłem na swoje stare miejsce zauważyłem, że ktoś zarzucił dwie wędki. Moje stanowisko było zajęte. Nic bym nie miał przeciw, bo co mi tam jakieś miejsce obsikane, zaznaczone, że juz nikomu nie wolno wejść i wędkować. Bo cóż by wielkiego się stało, ale wędki stały samotnie, bez właściciela. Początkowo pomyślałem, że ten ktoś oddalił się w krzaki, a może kopie glisty, poszedł zbadać brzeg, czy robi coś, co tradycyjnie robi sie na rybach. Że łazi sobie i gapi się w wodę bezmyślnie, jak to jest w zwyczaju. Usiadłem w trawie i zacząłem rozpakowywać sprzęt. Powoli przeciągałem żyłkę przez przelotki, gapiąc się w rzeczny nurt. Dunajec leniwie przeciskał się korytem, niosąc ścieki gdzieś daleko do morza.
Zarzuciłem wędkę, ciskając przynętą do połowy rzeki i położyłem „kij” na widełkach. Gdy mocowałem do szpicówki kajnerowy dzwonek usłyszałem dziwne pomruki. Po chwili z gęstej wysokiej trawy podniósł się człowiek. Był to średniego wzrostu starszy mężczyzna, dobrze zbudowany z czarnym, cienkim wąsikiem ala Don Juan i siwą, lekko przerzedzoną czupryną. Ubrany był w krótkie szorty, spod których wystawały dobrze umięśnione, krzywe nogi. Szybko wykonał kilka przysiadów, potem przeszedł do pompek. Po dziesiątej przewrócił się na plecy i popedałował machając w powietrzu nogami. Gdy skończył „rowerek” powstał i wykonał taniec, polegający na podskokach i opadaniu na pięty. Po zakończeniu tej dziwnej gimnastyki spojrzał na mnie i z uśmiechem wyciągnął w moim kierunku prawicę.
– Zająłem miejsce? – zapytał.
Podałem mu rękę. Jego uśmiech wydał mi się szczerym i przyjaznym. Przez chwilę potrząsał dłonią w geście powitania, pochylając się przy tym, muskając siwymi włosami moją twarz.
– Jestem pewien, że się pomieścimy – odparłem.
W pierwszej chwili nie wiedziałem, co powiedzieć, więc zrobiłem to, co każdy wędkarz robi po przybyciu nad wodę. Zapytałem:
– Biorą?
– Kto je tam wie? Musiałby pan popytać wędkarzy. O, wystarczy podejść w górę, jakieś pięćset metrów. Tam będą wiedzieć.
– To pan nie łowi? Te wędki tutaj... Nie?
Nieznajomy spojrzał z odrazą na rzekę.
– Nienawidzę ryb, mój panie. Jestem tutaj rekreacyjnie. A wędki rozkładam, bo jak bym wyglądał? Nad rzeką trzeba się zachowywać, nie? Jeszcze by mnie wzięli ludzie za jakiegoś pijaka, albo coś.
– Ale wędki są zarzucone – nie dawałem za wygraną.
– I co z tego? Na końcu żyłki mocuję ciężarek i wio, do wody. Ja nawet, proszę pana, mam opłaconą kartę wędkarską! Czyli, jak ja to rozumiem, jestem tutaj zgodnie z prawem.
Mężczyzna wszedł do wody i zamoczył dłonie. Przez chwilę delektował się chłodem rzeki, po czym spłukał twarz.
– Rozumie pan? – zapytał. – Policja poluje na śpiących w trawie, ale ja występuję jako wędkarz.
– Niby tak – odparłem.
Mężczyzna przytaknął. Przez chwilę dreptał w miejscu małymi krokami i najwyraźniej chciał coś powiedzieć. W końcu machnął ręką i wrócił na swoje legowisko.
Ryby nie okazywały żadnego zainteresowania moją przynętą, chociaż była to najlepsza z najlepszych, mieszanka grysiku, czosnku, olejków aromatycznych i farbki spożywczej. Zarzucałem wędkę, co chwilę w inne miejsce... i nic. Nieznajomy położył się w trawie i spał, a czas leniwie układał się na wodzie i płynął z nurtem w dół.
Po dwugodzinnym zmaganiu z ciszą sięgnąłem do plecaka i wyjąłem butelkę piwa. Syk uwolnionego spod kapsli gazu obudził nieznajomego. Uśmiechnął się do mnie i usiadł obok.
– Prawdę mówiąc, chyba się nie przedstawiłem – powiedział.
Zacierał ręce i spoglądał łakomym wzrokiem na moje piwo.
– Nazywam się Wadza – powstał i ukłonił się. – Wadza, to moje pseudo, ale nawet rodzice tak mnie wołali, szanowny panie.
– Bardzo mi miło.
– Mówisz pan Wadza i każdy wie, o kogo chodzi.
Nie miałem wyjścia. Wyjąłem drugie piwo i podałem Wadzy.
– Czekałem na kogoś takiego jak pan – powiedział. – Nie żeby mi piwo, czy coś, sam pan wie. Brakowało mi przerwania snu, bo widzi pan, ja dużo śpię, może nawet zbyt dużo. Śpię na stojąco w kolejce po chleb, gdy siedzę w kawiarni, też śpię. Śpię, gdzie chcę i nie chcę.
Przysiadł się bliżej i popijał słowa piwem, a moja wędka smętnie zwisała nad lustrem wody.
– Może to jakaś choroba? – zapytałem.
– A gdzie tam! – zawołał. – Panie! Mnie badali w instytucie kosmicznym... i gówno! Z pracy mnie wylali za symulanctwo, żona poszła w diabły. To, co ja mam zrobić? No, co? Ale dobrze, że pan się zjawił, bo bym tak spał do jutra, do rana.
– Dobrze, niedobrze.
– Co, że niedobrze? Co?
– Ryby nie biorą, panie Wadza. To się nazywa niedobrze.
Wadza spuścił głowę. Przez chwilę milczał, szukając słów, by oddać jakąś myśl, kiełkującą mu pod srebrną czupryną.
– To moja wina – powiedział. – Ryby mnie nie lubią, ale ja też nie cierpię tych śliskich stworzeń.
Powstał i spojrzał na rzekę.
– Dlatego sam na ryby jeżdżę. Na ryby w znaczeniu takim jak pan widzi. Na mój widok, proszę pana, ryby odpływają.
– To masz pan pecha, nie?
– Pecha? Te bestie prześladują mnie nawet we śnie! Panie kochany! Ja śpię z rybą, niech to szlag trafi. Ledwie przymrużę oko, zjawia się to wielkie, pieprzone gówno i dźga mnie prosto w serce tym, tym... Tym rogiem!
– No, nie!
– A jak! Płynie za mną przez cały sen, powiem panu, że przez każdy sen, wielki stwór z dzidą zamiast nosa! Boję sie spać... Ale muszę. Nie mam na to wpływu.
Mówił na tyle ciekawie, że bez słowa sięgnąłem po następne piwo. Wadza owinął puste butelki foliowym workiem i ukrył je w trawie.
– Mogą się kiedyś przydać – powiedział szeptem.
– A ta ryba, może pan coś więcej?
– Ha! No, właśnie. Ta ryba, to panie kochany, wściekły narwal! Śni mi się zawsze jeden sen. Płynę po jakimś oceanie, pomiędzy krami lodu i już, już dopływam do brzegu, gdy z głębin wypływa ten stwór. Mierzy we mnie szpicem i pędzi! Prosto na mnie! Rany boskie! Naczytałem się trochę o narwalach i powiem panu, że ten szpic to jego ząb, a właściwie to radar, którym wyczuwa niemal wszystko.
– Cholerka! – zawołałem. – Nie wiem, czy zazdrościć, czy współczuć.
– A niech to, niech to szlag trafi, drogi panie.
Przesiedzieliśmy potem w milczeniu do zmierzchu. On walczył z sennością, a ja, myśląc o nim, bezskutecznie czekałem na jakieś branie. Być może z powodu pecha Wadzy, ryby odpłynęły.
Z nad rzeki wygoniły nas komary. Zjawiły się wraz ze zmierzchem i wściekle rzuciły się na
nasze ciała, pokazując kto jest panem wilgotnych wieczorów. Pobliska fabryka nawozów uwolniła codzienną dawkę fetoru.
Gdy siedzieliśmy w autobusie, Wadza zwrócił się do mnie:
– Co pan robi w taką noc? Znaczy, dzisiejszą noc?
– Czy ja wiem? Nic mnie nie trzyma, jestem wolny.
– To ja zapraszam – powiedział. – Zapraszam pana do siebie. Będzie przyjemnie, obiecuję!
***
Przecisnęliśmy się przez „chemiczną” dzielnicę miasta, wąchając smrody wypuszczane na noc, jakby wstyd było kombinatowi, że tak niemiło pachnie. Że produkuje nawozy, ale sztuczne i one nie powinny śmierdzieć, jak te naturalne. Do centrum nie było więcej niż pół godziny jazdy. Wadza wtulił się w ceratowe siedzenie i spał. Ale jak on spał! Niby oddalony gdzieś w inne światy, uciekający przed wściekłym narwalem, a oczy miał szeroko otwarte, chociaż martwe, utkwione w jednym punkcie, nieruchome i nieme – tak bym to określił.
W drodze do domu odwiedziliśmy sklep z monopolem. Początkowo była jedna butelka, po krótkim wahaniu druga. W końcu, rozbudzony Wadza oświadczył:
– Weźmy jeszcze jedną, bo wiadomo jak to jest.
Ja wiedziałem jak to jest i on wiedział to samo. Wspólnota doświadczeń sklejała nasze myśli w tę jedną – dzisiejsza noc zabuja nami jak łajba. Wódka poprowadziła nas do domu Wadzy. Mieszkał w typowo blokowym mieszkaniu. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka, okna wychodzące na mały plac zabaw i kobieta. Ani ładna, ni brzydka. Typowo blokowa kobieta, lekko zaniedbana, siląca się na utrzymanie pozorów urody, ukrytych pod starym szlafrokiem, pod wałkami papilotów, w brzydkich, znoszonych kapciach.
– To jest Brenda – powiedział Wadza.
Brenda miała zniszczoną twarz, smutne oczy i tajemniczy uśmiech, skrywany w dłoni.
– Zrób nam, kochanie, herbatki, co? – pogłaskał jej ramię.
Wadza wskazał mi krzesło przy starym, okrągłym stole. Dawno wytarta politura i spękana okleina wskazywały, że blat tego stołu wiele widział. W rogu pokoju stał czarno biały telewizor, a nad nim wisiał, zawieszony na pasku, złoty saksofon.
– Macie coś? – zapytała Brenda. – Macie do herbaty coś?
Jej wyraz oczu zdradzał wielkie zapotrzebowanie na to „coś”, że ostatnio dużo piła i cierpi. Że poprostu ma kaca. Wyjęliśmy z plecaka butelki. Ustawiliśmy na stole, na ołtarzu i zasiedliśmy wokół jak wierni.
– Robisz tę herbatę, cholera jasna? – zapytał Wadza.
Brenda odskoczyła od stołu i pobiegła do kuchni, a gospodarz mieszkania odkręcił pierwszą
półlitrówkę. Niewiele mówiliśmy, bo jeszcze nie nadszedł ten czas, rozplątujący języki, nadający dłoniom wdzięk gestykulacji. Wiedzieliśmy, że to jest tuż tuż i nic nam nie stanie na przeszkodzie, bo jakże piękne były butelki ustawione na blacie. Wadza sięgnął po saksofon. Przez chwilę przedmuchiwał ustnik, potem otworzył szafę i zagrał.
– Otwieram szafę żeby stłumić hałas – powiedział. – Piszą ludzie skargi na moje granie.
– Bo grasz im po nocach! – zawołała z kuchni Brenda. – Gra i gra! Najczęściej „Stawkę większą niż życie”!
– Zelmer – powiedział Wadza, gdy skończył grać. – Pozłacany, proszę pana. Po weselach się jeździ i w inne miejsca... Zawsze to parę groszy, jakby nie liczyć.
Piliśmy z jednego kieliszka, strząsając, tę słynną, ostatnią kroplę, pod nogi, jak każe obyczaj. W końcu pękło milczenie. Wadza przepił herbatą i powiedział:
– Powiem panu, że Brenda, to dobra dziewczyna. Jesteśmy razem prawie dziesięć lat i szanujemy się bardzo. Ja już miałem kiedyś żonę, a Brenda miała męża.
– Jaki on był mąż. Kierowca. Pojechał i tyle go było – powiedziała Brenda. – Potem chciał wrócić, ale już był mój Wadza i odprawiłam, czyli pieprzłam mu drzwiami przed nosem, temu kierowcy, znaczy się, nie?
– Moja, nie moja, poszła z gliniarzem, ale gdyby nie poszła, to bym Brendy nie poznał. Tak.
Wadza uśmiechnął się szczerze..
– Żebyś ty, Wadza, nie przesypiał życia. Żebyś nie ścigał się z rybami. Lepiej by nam było, Wadza kochany. – Odwzajemniła mu się klepnięciem w ramię.
Była między nimi wielka różnica wieku. Może dwadzieścia lat, a może więcej, a jednak wyczuwałem, istniejącą pomiędzy nimi więź. Miłość? Być może tak. Patrzyli na siebie z ciepłą miękkością w oczach. Dotykali się po każdym zdaniu. On przykładał wskazujący palec do jej dłoni, ona klepała go po ramieniu.
– No, właśnie – powiedziałem. – Co z tym narwalem?
Brenda wstała i podeszła do szafy. Długo grzebała pomiędzy ubraniami, przeklinała i sapała. W końcu wyciągnęła długi i cienki przedmiot, zawinięty w gazety.
Narwal? – zapytała. – To jest, kurwa, jego narwal! To jest jego bzik, albo jeszcze, kurwa, gorzej!
– Nie zaczynaj! – Wadza zasłonił się stołem. – Po co piłaś? Co? No, po co?
– Co? Ja, kurwa? Ja piłam? Ty stary chuju! Wadza! Ty bucu!
– Brenda, ja cię proszę!
Rzuciła pakunek na tapczan i wyszła do łazienki. Ten zaskakujący wybuch złości był zapewne efektem nadmiaru alkoholu, ale nieco mnie zmroził. Nie wiedziałem, co robić. Wadza nalał wódki i powiedział:
– To zdrowie Brendy, szanowny panie, ona jest dobrą dziewczyną, a te ataki nie są dla mnie czymś nowym. Ot, wódka. Nic innego. Zapewniam, że za chwilę wejdzie i będzie się uśmiechać.
Rzeczywiście. Po chwili Brenda wyszła z łazienki i usiadła za stołem. Nalała sobie wódki i wypiła.
– Przepij herbatą, kochanie – powiedział Wadza.
– Przepraszam pana – załkała. – Czasami nie panuję nad sobą.
– Herbatą, kochanie. Przepiłaś?
– Po wódce dostaję takiej głupawki, przepraszam.
– Nie chcesz herbaty?
– Wadza!
– No, dobrze już.
Po kilku kolejkach wydawało mi się, że juz wszystko się uspokoiło. Znowu dotykali się po każdym zdaniu, uśmiechali do siebie, pieścili wzrokiem. Niepokój powrócił, gdy kończyliśmy trzecią butelkę. Brenda wzięła pakunek i wyszła do łazienki.
– Chyba dnieje – powiedział Wadza.
Siedzieliśmy smętni z pochylonymi głowami nad stołem, kończąc wódkę. Wadza przysypiał, a ja chciałem iść do domu. Wtedy weszła Brenda. W ręku trzymała spiralnie skręcony, długi przedmiot. To był ząb narwala. Popatrzyła na śpiącego Wadzę i zaczęła, ale jak ona zaczęła! Pierwsze uderzenie skierowała w stół, drugim stłukła szyby w kredensie, a trzecie poszło w okno.
– Masz! Ty bucu stary! – krzyknęła i złamała oparcie krzesła.
Wadza spał, albo udawał, że śpi. Kto go wie? Udało mi się przejść do przedpokoju. Swoje graty wsadziłem pod pachę i po angielsku wyszedłem z domu.
***
Minęło kilka dni, a ja nie mogłem przestać myśleć o nocy spędzonej nad stołem Wadzy, o szaleństwie Brendy, zębie narwala i pozłacanym saksofonie. Z dnia na dzień rosła we mnie sympatia do tych dziwnych ludzi.
Tego dnia poszedłem w odwiedziny do matki, do szpitala. Nie chodziłem tam zbyt często, nie potrafiłem znieść żółtej barwy jej skóry na tle zielonych ścian. Po każdej wizycie wracałem do domu ze spuszczoną głową.
Leżała w ostatniej sali, przy oknie. Opowiedziałem jej o przygodzie z Wadzą, o zębie narwala i Brendzie. Mama pokiwała głową, na chwilę przymknęła oczy i powiedziała:
– Ech, ten Wadza, ten stary piernik.
– Mamo! – zawołałem. – Znasz Wadzę?
Otworzyła oczy i uśmiechnęła się do mnie, po czym wystawiła rękę spod kołdry i skinęła w stronę drzwi.
– Idź już – powiedziała
– A on?
– Nie powiem, przyzwoity człowiek.
Postanowiłem odwiedzić Wadzę. Oczywiście, postanowiłem zrobić to z odpowiednim fasonem, więc kupiłem pół litra wódki, a całą drogę modliłem się, by zastać go w domu, by nie pojechał nad Dunajec płoszyć ryb.
Wadzy nie było, wyszedł dwa dni wcześniej i nigdy nie powróci. Na drzwiach do klatki schodowej wisiała czarno biała klepsydra. Zmarł nagle, urodzony, rodzina i przyjaciele. Pogrzeb, o godzinie. Dzisiaj. Władysław Narwal, lat 61. Ktoś dopisał czarnym flamastrem „Wadza”.
Cmentarz zawsze ma jeden zapach, a właściwie nie ma żadnego. Są tylko monochromatyczne barwy, przetykane ognikami świec i jednakowi ludzie. Idą, nie idą, potem stoją i śpiewają, nie śpiewają, modlą się, rozglądają, poznają dawno nie widzianych znajomych i dyskretnie przesyłają ukłony. Jeden scenariusz, zawsze ten sam, nie ten sam. Ech, ty, Wadza. Pierniku stary.
– Szkoda chłopa – powiedział ten w czarnym kapeluszu.
– Zawał? Zawał? – zapytała kobieta w popielach.
Ludzie przeszli konduktem i ustawili się wokół grobu – dziury. Na pryzmie ziemi dwie łopaty wbite na krzyż i człowiek, podparty pod boki, ubrany na roboczo, w gumiakach, z metrówką w kieszeni. Grabarz.
Stanąłem przy kaplicy i z ukrycia obserwowałem ceremonię. Butelka ukryta za pasem uwierała, więc wyjąłem i odkręciłem. A niech tam. Śmierć zapiekła w oczach, a wódka w gardle.
Ksiądz zrobił swoje i zakręcił sutanną, zafurkotał, dał znak ministrantom i poszedł. Grabarz splunął w dłonie. I gdy rodzina, przyjaciele brali w garść ziemię i sypali na trumnę, do grobu podeszła kobieta. Ubrana w czerwoną sukienkę, pochylona, zgarbiona, wrzuciła do grobu długi i cienki przedmiot.
– To zdzira.
– Kto zdzira? Ta w czerwonym?
– Jaka tam zdzira. Ona sprzątała u Wadzy.
– U Wadzy? Wadza był zbyt porządny, żeby taka zdzira.
– Rodzina powinna wyjąć to coś. Z dołka wyjąć, nie?
– Jaka rodzina? Tylko siostra z Ameryki.
– Ale ta w czerwonym, to jednak zdzira.
– To jego kochanica, ale zdzira, to fakt. Żyli razem od lat.
Wycofałem się dyskretnie, odmawiając „Wieczne odpoczywanie”, gdzieś dalej, pomiędzy groby. Przysiadłem na marmurowej płycie – Maria Kozioł, lat 89 – i zapaliłem papierosa. Pomiędzy krzyżami przeciskała się Brenda.
– To pan? – zapytała i usiadła obok.
Podałem jej butelkę. Wypiliśmy za wieczną drogę, za tych, co na szlaku.
– Poszedł na zawał – powiedziała.
– Był sobie Wadza...
– Ale wie pan co? Pan wie? Ja panu powiem, powiem, że nie spotkałam w życiu tak porządnego człowieka. To był bardzo porządny człowiek. Ten mój Wadza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz