Wystąpił błąd w tym gadżecie.

sobota, 17 kwietnia 2010

FERMENTACJA

Stoję osłabiony upałem i mruczę pod nosem zaklęcie; „Sezamie, otwórz się”. Jestem jak Ali Baba. Szklane tafle rozsuwają się bezszelestnie i uderzają ze środka klimatyzowanym, chłodnym powietrzem. Zezowaty menel patrzy z nadzieją prosto w moje oczy, ale poznaje chyba swojego, bo opuszcza smętnie wzrok i odsuwa się, robiąc mi miejsce w wejściu. Sezam wieje chłodem i parzy
w oczy kolorami opakowań. To wszystko może być moje i częściowo kolegi menela, ale to takie założenie, które nikomu nie szkodzi, a mnie pomaga doczołgać się do następnego dnia. Moje rutynowe obchody zaczynają się zawsze od stoiska monopolowego. Sprawdzam napisy na etykietach. Przyglądam się bacznie, czy komuś, tam u góry, nie zaszkodził upał i nie podniósł ceny na moją ulubioną nalewkę wieloowocową. Różnie bywa, czyż nie?
Zostawiam kolegę menela i jego bratnią duszę przed marketem, niech tam trwa. Wózek zawsze biorę taki duży i opasły, że ledwie pcham tę kupę drutów. Niech wszyscy widzą, jakie mam zamiary. Smirnoff, Gorbaczow, Dębowa... To nie moje klimaty. Wolę swojskość i przasność, tylko „owoc”! Przechodzę z obojętną miną obok wielobarwnych butelek i udaję, że mam to gdzieś, że mnie to wszystko nie dotyczy. Może pomyślą ludzie, ot przyszedł po karmę dla dzieci, rodzinę ma na sumieniu? Albo kobieta – och...! Kobieta! – Czeka na zakupy. Gapi się w pusty stół i liczy minuty, kiedy nadejdzie z siatami ciężkimi, przy nadziei. Potem ona do niego się uśmiechnie
i stworzy artystyczne dzieło – obiad. Nic z tego! Nie ma tak dobrze pod niebem ciężkim, jak moja dola. Pod niebem ołowianym, jak śpiewał pewien miłośnik nalewek owocowych. Dobrze mu tak.
Mój dom jest pusty, jak ten wózek. Pcham go z całą chłopską determinacją, a on rozjeżdża się na malutkich kółkach i ucieka na wszystkie możliwe strony, ale co by sobie ludzie pomyśleli, gdybym z takim malutkim plastykiem, pod rękę, paradował po krętych uliczkach Sezamu? – Bida! – Tak by mówili! – Niech idzie sobie precz, gdzieś do kiosku małego, jak ten koszyczek. Niech nas zostawi w spokoju i nie drażni swoją pryszczatą mordą. Kij mu w oko! – Może nawet. – Chuj mu w dupę! – Jeszcze by, który, popchnął na piramidę puszek z fasolą czerwoną, a potem ochrona i kopa bym zarobił, i do menela, kolegi mojego, na wartę. Mój dom, więc, jest pusty, bez duszy, duszeńki. Bez tego ciepłego, miękkiego i kobiecego, jak rzekł poeta.
– Dzień dobry – słyszę gdzieś z boku cienki, żeński głos.
– Dzień dobry – odpowiadam szczęśliwy, że są jeszcze poczciwcy na świecie. – Dzień dobry! Jakże dobry! – Dyskretnie chowam do lewej kieszeni kostki rosołowe, drobiowe, bo wołowych nie lubię, zaciemniają kolor zupy. – Bardzo mi miło! – Sos cygański do drugiej. Obiad juz prawie mam!
– Dzień dobry pani – inny, kobiecy głos się wplątał i zaburzył moją radość. – Zakupy, zakupy?
– Wszystko już mam, droga pani, już obiad mam prawie, tylko listka bobkowego zabrakło.
Szlag mnie za chwilę trafi, więc odjeżdżam w stronę warzyw.
– Kozich bobków sobie kup! – mruczę pod nosem. Po co taka przyłazi i humor wysysa? Kto ją tutaj prosił? Przez chwilę byłem na styku obojętności z wiarą w człowieka, a tu masz! Idę po ziemniaki, po wypełniacz.
Jedna marchewka do woreczka i na wagę. Druga w rękawie. Waga zmyślna, bo cenę drukuje. Przylepiam na woreczku równe piętnaście groszy i ukradkiem marchew z rękawa dokładam. To samo robię z ziemniakami. Winogrona konsumuję na miejscu. Niby dotykam, głaszczę soczyste kule, a co chwilę któraś wpada w więzienie moich ust. Gryzę delikatnie, bo ochroniarz czuwa. Czuj duch! Ja też czuwam. Jemu za to płacą, a mi nikt nie płaci. Nikt mi za to nic nie daje. Nawet rentę moją, ciężko zdobytą, kosztem zdrowia, zabrali. Teraz opieka społeczna – taka ich mać – bladź – czasami coś mi kapnie, za to, że tamci już mi nie płacą. Namiastka sprawiedliwości równa się pięćset złotych miesięcznie, czyli renta socjalna. Bieda renta, jak bieda szyb górnika, jak afrykański smutek żyrafy na gołym stepie. Do ziemi za daleko, a górą tylko powietrze.
– Przepraszam pana – wyrywa mnie z zadumy filozoficznej miły głos. – Które lepsze? Czerwone czy zielone?
– Czerwone – odpowiadam zaskoczony. – Jeżeli już, to tylko czerwone, miła pani. Ja tylko takie degustuję. Proszę spróbować, ale powoli, bo mundurowy gdzieś tu krąży.
– Ostatnio przyłapał mnie na cukierkach, taki z niego lis. Powiem panu, że nie mam wstępu na cukierniczy, tak mnie załatwił.
– Ja, moja droga pani, na słodycze mam już od roku zakaz, ale mam inne miejsca, równie pożywne.
Dyskretnie robię klasyczną zasłonę ciałem i przyglądam się mojej rozmówczyni – wspólniczce. Białe spodnie i biała bluzka, a na szyi czerwona apaszka. Coś pięknego! Mała główka przykryta słomkowym kapeluszem, a na plecach, spod kapelusza, wije się blond warkocz. Czuję miękkość
w kolanach.
– Leon – kładę rękę na jej szczupłym ramieniu. – Jestem Leon.
– Zenobia – nie broni się, nie strąca mojej dłoni i odwraca się frontem do mnie. – Winogron mam juz dość, panie Leonie. Miły z pana człowiek.
– Mili ludzie, pani Zenobio, przyciągają się, czyż nie?
Ona uśmiecha się sie słodko, a ja rozbieram ją mentalnie. Odgaduję wszystkie zagłębienia
i wypukłości ukryte pod ubraniem. Jesteśmy oboje w wieku tak zwanym nierozbieralnym, czyli
w takim, gdzie rozbieranie przed sobą grozi kosmicznym smutkiem i atakiem meteorytów, ale, od czego są marzenia?
– Miłych ludzi przyciągają winogrona, panie Leonie. To święte owoce, przystające w całej krasie bogom.
– I boginiom, miła pani Zenobio. – Wtrącam zalotnie i patrzę jej tak głęboko w oczy, że kamienie miękną. – Zapraszam na dalszą degustację w inną część Sezamu.
– To ja odstawię swój wózek. Pojedziemy sobie jednym. Czy mogę wziąć pana pod rękę?
– Ależ, pani Zenobio... – Jest w tym zdaniu zaproszenie i radość, „Toś juz prawie moja, pani Zenobio”. – Myślę podniecony i szczęśliwy.
Pchamy wspólnie drucianą klatkę na kółkach, a ja podnoszę głowę i rzucam dumne spojrzenia. Niech widzą opasłe baby i skapcaniali wodzowie rodzinni. Oni mają portfele, a ja panią Zenobię. Z manifestowaną odrazą mijamy stoisko mięsne.
– Miąs nie jadam. – Wyrywa mi się i czuję jak mi łza do oka podpływa. Robi mi się nieprzyjemnie i wstyd. Tak, nie jadam, ale nie dodaję, że mnie nie stać. Jakże mi przykro!
– Tośmy się spotkali! Ja też z jaroszów! – mówi to z entuzjazmem, ale ja widzę, że nie jest jej radośnie. – Czasami jajeczko zjem, ale jedno – dodaje z uśmiechem.
– Jajeczko... Mogę śmiało powiedzieć, że to moja dieta, nawet ulubiona. Zdarza się, że zjadam kilka dziennie – i znowu ta podpływająca łza. Przecież kilka zjadam na miesiąc. Boli mnie okłamywanie takiego piękna. Pani Zenobia uśmiecha się skromnie, a ja już wiem, że ona wszystko rozumie. Zatrzymujemy się przy stoisku z chrupkami, płatkami i tymi wszystkimi patentami śniadaniowymi. Pani Zenobia robi zasłonę, a ja wywiercam palcem dziurę w opakowaniu. Wyjmuję kilka miodowych kulek.
– Proszę się częstować
– Dobre, pierwszorzędny pomysł na śniadanko.
– Robię to często, ale musimy uważać. Ochrona nie śpi. Mogą nawet pobić boleśnie, do krwi, pani Zenobio.
– Chamstwo, panie Leonie. Zupełne zdziczenie.
– Raz mnie złapali na serach. Degustowałem nowość pleśniową. Jak oni mnie zbili! Tak walili pięściami po plecach, jakby sprawiedliwości nie było, a we mnie dudniła wielka pustka.
– Taką pustkę przeżyłam, gdy mnie złapali z przecierem pomidorowym. Na środku sklepu rewidowali... Tylko łzy i łzy... Jakże ja pana rozumiem, biedny panie Leonie.
Powoli zbliżamy się do wyjścia. Po drodze, jeszcze raz stoisko monopolowe i stróżujący przy wyjściu menel. Pani Zenobia ustawia się w kolejce.
– Coś dla ducha – uśmiecha się do mnie i mruga zalotnie okiem. – Wieloowocowego!
– Pani Zenobio – oświadczam uroczyście. – Jeżeli nie pogardzisz skromnym obiadem i degustacją dobrej nalewki, to ja panią zapraszam – słowa usztywniły mnie i poczułem, jak dziwna, gorąca fala zalewa mi twarz. – No, chyba, że ma pani już wyznaczony cel. Może ktoś czeka? Spragniony siedzi w oknie i wygląda za panią? Drżą mu ręce, słowa wymówić nie może? Przecież ja znam objawy nagłego odstawienia naleweczki, po intensywnej konsumpcji.
– Ależ drogi panie Leonie! Nie odmawiam! Przyznam, że moim zamiarem była samotność, wsparta łykiem czegoś szlachetnego, ale... Skoro pan zaprasza, to ja z przyjemnością. Równie dobrze mogę nadużyć w pańskim towarzystwie.
Pakuję do obszernego worka zakupy. Dwie nalewki, marchewki, kilka ziemniaków. Z dziennego przydziału pozostało równe dwadzieścia groszy, będzie dla menela. Pani Zenobia, tajemnicza
i pociągająca, tumaniąca grubym warkoczem, uśmiecha się... Boże! Ona uśmiecha się do mnie!
Sezam rozsuwa lśniące szyby. W wyjściu stoi mój menel i wyciąga rękę. Nawet nie spojrzał na moją towarzyszkę, gapi się prosto w moje oczy. Bez słowa wkładam mu w dłoń malutką monetę. Masz Cerberze swój okup, na szczęście.
– Czy to jakiś pański kolega? – Przystaje moja pani Zenobia i widzę jak rozszerzają się jej oczy. Może jest zaskoczona? Zdegustowana? Przez chwilę zastanawiam się, szukam jakiegoś słowa – wyjaśnienia. Co mam powiedzieć?
– Odwal się! – Ktoś za naszymi plecami podnosi głos. – To jest mój promotor! Spieprzaj!
Odwracamy się, a tam mój menel własnym ciałem zasłania drogę innemu menelowi. On broni dostępu do nas.
– Już wiem – uśmiecha się do mnie, słodka Zenobia. – Pan jest tutaj znany!

*

Praktyczność mojego obiadu polega na tym, że tuczy tylko w połowie, bo w połowie jest kradziony. Przysłowia są prawdą objawioną, czego dowodem jesteśmy my – ja i pani Zenobia. Wyglądamy jak dwa wysmukłe jesiony z konarami wysuszonych kończyn. Nie puchniemy od ciągłych „degustacji” w Sezamie, ale sytość nie jest nam obca.
Dzisiaj, kuchnia serwuje ziemniaki polane cygańskim sosem, pod bulion z marchewkową wkładką. Dwa dania jak dwa kartony nalewki wieloowocowej. Dwanaście procent, pani Zenobia i ja.
– Mieszkanie moje, pani Zenobio, jest przykładem skromności i artystycznego rozgardiaszu – staram się tuszować ordynarny bałagan. Mieszkam w jednym pokoju, więc wszystko jest poskładane na jedną kupę. Mój dom jest jak piramida. Pełno tu tajemnych ścieżek i tylko znajomość ruchów konika szachowego pomaga cokolwiek odnaleźć. – Ja się juz w tym nie mieszczę – dodaję tragicznym głosem. – Przestrzeń ściska mnie jak imadło.
– To może ja obiorę ziemniaki, a pan troszkę posprząta, panie Leonie. Może powiększy się gabaryt pańskiej przestrzeni?
– Oczywiście, ale niewiele mogę, niewiele. Tutaj każdy przedmiot ma swoje miejsce. To są organa mojej egzystencji, wszystko tu współgra, pani Zenobio.
– Bardzo proszę...
– Zrobię, co w mojej mocy.
Pani Zenobia wychodzi do kuchni, a ja nogą, jak kijem hokejowym upycham, przesuwam
i ugniatam wszystko, co na drodze. Zdzieram pościel z wersalki i wynoszę na balkon, potem składam moją spalnię w fotel, co zwykle czynię raz w roku, gdy ksiądz przychodzi z kolędą. Książki zostawiam. Te małe piramidy, które tworzą tę wielką, jedną i stanowiącą enigmatyczność mojego mieszkania, są jak wizytówka. Tołstoj na Woroszylskim. Jesienin, przytulony do Sylwii Plath. Biblia, centralnie na stole. W niej, pomiędzy kartkami, leżą powtykane dziesiątaki, nabierają świętości, a w jednym, specjalnym miejscu – Pieśń nad pieśniami – leży całe sto złotych. Każdy z nas czeka na swoją „czarną godzinę”.
– Sosik już zrobiony, a ziemniaczki przyjemnie bulgoczą! – Pani Zenobia siada za stołem. – To może po jednym?
– Oczywiście! To będzie jak aperitif.
Szklanki? Literatki, lampki? Ale skąd? Moja kuchnia jest jednoosobowa i kończy się na fajansowym kubku z jakiejś promocji, jednym kieliszku i kilku plastykowych szklaneczkach.
– Chyba pójdę do sąsiada po szkło! – mówię i znowu czuję podpływającą pod powiekę łzę. – Ja tutaj sam jestem, pani Zenobio, jak mustang samotnik, jak biedny artysta. Chyba, że Nie pogardzi pani kubeczkiem z tworzywa sztucznego, bo tylko takie mam.
– Pan mnie nie docenia – uśmiecha się tajemniczo, a moje serce skacze, jak durne, do gardła. – Ja zawsze mam szklaneczkę przy sobie, że tak powiem, piję ze swego naczynia.
– Absolutnie mnie to nie dziwi. Gdy byłem jeszcze młodym junakiem i bywałem w różnych radosnych miejscach, też swoje szkiełko posiadałem. Nie tylko dla higieny, ale dla zwykłej ludzkiej wygody. To było jak niezbędnik wzorowego żołnierza.. Z tak zwanego gwintu, owszem, wypiję, ale
z damą nigdy. Fason nie ten.
– I za to, panie Leonie, już pana lubię! Proszę o napełnienie naczyń, a ja zerknę na dzieła sztuki, wiszące na ścianie. – Wyciąga z torebki mały pakunek, odwija chusteczkę i stawia na stole szklankę, malowaną w zielone kwiatki. – Widzę szkołę flamandzką, to przecież „Portret rybaka” van Gogha. Świetna reprodukcja!
– Dla mniej obytych ze sztuką – wyjaśniam – to portret mojego przodka. Wszystkie obrazy to reprodukcje, ale malowane olejem.
– Jest pan niewątpliwie wrażliwym człowiekiem. Wypijmy pod sztukę.
– Wypijmy... Do dna!
– Tylko do dna! Nalewki inaczej nie piję.
– Nalewka, pani Zenobio, pita małymi łyczkami, ma tendencje powracania do szklanki. Więc do dna!
Po czwartej kolejce, okraszanej przyjemnymi dialogami, ziemniaki „doszły”. Pani Zenobia zajęła się podaniem dania na stół, a ja sztućcami. Tutaj napotkałem na mały problem. Mam w domu, ukryty głęboko zabytkowy komplet, ale tylko dla jednej osoby. Wyjmuję ten mój srebrny skarb,
a może tylko posrebrzany i układam na miejscu gościa. Sobie podaję tradycyjny, aluminiowy. Alkohol miesza się z krwią i jak mówią kiperzy spod Sezamu – wchodzi.
– Smacznego pani.
– Smacznego panu.
Jemy powoli i z dystynkcją. Moja Zenobia łokcie przylepiła do boków i operuje tylko nadgarstkami. Staram się naśladować jej ruchy, ale kapituluję po chwili. Odwykłem!
– Proszę się nie kłopocić. Mnie tato tak nauczył – Odgaduje powód mojego zażenowania. – Pomiędzy łokcie a ciało wkładał mi monety, Gdy pieniążki wypadły, kończyło się jedzenie, gdy nie, były moje. Mój tato, panie Leonie, był oficerem.
– To nie jest moje nieobycie, to samotność! – Tłumaczę się zawstydzony. – To brak serca przy sercu i wspólnego ciepła. Od tego zimna reumatyzm duszy więzi mnie swoim bólem. Napijmy się! Proszę.
Wypijamy po szklaneczce i ze zgrozą widzę, jak pani Zenobia przygląda się sztućcom. Jeszcze tego brakowało!
– Ciekawie grawerowane – stwierdza. – A cóż to?
– Swastyka! – Krztuszę się z wrażenia. – Historyczna i zabytkowa cecha. Niemiecka secesja, droga pani. Lata trzydzieste, monachijska manufaktura.
– Rozumiem, to przecież bez znaczenia. Pańskie, z jakiej epoki, bo widzę, że też mają grawerowanie?
– Moje sztućce, to klasyczny socrealizm, miła Zenobio, widelec ma wyryty symbol „Orbis”, a nóż „Społem”. To też sztuka. Zaliczam się do ludzi bywałych w świecie i niejedno dzieło zostało mi na pamiątkę.
Obiad zjedzony w miłej atmosferze, a wypita nalewka tworzy klimat. Zająłem się w rewanżu za kucharzenie sprzątaniem. Właściwie nie sprzątaniem, a odniesieniem naczyń do kuchni.
– Może jakąś muzyczkę? – pytam radosny i syty. – Mam kasetowy magnetofon i kilka taśm.
– Bardzo proszę! Może nawet zatańczymy?
Rozglądam się na boki i szukam miejsca do tańca. Może jakiś przytulany i w bezruchu, bo miejsca do tanga brak. Wkładam kasetę „Enigmy”, to ma klimat odpowiednio romantyczny.
Stoimy w miejscu, udając jakiś dziwny taniec. Bujamy się lekko na boki i dociskamy z całych sił do siebie. Moja lewa noga wsparta na piramidzie z Woroszylskim. Jej prawa noga uniesiona do góry, wsparta na Jesiennie. Jestem umiejscowiony pomiędzy nogami pani Zenobii. Co chwilę, by nie stracić równowagi, ujmuję delikatnie jej pośladki i dociskam do siebie. Wszystko we mnie śpiewa!
– Panie Leonie! – dyszy mi gorącem swego oddechu do ucha. – Ja coś muszę powiedzieć! Mam pewne dziwactwo!
– Na naszym poziomie, pani Zenobio, dziwactwa nie istnieją.
– Ale ja muszę to powiedzieć!
– Nie lepiej to zrobić? Bez uprzedzenia?
– Jezu! Kiedy ja muszę!
– Zrobię wszystko, dla pani, wszystko!
– Ja muszę... Muszę, inaczej nie potrafię... Panie Leonie!
– Proszę mówić – całuję jej uszy i mocniej dociskam do siebie. – Ja wszystko dla pani! Boże!
– Nie będzie się pan śmiał? Proszę dać słowo!
– Słowo!
– Ja... Tak już mam... Nie usnę przy ścianie!

*

Najżałośniejszą częścią dnia człowieka w moim wieku są poranki. Budzę się wtulony w zimną ścianę i nie otwierając oczu przypominam sobie wczorajszy dzień. Obmacuję swoje ciało i z przerażeniem stwierdzam, że jestem nagi. Wyciągam rękę na drugą stronę wersalki i niczego nie znajduję. Tylko puste i zimne miejsce. Zwiała! Nie! Słyszę szum wody w łazience. Po chwili otwierają się drzwi i jej miły głos oznajmia, że już dzień, że należy wstać i powitać, może nawet ucałować, na dzień dobry.
– Panie Leonie! – woła. – Pora!
– Nie śpię! – odpowiadam.
Wchodzi do pokoju, parująca po kąpieli. Czysta jak spowiedź, piękna jak modlitwa. Włosy luźno rozpuszczone sięgają do pasa. Ubrana w moją koszulę, filuternie rozpiętą od dołu, pokazując zgrabne nogi.
– Wstajemy, wstajemy, panie Leonie.
– Poproszę, w takim razie, podać mi moje gacie, wiszą na balkonie.
Nie jest źle. Zostało nam po szklaneczce nalewki, tak na apetyt, na chęć do życia. Siedzimy przy stole i wpatrujemy się w siebie jak w jakieś magiczne lustra. Pani Zenobia kipiąca kobiecością, ja nieco zmęczony. Obserwuję jak zaplata warkocz i czuję w sobie rosnące pokłady męskości.
– Pani jest piękna – mówię cicho i czuję, że znowu ta moja łza podpływa mi pod powiekę. – Czy można, tylko proszę o szczerość, czy można zakochać się po pierwszym, a właściwie po jednym razie?
– Można, kochany panie Leonie, można nawet po wspólnym zjedzeniu jednej kulki winogrona.
Potem łapiemy się za ręce, potykamy o sterty książek, upadamy, podnosimy się nawzajem, rozrywamy koszule na sobie, aż guziki szybują pod sufit.
– Zenobio! Kocham panią!

*

Moja pani Zenobia kończy zaplatać warkocz, piękny, konopiasty i gruby. Ja skreślam liczby w multilotka. Jeden zakład, który jest częścią mojego planu. Następnie wyciągam ze świętej księgi sto złotych i przepisuję w rogu banknotu liczby.
– Pani Zenobio, dzisiaj świętujemy – oznajmiam. – To będzie wielki dzień. Pani pójdzie z tym banknotem do sklepu i zrobi małe zakupy. Nic na obiad, bo zapraszam panią do baru. Jakiś pasztecik i chleb, może masełko. Ja, kochana, udam się wysłać ten oto zakład i spotkamy się pod sklepem. Tylko nie do Sezamu! Tam pójdziemy potem. Proszę iść do tego małego sklepiku z różową wystawą. Czy ma pani dwa pięćdziesiąt drobnymi?
– Mam, panie Leonie.
– Proszę mi dać. To na zakład.
Wychodzimy z domu i każde idzie w swoją stronę. Szybko załatwiam multilotka i zjawiam się pod sklepem. Pani Zenobia już po zakupach.
– Proszę teraz iść do domu – wręczam jej klucze. – Za piętnaście minut będę.
– Dobrze, umyję naczynia.
Ustawiam się w kolejce, czwarty do lady. Ekspedientka młoda i wystraszona. Szefa ma drania
i rzeźnika. Mówią na niego „Ludojad”. Podobno, po pracy rewiduje dziewczyny, wkładając im rękę do majtek. Tym razem nie moja sprawa.
– Co dla pana?
– Cztery parówki, te długie i dwadzieścia deko sera edamskiego.
– Osiem i czterdzieści trzy grosze – pakuje mi to w małą foliową torebkę.
Kładę z obojętną miną dziesięć złotych w banknocie na ladę. Dziewczyna wydaje resztę
i kieruje wzrok na następnego klienta. Stoję i czekam, nie biorę zakupów z lady. Przyglądam się towarom na półkach.
– Coś jeszcze?
– Nie, to wszystko, dziękuję... Ale czekam na resztę.
– Reszta leży przed panem!
– Przepraszam bardzo! Ta reszta nie jest dla mnie! Dałem pani stówę!
– Jaką stówę? Jaką? – Zaczyna się denerwować, co jest oznaką niepewności. – Dyszkę mi pan dałeś! Co pan mi tutaj?
– Tym razem pani się to nie uda! – Triumfującym wzrokiem zataczam wokoło. – Kierownika! Wołać kierownika!
Z zaplecza wytacza się Ludojad. Idzie posapując. Jeszcze nie wie, co się stało, ale gęba mu sczerwieniała i zacisnął pięści.
– Czego! – Pochylił się w moją stronę przez ladę. – No, czego, pytam się jaśnie pana!
– Zaszła mała pomyłka, którą natychmiast możemy wyjaśnić. Zapłaciłem tej pani banknotem stuzłotowym, a pani, przez pomyłkę wydała mi z dziesięciu. Wystarczy wydać jak należy i po sprawie.
– Kasia! – Docisnął ekspedientkę brzuchem do lady. – Jak było?
– Dał dychę!
– Dałem stówę!
– Dychę dałeś, stary bucu!
– Proszę bardzo! Mogę to udowodnić! Jestem hazardzistą i namiętnie grywam w multilotka. Wczoraj w nocy naszło mnie natchnienie na pewne liczby. Żeby ich nie zapomnieć, zapisałem sobie na stówce, którą akurat miałem pod ręką. Proszę bardzo, tutaj jest kupon wysłany na te liczby. Proszę zbadać wszystkie stówy w kasie. Jeżeli będzie jakaś z tymi numerami, to mam rację. Zgoda? Kupon wysłałem przed przyjściem do sklepu. Tam jest godzina.
– Dupa Jaś! – Ludojad gapi się na mnie i powoli zaskakuje. – Kaśka zamknij sklep. Jak nie znajdę tego banknotu to masz w dziób!
– A jak znajdziesz? To, co?
– To te zakupy masz gratis.
Nie trwało to długo. Moja stówa z daleka drażniła szeregiem zapisanych cyfr. Ludojad długo wpatrywał się we mnie. Uśmiechał się i klął na przemian. W końcu oddał banknot i oczywiście, dyszkę z zakupami.
W domu pachniało mydłem i Zenobią. Kuchnia świeciła czystością, a na półeczce stały dwie nowe szklaneczki, malowane w zielone kwiatki.
– Pani Zenobio – przytuliłem ją do siebie. – Dzisiaj idziemy na pierogi z jagodami... Do baru „Przysmak”
– Dobrze, z przyjemnością, ale cos po drodze musimy załatwić.
– Bardzo chętnie.
– Damy NASZEMU menelowi całe dziesięć złotych. Stać nas na to, czyż nie?

5 komentarzy:

  1. Dziękuję. I za fragment i za całość :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak to spanie od ściany uruchomić potrafi pokłady namiętności i pomysłowości. Chyba zmienię zdanie ;) Świetna opowieść! Przeczytałem jednym tchem :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Muszę spróbować zasnąć przy ścianie:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Panie Jerzy, bardzo sympatyczne opowiadanie.

    OdpowiedzUsuń