Wystąpił błąd w tym gadżecie.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Łemko Bury



Pułkownik, Lowka Bogdanowycz trzymał mowę. Pozostali, mocząc usta w gorącym piwie gapili się na starego wiarusa i dmuchali w manierki. Mróz mieszał się z parą i usypiał siwym szronem na wąsach.
– To będzie, jak ja mówił! Wilki wyjdą z tamtej strony – wskazał lufami dubeltówki na las. – Pilnujta się striłcy! Jak dobiegną do połowy polany macie zabijać i uważajcie, bo wilk, to zawsze wilk. Może atakować!
– Bogdanowycz! – Łemko Bury uniósł się w siodle. – Ja podjadę do nagonki, pozwolicie?
– Goń! Niech idą w las! Koniecznie! Swołocz naganiać na polanę...! My im powiemy... Zdrastwujtie.
W kotle ustawionym na kamiennym paleńsku gotował się bigos, a miejscowe kobiety królowały przy stołach. Kiełbasy niczym warkocze ukraińskiej narzeczonej wiły się pomiędzy bochenkami chleba. Bury położył lufę sztucera na zadzie kobyły i pogalopował przez sypki śnieg.
– A teraz, pozwólcie towarzysze, pokażę wam swoje medaliery.
Bogdanowycz świsnął pod nosem.
– Oto moje wojsko – rzekł miękko.
Z domu wybiegły dwa wielkie owczarki i usłużnie przysiadły przy nodze Lowki.
– Ten mniejszy, Zula, suka moja jedyna – podrapał psa po karku. – Dwa razy życie moje ratowała. Raz na Odrze, zębami mnie zdzierżyła i do niemieckiego brzegu spłynęła. Drugi raz w Berlinie, przed miną pozór dała – rozłożył długie ręce na boki. – Ot, taka suka maja!
Myśliwi zasłuchali się w Bogdanowycza i z podziwem oglądali psy. Każdy wilczur miał szeroką obrożę z mocowanymi do czarnej skóry medalami.
– Dżygit – pułkownik poklepał wielkiego owczarka po głowie. – To bestia. Na własne oczy, towarzysze, widziałem jak wyrwał jednemu zdrajcy gardło. Szkolony był na wrogie tanki i miał iść z granatami, ale ja go zabrałem do siebie. Usynowiłem, bracia, jak swego. Cztery ordery dostał za męstwo!
– Swój pies! – zawołał któryś
– Swój pies – powtórzyli inni i skłonili głowy przed Lowką. – U nas takich nie masz.
– Oj... Nie masz.
Mlaskali w podziwie i pstrykali palcami. Mróz szczypał policzki i kleił oczy, a piwo grzało pod kożuchami. Kobiety w śmiesznie dużych walonkach tańczyły nad bigosem.
Od strony lasu przygalopował Łemko Bury. Wyhamował przed Bogdanowyczem, aż koń przysiadł na zadzie.
– Melduję! Nagonka poszła!
– To teraz, moi myśliwce – rzekł pułkownik. – Stroić giwery i na stanowiska!
Jak na złość sypnęło śniegiem. Spadł drobny, a zimny i bił po twarzach do bólu. Wiatr zamiatał płatki i gęstymi chmurami wirował nad polaną.
– Towarzysze! – zawołał pogodnie Bogdanowycz. – Pamiętajcie. Za każdego wilka całe sto złociszów! Płacą bez wyjątku, za każdą sztukę.
Myśliwi zatarli ręce, pochuchali w rękawice i rozeszli się w stronę polany na ustalone stanowiska. Każdy wziął w kieszeń flaszkę wódki i garść nabojów. Pożegnani krzyżem na drogę, pogłaskani kobiecą ręką wyszli na przeciw wilkom. Od strony lasu słychać było wystrzały jak werbelki i pohukiwania ludzi. To szła nagonka. Łemko Bury objechał na swojej kobyle linię i stwierdził bezpieczeństwo. Teraz on był łowczym i jemu podlegało wszystko. Mianował go wczoraj przy wódce sam Lowka Bogdanowycz, bohater wojenny i wielka figura w aparacie władzy. Burego otaczał wielki mir. Do dzisiaj był nikim. Jako szeregowy przeszedł swój bojowy szlak i nikt nie powierzał mu takiego zaufania. Szedł zawsze gdzie mu kazano. Roztrącał na boki nieprzyjaciół i strzelał w przód. Zawsze zwrócony twarzą do wroga, modlił się o szczęście. „Niemiec moich pleców nie widział”, tak streszczał swoje wojowanie i to było wszystko, tyle pamiętał. Jedno, co dała mu wojna, to wielkie zamiłowanie do wódki. Idąc na swoje miejsce, zwinął ze stołu dwie solidne butle majonego spirytusu.
Linia stanowisk ułożona w długi półksiężyc wsparła sie plecami o świerkowy młodniak. Przed myśliwymi bieliła się łąka, płaska jak patelnia. Łemko Bury usadowił sie w wygodnym gnieździe i pociągnął z butli. Alkohol wlewał się ogniem palącym piersi. Dawał ciepło. Nad łąką wirowała zawieja, ograniczając widoczność do kilkunastu metrów. Bury precyzyjnie szykował sztucer do pracy, pociągając co chwilę z butli. Po tym jak jego dwaj bracia poszli na wschodnią stronę gór, wiedzeni słowem magnetycznym i wielkim, pozostał sam. Poszli za hyrem ognistym i ciężkim, które przyszło wraz z końcem wojny. Ktoś przyjechał na koniu i rzucił w spokojnych Łemków jedno tylko słowo – Bandera. Powyciągali spod strzechy karabiny i wyprawieni na drogę, kawałkiem słoniny odeszli. Ci, co pozostali, wybrali nienawiść innych, poniżenie w oczach przybywających osadników i podejrzliwość nowej władzy.
Bury ułożył się wygodnie na wiązce słomy i popijając wódkę oczekiwał. Zamieć ograniczała widzenie do połowy polany, a wypity alkohol wchodził w krew i mącił wzrok.
– Bury! – Bogdanowycz sprawdzał stan. – Jesteś?
– Jestem, Bogdanowycz.
– Kulawy!
– Jestem
– Bośko!
– Jezdem
– Fiodor!
– Tak toczno
– Pula!
– Jest
– To trzymajcie się, gnaty jedne! Wołki idut! Pasmatrim, kto gieroj!
Nagonka zaciskała pierścień wokół polany, a palba karabinowa mieszała sie z okrzykami naganiaczy. Jazgot wystrzałów dochodził z każdej strony. Bury był pijany. Walczył z opadającą na sztucer głową i ogarniającym go snem. Wiedział, że nie może zawieść pułkownika. Gdy ujrzał wybiegające na środek dwie sylwetki wilków, pomyślał, że to podwójne, pijackie zwidy. Oddał strzał. Wilk wyskoczył w górę, wyrwany uderzeniem pocisku. „Dobrze widzę” – pomyślał – „Został jeden”. Po przeładowaniu zamka oddał następny strzał i na polanie pozostała tylko biel śniegu. Ostatkiem sił wypił kilka łyków wódki i upadł nieprzytomny w słomę.

*

Lowka Bogdanowycz, ubrany w żółte bryczesy, tańczył wokół Burego. Podskakiwał na bosych nogach i co raz uderzał go w twarz. Bury siedział przywiązany do małego zydla, na środku izby, doprowadzony do trzeźwości, natarty śniegiem i polany lodowatą wodą. Kobiety zasłoniły sobą kocioł z bigosem i popłakiwały, chowając twarze w kolorowe zapaski.
– Faszysta! – wrzeszczał Buremu w Twarz. – Faszysta i swołocz!
– Darujcie – seplenił z wypływającą ustami krwią. – Bogdanowycz, darujcie.
– Widzicie go? Chachoł jeden! Izwinitie gadasz? Izwinitie? Bandyto i morderco! Skurwisynu, job twaju mać!
– Darujcie, nic nie wiem... Opił żem się jak świnia. Wszystkom zabył.
– Aleś wódki nie zabył! – Bogdanowycz uderzył Burego w brzuch. – Suko!
Myśliwi siedzieli przy długim stole i w milczeniu przyglądali się scenie. Pułkownik parował wściekłością.
– Opiłem się, pułkownik Bogdanowycz – zapłakał. – Opiłem jak świnia... Śpik mnie wziął
i odebrał życie... Darujcie, towarzyszu.
Mówił bardzo cicho. Bogdanowycz przykładał ucho blisko jego ust i co słowo uderzał głową w środek nosa.
– Masz! Faszysto... Suko!
Bury wiedział, że zrobił coś bardzo złego, ale co? Myślał i nic nie przychodziło mu do głowy. Wraz z utratą przytomności całkowicie zatracił pamięć. Nawet nie myślał by zapytać. Bardziej niż bicia bał się prawdy. Po którymś kopnięciu stracił przytomność.
– Teraz, myśliwce moje – Bogdanowycz dosiadł się do stołu. – Musimy coś postanowić. Radźcie!
– Jak tu radzić? Towarzyszu, on nasz, Łemko, tutejszy – łagodził stary Pulek.
– Izwinitie! – przyłożył rękę do serca Fiodor.
– Pomiłujcie! – skłonił sie Bośko, stary kłusownik.
– A może on faszysta i szpion od Bandery? – zwątpił Kulawy.
Pułkownik podszedł do kotła i zagarnął łyżką. Przez chwilę chodził, mlaskając gołymi stopami o klepisko.
– Wy tu czegoś nie zrozumieli – zaczął łagodnie. – To morderca i bandyta! Swołocz!!! – krzyknął i kopnął w zakrwawioną twarz Burego. – Ja tu coś wymyślę, robaczki moje! Nie takich ja sprawiał, nie takich jak ten.
– Może wódki dać? – zapytał Kulawy. – Napijmy, może coś wejdzie w łeb?
– Dawaj! Bigosu też podajcie.
Jedli i przepijali. Każdy myślał o Burym i snuł swoje domysły, co do jego losu. Znali Bogdanowycza i wiedzieli, że jemu nie wolno sprzeciwiać się, bo to jak skazujący wyrok. Pułkownik był wielką „figurą” i trzymał władzę w całej okolicy. Gdy już pojedli i wypili kilka butelek wódki, Bogdanowycz powstał i rozkazał ocucić Burego. Kulawy wylał na nieprzytomnego wiadro wody. Bury wracał do świadomości.
– Widzisz ty mnie?! – zapytał pułkownik, pochylając sie nad Burym. – Widzisz? Dywersancie!
– Widzę, towarzyszu.
– Bracia myśliwce! My zrobimy, jak powiem – usiadł i przepił. – Jak wszystko, co tutaj powiem. Buremu zmienić gacie i koszulę. Dąć mu na nogi sapożki, ale nie takie na śnieg, na drogę. Dać mu takie cerkiewne, cieniutkie i płytkie. Mogłem swołocz wykończyć, ale... – Na to, „ale”, wszyscy przyklasnęli, bo już wiedzieli, że to jedno słowo, ma większą wartość niż życie.
– Mogłem go wykończyć – ciągnął mowę Bogdanowycz. – Ale mam lepszy pomysł – uśmiechnął się i zatarł dłonie. – Podkurować mi go do rana, tak żeby stał na własnych nogach. A potem będzie zabawa. Rzekłem!

*

Obudzili go wczesnym świtem. Kazali ubrać się w bardzo cienki garnitur i buty dali jak z papieru. Bogdanowycz kazali – mówili na usprawiedliwienie i wciskali do kieszeni kawałki kiełbasy. Bury był obity z każdej strony, do tego stopnia, że w bólu nie rozumiał, co się dzieje.
– Idź na Caryńską – szepnął mu do ucha Fiodor. – Tam bracia twoi ze striłcami siedzą. Idź!
Przed domem myśliwi stali w szyku. Każdy z nich trzymał strzelbę, wspartą na ramieniu. Gdy wyszedł z piwnicy, zdjęli czapki na powitanie. Bury modlił się o szybką śmierć.
– Bury! – odezwał się pułkownik. – Dywersancie jeden! Swołocz jesteś faszystowska
i zdrajca!
– Bogdanowycz! – odparł Bury. – Ty mnie faszystą nie nazywaj! Ja krew swoją przelewałem! Zabij, jak żem winien, ale nie obrażaj!
– Widzicie? Jaki gieroj!
– Gieroj! – potwierdził Bury. – Katujesz mnie! Krew mi upuszczasz niewinnie! Ludzie patrzą i widzą.
– Gdzie te ludzie? Te tutaj, to ludzie? Ty bladź jesteś, jak oni wszyscy!
– Tyś bladź, Bogdanowycz. Jeść ci tutaj dają!
– Patrzcie! Jaki się znalazł!
– Kończ, Bogdanowycz!
– Kończę! Faszystowski ryju! – Odbezpieczył pistolet i przystawił Buremu do głowy. – Dam ci szansę! Poznaj krasnoarmiejskie serce... Obyś sam zdechł! Pójdziesz sobie, rybeńko w las. Tak. Pójdziesz w las. Dam ci dwie godzinki, job twaju mać, dwie godzinki. Po czasie pójdziemy za tobą. Jak do nocy zdybiemy, to masz w czapę! Rozumiesz? W czapę! Będzie polowanie! Ot!
– Ruska świnia! – Buremu było już wszystko jedno. – Enkawudzista jesteś! Podły człowiek.
Bogdanowycz zbladł jak śnieg. Myśliwi uciekli do domu i przyglądali się zza firanek. Odważne kobiety stały obok, owinięte kolorowymi chustami.
– Idź już! Bo ubiję!
Łemko Bury odwrócił się na pięcie i poszedł, w cienkich bucikach, w marynarce narzuconej na gołe ciało.
– Polaczki do mnie! – Bogdanowycz krzyknął w stronę domu. – Ktoś musi pochować moje medaliery! – Przez chwilę myślał, bijąc się szpicrutą po bucie. – A oskórować przed zakopaniem! Zapłacą jak za wilki, po całe sto złociszów!

piątek, 23 kwietnia 2010

pozostaną po nas tylko wspomnienie i udawana żałoba.



Tak wyglądały w polskich miastach spontaniczne obchody święta Dni Katynia. Czy to daje do myślenia o spontaniczności - niby - w żałobie po katastrofie smoleńskiej? Ponoć Katyń i Smoleńsk są nierozłączne.


Marność nad marnościami i jeszcze raz marność.


Jakże wymowny symbol naszej pamięci i patriotyzmu. Krzyż a pod nim bankomat.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Gołębie, Hela i ja

Moje balkonowe stado składa się z trzech gołębich rodów. Lamparty, to te mniejsze od wszystkich, z jasnym upierzeniem, poplamionym granatowymi cętkami. Przeważnie siedzą na parapecie i są ostatnimi w kolejce do jedzenia. Znają swoje miejsce. Nigdy nie wchodzą w środek rozsypanego ziarna i dziobią po obrzeżach. Ich pokora przekłada się na bardzo rodzinne relacje. Dbają o swoje potomstwo, a jajka znoszą gdzie popadnie. Lamparty są najliczniejszą grupą mojego stada.
Dynastią środkową w ptasiej hierarchii są Kury – tak je nazwałem. Hałaśliwe i najodważniejsze ze wszystkich, okupują poręcz balkonową. Jasne, prawie białe, mają na szyjach czarną otoczkę. Podchodzą pod drzwi i zaglądają do mieszkania, dziobią w szybę i gruchają doniośle. Są największe i najsilniejsze, ale rządzą tylko Lampartami, które są zbyt pokorne, by walczyć o pozycję w balkonowej władzy.
Nad wszystkimi gołębiami sprawują rządy ciemne, prawie czarne z białą lotką w lewym skrzydle, przewodnicy. Piórka, nazwane tak od białego akcentu, pierwsze zaczynają jedzenie i zawsze są w centrum. Szefem piórkowego stada jest stary samiec bez jednego oka, nazwany Piratem. Natomiast, całym balkonem rządzi niewiele większa od gołębia, moja suczka, Norka. Przegania Kury, obojętnie przechodzi obok Lampartów i ze strachem ucieka przed Piórkami. Zna balkonowe zwyczaje.
Do zaokiennych postaci zaliczam jeszcze moją sąsiadkę, Helę. Właśnie skończyła dziewięćdziesiąt lat i nabyła dziewięćdziesiątą chorobę. Hela jest wrogiem wszystkiego, co żywe na balkonie. Nie rusza się zbyt żwawo i ma tendencję do wywracania się na plecy.
Gdy upadnie, sama już nie wstaje. Wali wtedy laską o podłogę, przywołując sąsiada, czyli mnie. Szczególnie nienawidzi gołębi, a Norkę toleruje tylko ze względu na moją pomoc.
– Ty, Cyngiel, kiedyś się dorobisz! – przestrzega. – Dorobisz się jakiegoś kolegium, aż cię pokręci.
– Może nie, pani Helu – odpowiadam grzecznie. – Same przylatują i co mam zrobić? Jeść
nie dawać? To grzech.
– Głupiś, Cyngiel.
Hela, gdy przymyka oczy, przypomina starą porcelanę. Zamyka się do wewnątrz i nie
ma jej obok. Jest tylko świszczący oddech i zapach maści cynkowej. Wtedy wstaję cichutko i wychodzę. Mam klucz od jej mieszkania, tak na wszelki wypadek, na okoliczność nieszczęścia, albo szczęścia – jak mówi Hela. Odchodzę do siebie i wiem, że już blisko, gdy odejdę ostatni raz, a klucze zostawię na stole, jakiejś kuzynce, czy innej krewnej.
– Głupiś, Cyngiel – powtarza. – Otwórz lodówkę i weź sobie dziesięć jajek. Siostrzenica ze wsi nawiozła. – Bo taka jest moja Hela kochana.
*
Od dwóch dni nie widzę Pirata, a Piórka żyją w rozproszeniu i nie przypominają panującego rodu. Kury wyczuwają nieobecność przewodnika i wprowadzają anarchię. Biją niemiłosiernie Lamparty i przeciwstawiają się dominującym Piórkom. Pirat zaginął i nie wiem czy jeszcze powróci. Na balkonie zrobiło się głośno. Gołębie walczą o panowanie.
– Pan Cyngiel? – W drzwiach stoi młody policjant. Przestępuje z nogi na nogę jak dziecko
w potrzebie i pokazuje blachę. – Koński jestem, dzielnicowy. Nowy dzielnicowy, panie Cyngiel jestem.
– No, tak – odpowiadam. – Jeżeli powiem, że jest mi przyjemnie, to skłamię, ale niech pan wchodzi, panie... Jak?
– Koński, nie? Przecież mówię.
Wchodzi i pcha się do pokoju. Potem siada w moim fotelu i wyciąga z teczki jakieś papierzyska, i gapi się na nie, że niby taki mądry. Udaję absolutną obojętność i zapalam papierosa, a żeby go zdenerwować, stawiam na stole ćwiartkę wódki i dwa kieliszki.
– Jednego? – pytam z kamienną miną. – Lubi pan czasem? Co?
– Coś pan zgłupiał? – odpowiada. – Ja nie jestem tutaj towarzysko, miły panie, ale dziękuję, no jasne, towarzysko zawsze można.
– Co też pana do mnie sprowadza?
– No właśnie – podtyka mi pod nos jakiś papier. – Mamy donos na pana, panie Cyngiel.
Mało tego, mamy sprawę do sądu grodzkiego. Jednym słowem, nie jest dobrze.
– Czyli, że co? Panie Koński.
– Czyli będzie sprawa. Sprawa sądowa, panie Cyngiel. A o co? No, właśnie. O jakieś osrajdachy! Pan dokarmia gołębie i czyni to na swoim balkonie.
– Pirat nie wrócił, panie Koński.
– Co? – patrzy na mnie zdziwiony. – Jaki pirat, do diabła!
– No, ten bez oka, Pirat, taki ważny ktoś. Nawet pan nie wie, jak ważny.
– Co to za jeden? Ten Pirat, gdzie mieszka?
– Kto go wie? Gdzieś mieszka, albo mieszkał? – nalewam sobie wódki. – Może już nie żyje? Może zabity gdzieś leży?
– Panie! Niech pan zagadkami nie gada. Do rzeczy, panie Cyngiel!
– Można powiedzieć, że wyszedł z domu i do dziś nie powrócił.
– Cholera jasna! – dzielnicowy wyjął notes. – Teraz ja to muszę wszystko zapisać. Dodałeś mi pan roboty! Może jednak wróci?
– Może tak, a może matka natura go zjadła? Ktoś kogoś zjada przecież... Żeby żyć.
– No nie!
– A wracając do gołębi – kończę temat z Piratem. – Jakie gołębie ja karmię? Proszę to nazwać konkretnie. Podać rodzaj karmy i gatunek. Niech się pan nie dziwi, bo to ważne informacje. Od rodzaju karmy zależy wysokość kary, panie Koński. Proszę podejść do okna i pokazać mi te dokarmiane ptaki. Corpus delicti, mówi to panu coś? Mnie gówno obchodzi, co tam ktoś napisał, a pan niech blokersów goni po piwnicach i dupy nie zawraca. Rozumiemy się?
– No... Pan coś nerwowy... Ja mam obowiązek i nic mi do gołębi, ale sam pan rozumie, nie? Tu sprawa 
w sądzie, a panu ktoś zaginął i bez wieści...
– Panie dzielnicowy – przerywam. – Niech mi pan zostawi wezwanie. Dzisiaj nie mam czasu. Nie mam, bo czekam na Pirata, dobrze?
– Dobrze. Mnie wsio ryba. Może ten Pirat znajdzie się do naszego spotkania – wyciąga druczek i wypisuje. – Proszę. Za dwa dni się widzimy. Tutaj wszystko zapisane.
Ledwie wyszedł, słyszę za ścianą stukanie. To Hela leży na plecach i wali laską o ziemię. Muszę iść i kolejny raz uratować jej życie. Ona tam leży i modli się bym nie przyszedł.
*
Mój pirat wrócił! Zobaczyłem go dzisiaj rano, gdy sypałem pszenicę na balkon. Przechadzał się dumny po poręczy i gruchał radośnie, a Kury nie odważyły się wchodzić mu w drogę. Najgorsze jest to, że wrócił ranny. Miał zakrwawione nogi. Mało tego, nogi były związane zieloną żyłką. Hela doradziła bym złapał Pirata i uwolnił go z pęt, ale jak złapać dzikiego gołębia? Długo wabiłem go ziarnem. Gdy się uspokoił i wszedł na balkon, zarzuciłem na niego ręcznik. Udało się. Obciąłem krepującą żyłkę, a rany nasmarowałem jakąś maścią gojącą, od Heli. Pirat żyje i przewodzi gołębiom na moim balkonie.
W kilka dni od powrotu Pirata, umarła Hela. Znalazłem ją wciśniętą pomiędzy klozetem, a wanną. Nie miała laski pod ręką, nie miała, czym zapukać w podłogę. Może tak chciała? Może specjalnie, do toalety wyszła bez podpórki? By nikt nie przybiegł na czas? Kto to wie? Jej spękana porcelana rozsypała się bez żadnego dźwięku.
W sądzie wygrałem sprawę. Wszystkie szkody wyrządzone przez ptaki poszły w zapomnienie. Pomogła mi zza grobu Hela. Wzięła winę na siebie, a właściwie ja tę winę przerzuciłem na nieboszczkę. Na pewno tak by chciała, bo taka była moja Hela
kochana.







środa, 21 kwietnia 2010

Ząb narwala

Poznałem go na rybach. Gdy przyszedłem na swoje stare miejsce zauważyłem, że ktoś zarzucił dwie wędki. Moje stanowisko było zajęte. Nic bym nie miał przeciw, bo co mi tam jakieś miejsce obsikane, zaznaczone, że juz nikomu nie wolno wejść i wędkować. Bo cóż by wielkiego się stało, ale wędki stały samotnie, bez właściciela. Początkowo pomyślałem, że ten ktoś oddalił się w krzaki, a może kopie glisty, poszedł zbadać brzeg, czy robi coś, co tradycyjnie robi sie na rybach. Że łazi sobie i gapi się w wodę bezmyślnie, jak to jest w zwyczaju. Usiadłem w trawie i zacząłem rozpakowywać sprzęt. Powoli przeciągałem żyłkę przez przelotki, gapiąc się w rzeczny nurt. Dunajec leniwie przeciskał się korytem, niosąc ścieki gdzieś daleko do morza.
Zarzuciłem wędkę, ciskając przynętą do połowy rzeki i położyłem „kij” na widełkach. Gdy mocowałem do szpicówki kajnerowy dzwonek usłyszałem dziwne pomruki. Po chwili z gęstej wysokiej trawy podniósł się człowiek. Był to średniego wzrostu starszy mężczyzna, dobrze zbudowany z czarnym, cienkim wąsikiem ala Don Juan i siwą, lekko przerzedzoną czupryną. Ubrany był w krótkie szorty, spod których wystawały dobrze umięśnione, krzywe nogi. Szybko wykonał kilka przysiadów, potem przeszedł do pompek. Po dziesiątej przewrócił się na plecy i popedałował machając w powietrzu nogami. Gdy skończył „rowerek” powstał i wykonał taniec, polegający na podskokach i opadaniu na pięty. Po zakończeniu tej dziwnej gimnastyki spojrzał na mnie i z uśmiechem wyciągnął w moim kierunku prawicę.
– Zająłem miejsce? – zapytał.
Podałem mu rękę. Jego uśmiech wydał mi się szczerym i przyjaznym. Przez chwilę potrząsał dłonią w geście powitania, pochylając się przy tym, muskając siwymi włosami moją twarz.
– Jestem pewien, że się pomieścimy – odparłem.
W pierwszej chwili nie wiedziałem, co powiedzieć, więc zrobiłem to, co każdy wędkarz robi po przybyciu nad wodę. Zapytałem:
– Biorą?
– Kto je tam wie? Musiałby pan popytać wędkarzy. O, wystarczy podejść w górę, jakieś pięćset metrów. Tam będą wiedzieć.
– To pan nie łowi? Te wędki tutaj... Nie?
Nieznajomy spojrzał z odrazą na rzekę.
– Nienawidzę ryb, mój panie. Jestem tutaj rekreacyjnie. A wędki rozkładam, bo jak bym wyglądał? Nad rzeką trzeba się zachowywać, nie? Jeszcze by mnie wzięli ludzie za jakiegoś pijaka, albo coś.
– Ale wędki są zarzucone – nie dawałem za wygraną.
– I co z tego? Na końcu żyłki mocuję ciężarek i wio, do wody. Ja nawet, proszę pana, mam opłaconą kartę wędkarską! Czyli, jak ja to rozumiem, jestem tutaj zgodnie z prawem.
Mężczyzna wszedł do wody i zamoczył dłonie. Przez chwilę delektował się chłodem rzeki, po czym spłukał twarz.
– Rozumie pan? – zapytał. – Policja poluje na śpiących w trawie, ale ja występuję jako wędkarz.
– Niby tak – odparłem.
Mężczyzna przytaknął. Przez chwilę dreptał w miejscu małymi krokami i najwyraźniej chciał coś powiedzieć. W końcu machnął ręką i wrócił na swoje legowisko.
Ryby nie okazywały żadnego zainteresowania moją przynętą, chociaż była to najlepsza z najlepszych, mieszanka grysiku, czosnku, olejków aromatycznych i farbki spożywczej. Zarzucałem wędkę, co chwilę w inne miejsce... i nic. Nieznajomy położył się w trawie i spał, a czas leniwie układał się na wodzie i płynął z nurtem w dół.
Po dwugodzinnym zmaganiu z ciszą sięgnąłem do plecaka i wyjąłem butelkę piwa. Syk uwolnionego spod kapsli gazu obudził nieznajomego. Uśmiechnął się do mnie i usiadł obok.
– Prawdę mówiąc, chyba się nie przedstawiłem – powiedział.
Zacierał ręce i spoglądał łakomym wzrokiem na moje piwo.
– Nazywam się Wadza – powstał i ukłonił się. – Wadza, to moje pseudo, ale nawet rodzice tak mnie wołali, szanowny panie.
– Bardzo mi miło.
– Mówisz pan Wadza i każdy wie, o kogo chodzi.
Nie miałem wyjścia. Wyjąłem drugie piwo i podałem Wadzy.
– Czekałem na kogoś takiego jak pan – powiedział. – Nie żeby mi piwo, czy coś, sam pan wie. Brakowało mi przerwania snu, bo widzi pan, ja dużo śpię, może nawet zbyt dużo. Śpię na stojąco w kolejce po chleb, gdy siedzę w kawiarni, też śpię. Śpię, gdzie chcę i nie chcę.
Przysiadł się bliżej i popijał słowa piwem, a moja wędka smętnie zwisała nad lustrem wody.
– Może to jakaś choroba? – zapytałem.
– A gdzie tam! – zawołał. – Panie! Mnie badali w instytucie kosmicznym... i gówno! Z pracy mnie wylali za symulanctwo, żona poszła w diabły. To, co ja mam zrobić? No, co? Ale dobrze, że pan się zjawił, bo bym tak spał do jutra, do rana.
– Dobrze, niedobrze.
– Co, że niedobrze? Co?
– Ryby nie biorą, panie Wadza. To się nazywa niedobrze.
Wadza spuścił głowę. Przez chwilę milczał, szukając słów, by oddać jakąś myśl, kiełkującą mu pod srebrną czupryną.
– To moja wina – powiedział. – Ryby mnie nie lubią, ale ja też nie cierpię tych śliskich stworzeń.
Powstał i spojrzał na rzekę.
– Dlatego sam na ryby jeżdżę. Na ryby w znaczeniu takim jak pan widzi. Na mój widok, proszę pana, ryby odpływają.
– To masz pan pecha, nie?
– Pecha? Te bestie prześladują mnie nawet we śnie! Panie kochany! Ja śpię z rybą, niech to szlag trafi. Ledwie przymrużę oko, zjawia się to wielkie, pieprzone gówno i dźga mnie prosto w serce tym, tym... Tym rogiem!
– No, nie!
– A jak! Płynie za mną przez cały sen, powiem panu, że przez każdy sen, wielki stwór z dzidą zamiast nosa! Boję sie spać... Ale muszę. Nie mam na to wpływu.
Mówił na tyle ciekawie, że bez słowa sięgnąłem po następne piwo. Wadza owinął puste butelki foliowym workiem i ukrył je w trawie.
– Mogą się kiedyś przydać – powiedział szeptem.
– A ta ryba, może pan coś więcej?
– Ha! No, właśnie. Ta ryba, to panie kochany, wściekły narwal! Śni mi się zawsze jeden sen. Płynę po jakimś oceanie, pomiędzy krami lodu i już, już dopływam do brzegu, gdy z głębin wypływa ten stwór. Mierzy we mnie szpicem i pędzi! Prosto na mnie! Rany boskie! Naczytałem się trochę o narwalach i powiem panu, że ten szpic to jego ząb, a właściwie to radar, którym wyczuwa niemal wszystko.
– Cholerka! – zawołałem. – Nie wiem, czy zazdrościć, czy współczuć.
– A niech to, niech to szlag trafi, drogi panie.
Przesiedzieliśmy potem w milczeniu do zmierzchu. On walczył z sennością, a ja, myśląc o nim, bezskutecznie czekałem na jakieś branie. Być może z powodu pecha Wadzy, ryby odpłynęły.
Z nad rzeki wygoniły nas komary. Zjawiły się wraz ze zmierzchem i wściekle rzuciły się na
nasze ciała, pokazując kto jest panem wilgotnych wieczorów. Pobliska fabryka nawozów uwolniła codzienną dawkę fetoru.
Gdy siedzieliśmy w autobusie, Wadza zwrócił się do mnie:
– Co pan robi w taką noc? Znaczy, dzisiejszą noc?
– Czy ja wiem? Nic mnie nie trzyma, jestem wolny.
– To ja zapraszam – powiedział. – Zapraszam pana do siebie. Będzie przyjemnie, obiecuję!
***
Przecisnęliśmy się przez „chemiczną” dzielnicę miasta, wąchając smrody wypuszczane na noc, jakby wstyd było kombinatowi, że tak niemiło pachnie. Że produkuje nawozy, ale sztuczne i one nie powinny śmierdzieć, jak te naturalne. Do centrum nie było więcej niż pół godziny jazdy. Wadza wtulił się w ceratowe siedzenie i spał. Ale jak on spał! Niby oddalony gdzieś w inne światy, uciekający przed wściekłym narwalem, a oczy miał szeroko otwarte, chociaż martwe, utkwione w jednym punkcie, nieruchome i nieme – tak bym to określił.
W drodze do domu odwiedziliśmy sklep z monopolem. Początkowo była jedna butelka, po krótkim wahaniu druga. W końcu, rozbudzony Wadza oświadczył:
– Weźmy jeszcze jedną, bo wiadomo jak to jest.
Ja wiedziałem jak to jest i on wiedział to samo. Wspólnota doświadczeń sklejała nasze myśli w tę jedną – dzisiejsza noc zabuja nami jak łajba. Wódka poprowadziła nas do domu Wadzy. Mieszkał w typowo blokowym mieszkaniu. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka, okna wychodzące na mały plac zabaw i kobieta. Ani ładna, ni brzydka. Typowo blokowa kobieta, lekko zaniedbana, siląca się na utrzymanie pozorów urody, ukrytych pod starym szlafrokiem, pod wałkami papilotów, w brzydkich, znoszonych kapciach.
– To jest Brenda – powiedział Wadza.
Brenda miała zniszczoną twarz, smutne oczy i tajemniczy uśmiech, skrywany w dłoni.
– Zrób nam, kochanie, herbatki, co? – pogłaskał jej ramię.
Wadza wskazał mi krzesło przy starym, okrągłym stole. Dawno wytarta politura i spękana okleina wskazywały, że blat tego stołu wiele widział. W rogu pokoju stał czarno biały telewizor, a nad nim wisiał, zawieszony na pasku, złoty saksofon.
– Macie coś? – zapytała Brenda. – Macie do herbaty coś?
Jej wyraz oczu zdradzał wielkie zapotrzebowanie na to „coś”, że ostatnio dużo piła i cierpi. Że poprostu ma kaca. Wyjęliśmy z plecaka butelki. Ustawiliśmy na stole, na ołtarzu i zasiedliśmy wokół jak wierni.
– Robisz tę herbatę, cholera jasna? – zapytał Wadza.
Brenda odskoczyła od stołu i pobiegła do kuchni, a gospodarz mieszkania odkręcił pierwszą
półlitrówkę. Niewiele mówiliśmy, bo jeszcze nie nadszedł ten czas, rozplątujący języki, nadający dłoniom wdzięk gestykulacji. Wiedzieliśmy, że to jest tuż tuż i nic nam nie stanie na przeszkodzie, bo jakże piękne były butelki ustawione na blacie. Wadza sięgnął po saksofon. Przez chwilę przedmuchiwał ustnik, potem otworzył szafę i zagrał.
– Otwieram szafę żeby stłumić hałas – powiedział. – Piszą ludzie skargi na moje granie.
– Bo grasz im po nocach! – zawołała z kuchni Brenda. – Gra i gra! Najczęściej „Stawkę większą niż życie”!
– Zelmer – powiedział Wadza, gdy skończył grać. – Pozłacany, proszę pana. Po weselach się jeździ i w inne miejsca... Zawsze to parę groszy, jakby nie liczyć.
Piliśmy z jednego kieliszka, strząsając, tę słynną, ostatnią kroplę, pod nogi, jak każe obyczaj. W końcu pękło milczenie. Wadza przepił herbatą i powiedział:
– Powiem panu, że Brenda, to dobra dziewczyna. Jesteśmy razem prawie dziesięć lat i szanujemy się bardzo. Ja już miałem kiedyś żonę, a Brenda miała męża.
– Jaki on był mąż. Kierowca. Pojechał i tyle go było – powiedziała Brenda. – Potem chciał wrócić, ale już był mój Wadza i odprawiłam, czyli pieprzłam mu drzwiami przed nosem, temu kierowcy, znaczy się, nie?
– Moja, nie moja, poszła z gliniarzem, ale gdyby nie poszła, to bym Brendy nie poznał. Tak.
Wadza uśmiechnął się szczerze..
– Żebyś ty, Wadza, nie przesypiał życia. Żebyś nie ścigał się z rybami. Lepiej by nam było, Wadza kochany. – Odwzajemniła mu się klepnięciem w ramię.
Była między nimi wielka różnica wieku. Może dwadzieścia lat, a może więcej, a jednak wyczuwałem, istniejącą pomiędzy nimi więź. Miłość? Być może tak. Patrzyli na siebie z ciepłą miękkością w oczach. Dotykali się po każdym zdaniu. On przykładał wskazujący palec do jej dłoni, ona klepała go po ramieniu.
– No, właśnie – powiedziałem. – Co z tym narwalem?
Brenda wstała i podeszła do szafy. Długo grzebała pomiędzy ubraniami, przeklinała i sapała. W końcu wyciągnęła długi i cienki przedmiot, zawinięty w gazety.
Narwal? – zapytała. – To jest, kurwa, jego narwal! To jest jego bzik, albo jeszcze, kurwa, gorzej!
– Nie zaczynaj! – Wadza zasłonił się stołem. – Po co piłaś? Co? No, po co?
– Co? Ja, kurwa? Ja piłam? Ty stary chuju! Wadza! Ty bucu!
– Brenda, ja cię proszę!
Rzuciła pakunek na tapczan i wyszła do łazienki. Ten zaskakujący wybuch złości był zapewne efektem nadmiaru alkoholu, ale nieco mnie zmroził. Nie wiedziałem, co robić. Wadza nalał wódki i powiedział:
– To zdrowie Brendy, szanowny panie, ona jest dobrą dziewczyną, a te ataki nie są dla mnie czymś nowym. Ot, wódka. Nic innego. Zapewniam, że za chwilę wejdzie i będzie się uśmiechać.
Rzeczywiście. Po chwili Brenda wyszła z łazienki i usiadła za stołem. Nalała sobie wódki i wypiła.
– Przepij herbatą, kochanie – powiedział Wadza.
– Przepraszam pana – załkała. – Czasami nie panuję nad sobą.
– Herbatą, kochanie. Przepiłaś?
– Po wódce dostaję takiej głupawki, przepraszam.
– Nie chcesz herbaty?
– Wadza!
– No, dobrze już.
Po kilku kolejkach wydawało mi się, że juz wszystko się uspokoiło. Znowu dotykali się po każdym zdaniu, uśmiechali do siebie, pieścili wzrokiem. Niepokój powrócił, gdy kończyliśmy trzecią butelkę. Brenda wzięła pakunek i wyszła do łazienki.
– Chyba dnieje – powiedział Wadza.
Siedzieliśmy smętni z pochylonymi głowami nad stołem, kończąc wódkę. Wadza przysypiał, a ja chciałem iść do domu. Wtedy weszła Brenda. W ręku trzymała spiralnie skręcony, długi przedmiot. To był ząb narwala. Popatrzyła na śpiącego Wadzę i zaczęła, ale jak ona zaczęła! Pierwsze uderzenie skierowała w stół, drugim stłukła szyby w kredensie, a trzecie poszło w okno.
– Masz! Ty bucu stary! – krzyknęła i złamała oparcie krzesła.
Wadza spał, albo udawał, że śpi. Kto go wie? Udało mi się przejść do przedpokoju. Swoje graty wsadziłem pod pachę i po angielsku wyszedłem z domu.
***
Minęło kilka dni, a ja nie mogłem przestać myśleć o nocy spędzonej nad stołem Wadzy, o szaleństwie Brendy, zębie narwala i pozłacanym saksofonie. Z dnia na dzień rosła we mnie sympatia do tych dziwnych ludzi.
Tego dnia poszedłem w odwiedziny do matki, do szpitala. Nie chodziłem tam zbyt często, nie potrafiłem znieść żółtej barwy jej skóry na tle zielonych ścian. Po każdej wizycie wracałem do domu ze spuszczoną głową.
Leżała w ostatniej sali, przy oknie. Opowiedziałem jej o przygodzie z Wadzą, o zębie narwala i Brendzie. Mama pokiwała głową, na chwilę przymknęła oczy i powiedziała:
– Ech, ten Wadza, ten stary piernik.
– Mamo! – zawołałem. – Znasz Wadzę?
Otworzyła oczy i uśmiechnęła się do mnie, po czym wystawiła rękę spod kołdry i skinęła w stronę drzwi.
– Idź już – powiedziała
– A on?
– Nie powiem, przyzwoity człowiek.
Postanowiłem odwiedzić Wadzę. Oczywiście, postanowiłem zrobić to z odpowiednim fasonem, więc kupiłem pół litra wódki, a całą drogę modliłem się, by zastać go w domu, by nie pojechał nad Dunajec płoszyć ryb.
Wadzy nie było, wyszedł dwa dni wcześniej i nigdy nie powróci. Na drzwiach do klatki schodowej wisiała czarno biała klepsydra. Zmarł nagle, urodzony, rodzina i przyjaciele. Pogrzeb, o godzinie. Dzisiaj. Władysław Narwal, lat 61. Ktoś dopisał czarnym flamastrem „Wadza”.
Cmentarz zawsze ma jeden zapach, a właściwie nie ma żadnego. Są tylko monochromatyczne barwy, przetykane ognikami świec i jednakowi ludzie. Idą, nie idą, potem stoją i śpiewają, nie śpiewają, modlą się, rozglądają, poznają dawno nie widzianych znajomych i dyskretnie przesyłają ukłony. Jeden scenariusz, zawsze ten sam, nie ten sam. Ech, ty, Wadza. Pierniku stary.
– Szkoda chłopa – powiedział ten w czarnym kapeluszu.
– Zawał? Zawał? – zapytała kobieta w popielach.
Ludzie przeszli konduktem i ustawili się wokół grobu – dziury. Na pryzmie ziemi dwie łopaty wbite na krzyż i człowiek, podparty pod boki, ubrany na roboczo, w gumiakach, z metrówką w kieszeni. Grabarz.
Stanąłem przy kaplicy i z ukrycia obserwowałem ceremonię. Butelka ukryta za pasem uwierała, więc wyjąłem i odkręciłem. A niech tam. Śmierć zapiekła w oczach, a wódka w gardle.
Ksiądz zrobił swoje i zakręcił sutanną, zafurkotał, dał znak ministrantom i poszedł. Grabarz splunął w dłonie. I gdy rodzina, przyjaciele brali w garść ziemię i sypali na trumnę, do grobu podeszła kobieta. Ubrana w czerwoną sukienkę, pochylona, zgarbiona, wrzuciła do grobu długi i cienki przedmiot.
– To zdzira.
– Kto zdzira? Ta w czerwonym?
– Jaka tam zdzira. Ona sprzątała u Wadzy.
– U Wadzy? Wadza był zbyt porządny, żeby taka zdzira.
– Rodzina powinna wyjąć to coś. Z dołka wyjąć, nie?
– Jaka rodzina? Tylko siostra z Ameryki.
– Ale ta w czerwonym, to jednak zdzira.
– To jego kochanica, ale zdzira, to fakt. Żyli razem od lat.
Wycofałem się dyskretnie, odmawiając „Wieczne odpoczywanie”, gdzieś dalej, pomiędzy groby. Przysiadłem na marmurowej płycie – Maria Kozioł, lat 89 – i zapaliłem papierosa. Pomiędzy krzyżami przeciskała się Brenda.
– To pan? – zapytała i usiadła obok.
Podałem jej butelkę. Wypiliśmy za wieczną drogę, za tych, co na szlaku.
– Poszedł na zawał – powiedziała.
– Był sobie Wadza...
– Ale wie pan co? Pan wie? Ja panu powiem, powiem, że nie spotkałam w życiu tak porządnego człowieka. To był bardzo porządny człowiek. Ten mój Wadza.

wtorek, 20 kwietnia 2010

Bo ja robię co chcę

Człowiek robi kilka rzeczy w życiu, które musi. Cała reszta, to wielka zbieranina marzeń, pragnień i egoistycznych dążeń. Jeden pracuje ciężko, bo praca uszlachetnia, a inny wręcz odwrotnie, ma poczucie, że praca go degeneruje i siedzi sobie w domu. To, co musimy zrobić, to pewne czynności związane z fizjologią ciała, a ostateczną z nich jest śmierć. Oprócz tego, co musimy, nie musimy już nic więcej. Chyba, że się bardzo chce. Jeżeli słyszę, że ja coś muszę, to krew mnie zalewa, bo nikt nie pyta, czy ja tego chcę. A jak mówię, że coś robię tylko z własnej woli, to pukają się w czoło, albo uciekają w popłochu. Więc oświadczam stanowczo, ja nic nie muszę. Jeżeli coś robię, to tylko, dlatego, że tak chcę. Kropka.
Mieszkam w bloku wielkim jak stadion. Sześćset mieszkań, sklejonych w wielkie pudło, przyciśniętych do siebie i obejmujących się wspólnymi ścianami, korytarzami, rurami i bóg wie, czym jeszcze. Blok jest jak konstrukcja ludzkiego ciała. Pełno tu jakiś połączeń, naczyń, które zamiast krwi niosą gaz, wodę i gówna. Blok, jako organizm, też musi umrzeć i on tylko wie, kiedy to nastąpi. Zachciało mi się wiele lat temu mieć dzieci i mam. Właściwie, to mam je mentalnie, bo juz dawno zatraciły się gdzieś w świecie. Pewnie tak chciały. Ja na pamiątkę posiadania syna, hodowałem jego córkę, którą kilkanaście lat temu zechciał spłodzić. Marysia miała lat dwanaście, była nad wiek wyrośnięta i przemądrzała. Żyło nam się całkiem dobrze. Robię, co chcę, czyli, nic nie robię, oprócz pobierania dobrej renty powypadkowej i czytania książek o magii. Kiedyś spróbowałem pracować i skończyło się to tragicznie. Zrobiłem to wbrew swojej woli i teraz mam. Coś mi się urwało w głowie i państwo mi za to płaci. Marysia miała rentę po matce. Jej rodzicielka wyparowała do atmosfery, czyli zmarła daleko od domu.
Moja wnuczka, pomimo młodego wieku, posiadała już swój cień. No, właśnie, muszę to wyjaśnić. Każdy człowiek, w pewnym wieku dostaje cień. Ta smuga, ciągnąca się za takim osobnikiem, jest z pozoru niewidzialna, ale tylko z pozoru. Ja, po tym wypadku, widzę cienie i nawet z nimi rozmawiam. To od tych cieni dowiaduję się wiele o ich posiadaczach. Co robią, jak się zachowują w życiu, czy są prawi, czy nie. Staram się tych złych nawracać, ale z miernym skutkiem. Jednego, takiego, zbira blokowego, lałem kablem energetycznym dwie godziny, zanim mi poprzysiągł poprawę. Inną panią, co żyła, wiadomo z czego, przewiesiłem przez okno na trzynastym piętrze, ale była zbyt uparta. Skończyło się skokiem samobójczym – tak pisała prasa. Najgorsze w tym wszystkim jest coś innego. Cienie ludzi nawróconych pozostają ze mną. Muszę z nimi konwersować i pieprzyć o filozofii, o bogu. Cień Marysi rzadko przychodził do mnie i nie bardzo chciał rozmawiać. Widocznie jeszcze jej nie nawróciłem.
Statystyka jest nieubłagana. W moim molochu umiera średnio jeden człowiek na tydzień. Wyliczyłem to sobie w skali roku. Smutne, ale jak już powiedziałem, jest to jedna z czynności obowiązkowych i ostateczna. Przyjdzie i na mnie taki tydzień.
Od tych wyliczeń wszystko się zaczęło. Cień pani samobójczyni doniósł mi, że przed każdym zgonem pojawia się na ścianie, przy drzwiach, dziwna strzałka namalowana czerwoną farbą. Jakby jakiś anioł śmierci zaznaczał miejsce swoich przyszłych odwiedzin. Postanowiłem przeprowadzić śledztwo. O dziwo cień Marysi zaofiarował swoją pomoc. Naprowadził mnie na trop, dając delikatną wskazówkę, bym zaczął od piwnic, gdzie blokowe małolaty, spotykają się w tak zwanym „klubie”. Sprawa zapowiadała się poważnie. Zaopatrzony w kawał kabla i latarkę zszedłem do katakumb betonowego pudła – bloku. Cień wnuczki prowadził. Doszliśmy do drzwi byłej wózkowni, które były pomalowane w różne dziwne znaki. Sklasyfikowałem je jako symbole szamańskie z domieszką woodoo, trącające lekko w symbolikę runiczną Druidów. Mój przewodnik podpowiedział mi, że to wizytówka i są tutaj zapisane jakieś dane. Zacząłem się bać. Kłódkę pokonałem przy pomocy szydełka do dziergania haftów. Wiele lat temu chciałem się tego nauczyć i posiadłem wielką wiedzę na temat otwierania kłódek różnymi przedmiotami.
W pomieszczeniu ustawiony był wielki stół, może nawet płyta podparta, tworząca wielki blat, jak w plastycznej pracowni. Dookoła stało wiele puszek i pojemników z farbami. Ściany oblepione plakatami, tworzyły całkiem miły klimat. Cień zasugerował mi, bym dokładnie przyjrzał się owym malowidłom. Rzeczywiście, po chwili zauważyłem, że na plakatach są wymalowane znane mi postacie. To byli mieszkańcy bloku. Wszyscy już nieżyjący, namalowani byli w chwili swej śmierci. Pan spod szóstki, leżał między nogami kobiety i trzymał się ręką za serce. Pani Stanek z piętnastej klatki, siedziała na klozecie z szeroko otwartymi ustami, jakby się dusiła. Był też obraz, gdzie jakiś mężczyzna, wypycha przez okno kobietę, poznałem siebie. Przyjaciel wyjaśnił mi, że to są sceny prorocze i spełnione, a na przeciwległej ścianie są takie, co mają mieć dopiero koniec. Ku mojej zgrozie, byłem tam też ja. Ktoś namalował moją postać, leżącą na ziemi. Głowa była pęknięta i wystawała z niej kręta sprężyna, jak ze starej kanapy. Pozdzierałem plakaty ze ścian i ułożyłem na stole stos. Potem, polałem różnymi farbami łatwopalnymi. Wychodząc podpaliłem stertę.
Zanim straż pożarna ugasiła ogień, wszystko spłonęło i dobrze. Doskonale wiedziałem, że nie pokonałem do końca diabła, że jeszcze da znać o sobie. Marysia skwitowała to wszystko jednym zdaniem. „Jesteś już trupem, stary dziadygo”, tak mi powiedziała. Wieczorem zauważyłem czerwoną strzałkę przy moich drzwiach. Zamalowałem, a właściwie przemalowałem ją i skierowałem na drzwi sąsiada, tego, co mi kiedyś nie pożyczył dziesięciu złotych.
Siekierę wyostrzyłem pilnikiem, a potem wygładziłem marmurem. Ciąłem tak, by szybko zakończyć. Diabeł nawet nie kwiknął. Kto by pomyślał, że normalny człowiek ma wnuczkę szatana. Niczego nie żałuję. Może tylko wizyt moich przyjaciół cieni, bo po tych zastrzykach, jakoś ich nie widzę. To wszystko, co mam do powiedzenia, panie doktorze. Idę teraz spać i proszę mnie nie budzić przed kolacją.

sobota, 17 kwietnia 2010

FERMENTACJA

Stoję osłabiony upałem i mruczę pod nosem zaklęcie; „Sezamie, otwórz się”. Jestem jak Ali Baba. Szklane tafle rozsuwają się bezszelestnie i uderzają ze środka klimatyzowanym, chłodnym powietrzem. Zezowaty menel patrzy z nadzieją prosto w moje oczy, ale poznaje chyba swojego, bo opuszcza smętnie wzrok i odsuwa się, robiąc mi miejsce w wejściu. Sezam wieje chłodem i parzy
w oczy kolorami opakowań. To wszystko może być moje i częściowo kolegi menela, ale to takie założenie, które nikomu nie szkodzi, a mnie pomaga doczołgać się do następnego dnia. Moje rutynowe obchody zaczynają się zawsze od stoiska monopolowego. Sprawdzam napisy na etykietach. Przyglądam się bacznie, czy komuś, tam u góry, nie zaszkodził upał i nie podniósł ceny na moją ulubioną nalewkę wieloowocową. Różnie bywa, czyż nie?
Zostawiam kolegę menela i jego bratnią duszę przed marketem, niech tam trwa. Wózek zawsze biorę taki duży i opasły, że ledwie pcham tę kupę drutów. Niech wszyscy widzą, jakie mam zamiary. Smirnoff, Gorbaczow, Dębowa... To nie moje klimaty. Wolę swojskość i przasność, tylko „owoc”! Przechodzę z obojętną miną obok wielobarwnych butelek i udaję, że mam to gdzieś, że mnie to wszystko nie dotyczy. Może pomyślą ludzie, ot przyszedł po karmę dla dzieci, rodzinę ma na sumieniu? Albo kobieta – och...! Kobieta! – Czeka na zakupy. Gapi się w pusty stół i liczy minuty, kiedy nadejdzie z siatami ciężkimi, przy nadziei. Potem ona do niego się uśmiechnie
i stworzy artystyczne dzieło – obiad. Nic z tego! Nie ma tak dobrze pod niebem ciężkim, jak moja dola. Pod niebem ołowianym, jak śpiewał pewien miłośnik nalewek owocowych. Dobrze mu tak.
Mój dom jest pusty, jak ten wózek. Pcham go z całą chłopską determinacją, a on rozjeżdża się na malutkich kółkach i ucieka na wszystkie możliwe strony, ale co by sobie ludzie pomyśleli, gdybym z takim malutkim plastykiem, pod rękę, paradował po krętych uliczkach Sezamu? – Bida! – Tak by mówili! – Niech idzie sobie precz, gdzieś do kiosku małego, jak ten koszyczek. Niech nas zostawi w spokoju i nie drażni swoją pryszczatą mordą. Kij mu w oko! – Może nawet. – Chuj mu w dupę! – Jeszcze by, który, popchnął na piramidę puszek z fasolą czerwoną, a potem ochrona i kopa bym zarobił, i do menela, kolegi mojego, na wartę. Mój dom, więc, jest pusty, bez duszy, duszeńki. Bez tego ciepłego, miękkiego i kobiecego, jak rzekł poeta.
– Dzień dobry – słyszę gdzieś z boku cienki, żeński głos.
– Dzień dobry – odpowiadam szczęśliwy, że są jeszcze poczciwcy na świecie. – Dzień dobry! Jakże dobry! – Dyskretnie chowam do lewej kieszeni kostki rosołowe, drobiowe, bo wołowych nie lubię, zaciemniają kolor zupy. – Bardzo mi miło! – Sos cygański do drugiej. Obiad juz prawie mam!
– Dzień dobry pani – inny, kobiecy głos się wplątał i zaburzył moją radość. – Zakupy, zakupy?
– Wszystko już mam, droga pani, już obiad mam prawie, tylko listka bobkowego zabrakło.
Szlag mnie za chwilę trafi, więc odjeżdżam w stronę warzyw.
– Kozich bobków sobie kup! – mruczę pod nosem. Po co taka przyłazi i humor wysysa? Kto ją tutaj prosił? Przez chwilę byłem na styku obojętności z wiarą w człowieka, a tu masz! Idę po ziemniaki, po wypełniacz.
Jedna marchewka do woreczka i na wagę. Druga w rękawie. Waga zmyślna, bo cenę drukuje. Przylepiam na woreczku równe piętnaście groszy i ukradkiem marchew z rękawa dokładam. To samo robię z ziemniakami. Winogrona konsumuję na miejscu. Niby dotykam, głaszczę soczyste kule, a co chwilę któraś wpada w więzienie moich ust. Gryzę delikatnie, bo ochroniarz czuwa. Czuj duch! Ja też czuwam. Jemu za to płacą, a mi nikt nie płaci. Nikt mi za to nic nie daje. Nawet rentę moją, ciężko zdobytą, kosztem zdrowia, zabrali. Teraz opieka społeczna – taka ich mać – bladź – czasami coś mi kapnie, za to, że tamci już mi nie płacą. Namiastka sprawiedliwości równa się pięćset złotych miesięcznie, czyli renta socjalna. Bieda renta, jak bieda szyb górnika, jak afrykański smutek żyrafy na gołym stepie. Do ziemi za daleko, a górą tylko powietrze.
– Przepraszam pana – wyrywa mnie z zadumy filozoficznej miły głos. – Które lepsze? Czerwone czy zielone?
– Czerwone – odpowiadam zaskoczony. – Jeżeli już, to tylko czerwone, miła pani. Ja tylko takie degustuję. Proszę spróbować, ale powoli, bo mundurowy gdzieś tu krąży.
– Ostatnio przyłapał mnie na cukierkach, taki z niego lis. Powiem panu, że nie mam wstępu na cukierniczy, tak mnie załatwił.
– Ja, moja droga pani, na słodycze mam już od roku zakaz, ale mam inne miejsca, równie pożywne.
Dyskretnie robię klasyczną zasłonę ciałem i przyglądam się mojej rozmówczyni – wspólniczce. Białe spodnie i biała bluzka, a na szyi czerwona apaszka. Coś pięknego! Mała główka przykryta słomkowym kapeluszem, a na plecach, spod kapelusza, wije się blond warkocz. Czuję miękkość
w kolanach.
– Leon – kładę rękę na jej szczupłym ramieniu. – Jestem Leon.
– Zenobia – nie broni się, nie strąca mojej dłoni i odwraca się frontem do mnie. – Winogron mam juz dość, panie Leonie. Miły z pana człowiek.
– Mili ludzie, pani Zenobio, przyciągają się, czyż nie?
Ona uśmiecha się sie słodko, a ja rozbieram ją mentalnie. Odgaduję wszystkie zagłębienia
i wypukłości ukryte pod ubraniem. Jesteśmy oboje w wieku tak zwanym nierozbieralnym, czyli
w takim, gdzie rozbieranie przed sobą grozi kosmicznym smutkiem i atakiem meteorytów, ale, od czego są marzenia?
– Miłych ludzi przyciągają winogrona, panie Leonie. To święte owoce, przystające w całej krasie bogom.
– I boginiom, miła pani Zenobio. – Wtrącam zalotnie i patrzę jej tak głęboko w oczy, że kamienie miękną. – Zapraszam na dalszą degustację w inną część Sezamu.
– To ja odstawię swój wózek. Pojedziemy sobie jednym. Czy mogę wziąć pana pod rękę?
– Ależ, pani Zenobio... – Jest w tym zdaniu zaproszenie i radość, „Toś juz prawie moja, pani Zenobio”. – Myślę podniecony i szczęśliwy.
Pchamy wspólnie drucianą klatkę na kółkach, a ja podnoszę głowę i rzucam dumne spojrzenia. Niech widzą opasłe baby i skapcaniali wodzowie rodzinni. Oni mają portfele, a ja panią Zenobię. Z manifestowaną odrazą mijamy stoisko mięsne.
– Miąs nie jadam. – Wyrywa mi się i czuję jak mi łza do oka podpływa. Robi mi się nieprzyjemnie i wstyd. Tak, nie jadam, ale nie dodaję, że mnie nie stać. Jakże mi przykro!
– Tośmy się spotkali! Ja też z jaroszów! – mówi to z entuzjazmem, ale ja widzę, że nie jest jej radośnie. – Czasami jajeczko zjem, ale jedno – dodaje z uśmiechem.
– Jajeczko... Mogę śmiało powiedzieć, że to moja dieta, nawet ulubiona. Zdarza się, że zjadam kilka dziennie – i znowu ta podpływająca łza. Przecież kilka zjadam na miesiąc. Boli mnie okłamywanie takiego piękna. Pani Zenobia uśmiecha się skromnie, a ja już wiem, że ona wszystko rozumie. Zatrzymujemy się przy stoisku z chrupkami, płatkami i tymi wszystkimi patentami śniadaniowymi. Pani Zenobia robi zasłonę, a ja wywiercam palcem dziurę w opakowaniu. Wyjmuję kilka miodowych kulek.
– Proszę się częstować
– Dobre, pierwszorzędny pomysł na śniadanko.
– Robię to często, ale musimy uważać. Ochrona nie śpi. Mogą nawet pobić boleśnie, do krwi, pani Zenobio.
– Chamstwo, panie Leonie. Zupełne zdziczenie.
– Raz mnie złapali na serach. Degustowałem nowość pleśniową. Jak oni mnie zbili! Tak walili pięściami po plecach, jakby sprawiedliwości nie było, a we mnie dudniła wielka pustka.
– Taką pustkę przeżyłam, gdy mnie złapali z przecierem pomidorowym. Na środku sklepu rewidowali... Tylko łzy i łzy... Jakże ja pana rozumiem, biedny panie Leonie.
Powoli zbliżamy się do wyjścia. Po drodze, jeszcze raz stoisko monopolowe i stróżujący przy wyjściu menel. Pani Zenobia ustawia się w kolejce.
– Coś dla ducha – uśmiecha się do mnie i mruga zalotnie okiem. – Wieloowocowego!
– Pani Zenobio – oświadczam uroczyście. – Jeżeli nie pogardzisz skromnym obiadem i degustacją dobrej nalewki, to ja panią zapraszam – słowa usztywniły mnie i poczułem, jak dziwna, gorąca fala zalewa mi twarz. – No, chyba, że ma pani już wyznaczony cel. Może ktoś czeka? Spragniony siedzi w oknie i wygląda za panią? Drżą mu ręce, słowa wymówić nie może? Przecież ja znam objawy nagłego odstawienia naleweczki, po intensywnej konsumpcji.
– Ależ drogi panie Leonie! Nie odmawiam! Przyznam, że moim zamiarem była samotność, wsparta łykiem czegoś szlachetnego, ale... Skoro pan zaprasza, to ja z przyjemnością. Równie dobrze mogę nadużyć w pańskim towarzystwie.
Pakuję do obszernego worka zakupy. Dwie nalewki, marchewki, kilka ziemniaków. Z dziennego przydziału pozostało równe dwadzieścia groszy, będzie dla menela. Pani Zenobia, tajemnicza
i pociągająca, tumaniąca grubym warkoczem, uśmiecha się... Boże! Ona uśmiecha się do mnie!
Sezam rozsuwa lśniące szyby. W wyjściu stoi mój menel i wyciąga rękę. Nawet nie spojrzał na moją towarzyszkę, gapi się prosto w moje oczy. Bez słowa wkładam mu w dłoń malutką monetę. Masz Cerberze swój okup, na szczęście.
– Czy to jakiś pański kolega? – Przystaje moja pani Zenobia i widzę jak rozszerzają się jej oczy. Może jest zaskoczona? Zdegustowana? Przez chwilę zastanawiam się, szukam jakiegoś słowa – wyjaśnienia. Co mam powiedzieć?
– Odwal się! – Ktoś za naszymi plecami podnosi głos. – To jest mój promotor! Spieprzaj!
Odwracamy się, a tam mój menel własnym ciałem zasłania drogę innemu menelowi. On broni dostępu do nas.
– Już wiem – uśmiecha się do mnie, słodka Zenobia. – Pan jest tutaj znany!

*

Praktyczność mojego obiadu polega na tym, że tuczy tylko w połowie, bo w połowie jest kradziony. Przysłowia są prawdą objawioną, czego dowodem jesteśmy my – ja i pani Zenobia. Wyglądamy jak dwa wysmukłe jesiony z konarami wysuszonych kończyn. Nie puchniemy od ciągłych „degustacji” w Sezamie, ale sytość nie jest nam obca.
Dzisiaj, kuchnia serwuje ziemniaki polane cygańskim sosem, pod bulion z marchewkową wkładką. Dwa dania jak dwa kartony nalewki wieloowocowej. Dwanaście procent, pani Zenobia i ja.
– Mieszkanie moje, pani Zenobio, jest przykładem skromności i artystycznego rozgardiaszu – staram się tuszować ordynarny bałagan. Mieszkam w jednym pokoju, więc wszystko jest poskładane na jedną kupę. Mój dom jest jak piramida. Pełno tu tajemnych ścieżek i tylko znajomość ruchów konika szachowego pomaga cokolwiek odnaleźć. – Ja się juz w tym nie mieszczę – dodaję tragicznym głosem. – Przestrzeń ściska mnie jak imadło.
– To może ja obiorę ziemniaki, a pan troszkę posprząta, panie Leonie. Może powiększy się gabaryt pańskiej przestrzeni?
– Oczywiście, ale niewiele mogę, niewiele. Tutaj każdy przedmiot ma swoje miejsce. To są organa mojej egzystencji, wszystko tu współgra, pani Zenobio.
– Bardzo proszę...
– Zrobię, co w mojej mocy.
Pani Zenobia wychodzi do kuchni, a ja nogą, jak kijem hokejowym upycham, przesuwam
i ugniatam wszystko, co na drodze. Zdzieram pościel z wersalki i wynoszę na balkon, potem składam moją spalnię w fotel, co zwykle czynię raz w roku, gdy ksiądz przychodzi z kolędą. Książki zostawiam. Te małe piramidy, które tworzą tę wielką, jedną i stanowiącą enigmatyczność mojego mieszkania, są jak wizytówka. Tołstoj na Woroszylskim. Jesienin, przytulony do Sylwii Plath. Biblia, centralnie na stole. W niej, pomiędzy kartkami, leżą powtykane dziesiątaki, nabierają świętości, a w jednym, specjalnym miejscu – Pieśń nad pieśniami – leży całe sto złotych. Każdy z nas czeka na swoją „czarną godzinę”.
– Sosik już zrobiony, a ziemniaczki przyjemnie bulgoczą! – Pani Zenobia siada za stołem. – To może po jednym?
– Oczywiście! To będzie jak aperitif.
Szklanki? Literatki, lampki? Ale skąd? Moja kuchnia jest jednoosobowa i kończy się na fajansowym kubku z jakiejś promocji, jednym kieliszku i kilku plastykowych szklaneczkach.
– Chyba pójdę do sąsiada po szkło! – mówię i znowu czuję podpływającą pod powiekę łzę. – Ja tutaj sam jestem, pani Zenobio, jak mustang samotnik, jak biedny artysta. Chyba, że Nie pogardzi pani kubeczkiem z tworzywa sztucznego, bo tylko takie mam.
– Pan mnie nie docenia – uśmiecha się tajemniczo, a moje serce skacze, jak durne, do gardła. – Ja zawsze mam szklaneczkę przy sobie, że tak powiem, piję ze swego naczynia.
– Absolutnie mnie to nie dziwi. Gdy byłem jeszcze młodym junakiem i bywałem w różnych radosnych miejscach, też swoje szkiełko posiadałem. Nie tylko dla higieny, ale dla zwykłej ludzkiej wygody. To było jak niezbędnik wzorowego żołnierza.. Z tak zwanego gwintu, owszem, wypiję, ale
z damą nigdy. Fason nie ten.
– I za to, panie Leonie, już pana lubię! Proszę o napełnienie naczyń, a ja zerknę na dzieła sztuki, wiszące na ścianie. – Wyciąga z torebki mały pakunek, odwija chusteczkę i stawia na stole szklankę, malowaną w zielone kwiatki. – Widzę szkołę flamandzką, to przecież „Portret rybaka” van Gogha. Świetna reprodukcja!
– Dla mniej obytych ze sztuką – wyjaśniam – to portret mojego przodka. Wszystkie obrazy to reprodukcje, ale malowane olejem.
– Jest pan niewątpliwie wrażliwym człowiekiem. Wypijmy pod sztukę.
– Wypijmy... Do dna!
– Tylko do dna! Nalewki inaczej nie piję.
– Nalewka, pani Zenobio, pita małymi łyczkami, ma tendencje powracania do szklanki. Więc do dna!
Po czwartej kolejce, okraszanej przyjemnymi dialogami, ziemniaki „doszły”. Pani Zenobia zajęła się podaniem dania na stół, a ja sztućcami. Tutaj napotkałem na mały problem. Mam w domu, ukryty głęboko zabytkowy komplet, ale tylko dla jednej osoby. Wyjmuję ten mój srebrny skarb,
a może tylko posrebrzany i układam na miejscu gościa. Sobie podaję tradycyjny, aluminiowy. Alkohol miesza się z krwią i jak mówią kiperzy spod Sezamu – wchodzi.
– Smacznego pani.
– Smacznego panu.
Jemy powoli i z dystynkcją. Moja Zenobia łokcie przylepiła do boków i operuje tylko nadgarstkami. Staram się naśladować jej ruchy, ale kapituluję po chwili. Odwykłem!
– Proszę się nie kłopocić. Mnie tato tak nauczył – Odgaduje powód mojego zażenowania. – Pomiędzy łokcie a ciało wkładał mi monety, Gdy pieniążki wypadły, kończyło się jedzenie, gdy nie, były moje. Mój tato, panie Leonie, był oficerem.
– To nie jest moje nieobycie, to samotność! – Tłumaczę się zawstydzony. – To brak serca przy sercu i wspólnego ciepła. Od tego zimna reumatyzm duszy więzi mnie swoim bólem. Napijmy się! Proszę.
Wypijamy po szklaneczce i ze zgrozą widzę, jak pani Zenobia przygląda się sztućcom. Jeszcze tego brakowało!
– Ciekawie grawerowane – stwierdza. – A cóż to?
– Swastyka! – Krztuszę się z wrażenia. – Historyczna i zabytkowa cecha. Niemiecka secesja, droga pani. Lata trzydzieste, monachijska manufaktura.
– Rozumiem, to przecież bez znaczenia. Pańskie, z jakiej epoki, bo widzę, że też mają grawerowanie?
– Moje sztućce, to klasyczny socrealizm, miła Zenobio, widelec ma wyryty symbol „Orbis”, a nóż „Społem”. To też sztuka. Zaliczam się do ludzi bywałych w świecie i niejedno dzieło zostało mi na pamiątkę.
Obiad zjedzony w miłej atmosferze, a wypita nalewka tworzy klimat. Zająłem się w rewanżu za kucharzenie sprzątaniem. Właściwie nie sprzątaniem, a odniesieniem naczyń do kuchni.
– Może jakąś muzyczkę? – pytam radosny i syty. – Mam kasetowy magnetofon i kilka taśm.
– Bardzo proszę! Może nawet zatańczymy?
Rozglądam się na boki i szukam miejsca do tańca. Może jakiś przytulany i w bezruchu, bo miejsca do tanga brak. Wkładam kasetę „Enigmy”, to ma klimat odpowiednio romantyczny.
Stoimy w miejscu, udając jakiś dziwny taniec. Bujamy się lekko na boki i dociskamy z całych sił do siebie. Moja lewa noga wsparta na piramidzie z Woroszylskim. Jej prawa noga uniesiona do góry, wsparta na Jesiennie. Jestem umiejscowiony pomiędzy nogami pani Zenobii. Co chwilę, by nie stracić równowagi, ujmuję delikatnie jej pośladki i dociskam do siebie. Wszystko we mnie śpiewa!
– Panie Leonie! – dyszy mi gorącem swego oddechu do ucha. – Ja coś muszę powiedzieć! Mam pewne dziwactwo!
– Na naszym poziomie, pani Zenobio, dziwactwa nie istnieją.
– Ale ja muszę to powiedzieć!
– Nie lepiej to zrobić? Bez uprzedzenia?
– Jezu! Kiedy ja muszę!
– Zrobię wszystko, dla pani, wszystko!
– Ja muszę... Muszę, inaczej nie potrafię... Panie Leonie!
– Proszę mówić – całuję jej uszy i mocniej dociskam do siebie. – Ja wszystko dla pani! Boże!
– Nie będzie się pan śmiał? Proszę dać słowo!
– Słowo!
– Ja... Tak już mam... Nie usnę przy ścianie!

*

Najżałośniejszą częścią dnia człowieka w moim wieku są poranki. Budzę się wtulony w zimną ścianę i nie otwierając oczu przypominam sobie wczorajszy dzień. Obmacuję swoje ciało i z przerażeniem stwierdzam, że jestem nagi. Wyciągam rękę na drugą stronę wersalki i niczego nie znajduję. Tylko puste i zimne miejsce. Zwiała! Nie! Słyszę szum wody w łazience. Po chwili otwierają się drzwi i jej miły głos oznajmia, że już dzień, że należy wstać i powitać, może nawet ucałować, na dzień dobry.
– Panie Leonie! – woła. – Pora!
– Nie śpię! – odpowiadam.
Wchodzi do pokoju, parująca po kąpieli. Czysta jak spowiedź, piękna jak modlitwa. Włosy luźno rozpuszczone sięgają do pasa. Ubrana w moją koszulę, filuternie rozpiętą od dołu, pokazując zgrabne nogi.
– Wstajemy, wstajemy, panie Leonie.
– Poproszę, w takim razie, podać mi moje gacie, wiszą na balkonie.
Nie jest źle. Zostało nam po szklaneczce nalewki, tak na apetyt, na chęć do życia. Siedzimy przy stole i wpatrujemy się w siebie jak w jakieś magiczne lustra. Pani Zenobia kipiąca kobiecością, ja nieco zmęczony. Obserwuję jak zaplata warkocz i czuję w sobie rosnące pokłady męskości.
– Pani jest piękna – mówię cicho i czuję, że znowu ta moja łza podpływa mi pod powiekę. – Czy można, tylko proszę o szczerość, czy można zakochać się po pierwszym, a właściwie po jednym razie?
– Można, kochany panie Leonie, można nawet po wspólnym zjedzeniu jednej kulki winogrona.
Potem łapiemy się za ręce, potykamy o sterty książek, upadamy, podnosimy się nawzajem, rozrywamy koszule na sobie, aż guziki szybują pod sufit.
– Zenobio! Kocham panią!

*

Moja pani Zenobia kończy zaplatać warkocz, piękny, konopiasty i gruby. Ja skreślam liczby w multilotka. Jeden zakład, który jest częścią mojego planu. Następnie wyciągam ze świętej księgi sto złotych i przepisuję w rogu banknotu liczby.
– Pani Zenobio, dzisiaj świętujemy – oznajmiam. – To będzie wielki dzień. Pani pójdzie z tym banknotem do sklepu i zrobi małe zakupy. Nic na obiad, bo zapraszam panią do baru. Jakiś pasztecik i chleb, może masełko. Ja, kochana, udam się wysłać ten oto zakład i spotkamy się pod sklepem. Tylko nie do Sezamu! Tam pójdziemy potem. Proszę iść do tego małego sklepiku z różową wystawą. Czy ma pani dwa pięćdziesiąt drobnymi?
– Mam, panie Leonie.
– Proszę mi dać. To na zakład.
Wychodzimy z domu i każde idzie w swoją stronę. Szybko załatwiam multilotka i zjawiam się pod sklepem. Pani Zenobia już po zakupach.
– Proszę teraz iść do domu – wręczam jej klucze. – Za piętnaście minut będę.
– Dobrze, umyję naczynia.
Ustawiam się w kolejce, czwarty do lady. Ekspedientka młoda i wystraszona. Szefa ma drania
i rzeźnika. Mówią na niego „Ludojad”. Podobno, po pracy rewiduje dziewczyny, wkładając im rękę do majtek. Tym razem nie moja sprawa.
– Co dla pana?
– Cztery parówki, te długie i dwadzieścia deko sera edamskiego.
– Osiem i czterdzieści trzy grosze – pakuje mi to w małą foliową torebkę.
Kładę z obojętną miną dziesięć złotych w banknocie na ladę. Dziewczyna wydaje resztę
i kieruje wzrok na następnego klienta. Stoję i czekam, nie biorę zakupów z lady. Przyglądam się towarom na półkach.
– Coś jeszcze?
– Nie, to wszystko, dziękuję... Ale czekam na resztę.
– Reszta leży przed panem!
– Przepraszam bardzo! Ta reszta nie jest dla mnie! Dałem pani stówę!
– Jaką stówę? Jaką? – Zaczyna się denerwować, co jest oznaką niepewności. – Dyszkę mi pan dałeś! Co pan mi tutaj?
– Tym razem pani się to nie uda! – Triumfującym wzrokiem zataczam wokoło. – Kierownika! Wołać kierownika!
Z zaplecza wytacza się Ludojad. Idzie posapując. Jeszcze nie wie, co się stało, ale gęba mu sczerwieniała i zacisnął pięści.
– Czego! – Pochylił się w moją stronę przez ladę. – No, czego, pytam się jaśnie pana!
– Zaszła mała pomyłka, którą natychmiast możemy wyjaśnić. Zapłaciłem tej pani banknotem stuzłotowym, a pani, przez pomyłkę wydała mi z dziesięciu. Wystarczy wydać jak należy i po sprawie.
– Kasia! – Docisnął ekspedientkę brzuchem do lady. – Jak było?
– Dał dychę!
– Dałem stówę!
– Dychę dałeś, stary bucu!
– Proszę bardzo! Mogę to udowodnić! Jestem hazardzistą i namiętnie grywam w multilotka. Wczoraj w nocy naszło mnie natchnienie na pewne liczby. Żeby ich nie zapomnieć, zapisałem sobie na stówce, którą akurat miałem pod ręką. Proszę bardzo, tutaj jest kupon wysłany na te liczby. Proszę zbadać wszystkie stówy w kasie. Jeżeli będzie jakaś z tymi numerami, to mam rację. Zgoda? Kupon wysłałem przed przyjściem do sklepu. Tam jest godzina.
– Dupa Jaś! – Ludojad gapi się na mnie i powoli zaskakuje. – Kaśka zamknij sklep. Jak nie znajdę tego banknotu to masz w dziób!
– A jak znajdziesz? To, co?
– To te zakupy masz gratis.
Nie trwało to długo. Moja stówa z daleka drażniła szeregiem zapisanych cyfr. Ludojad długo wpatrywał się we mnie. Uśmiechał się i klął na przemian. W końcu oddał banknot i oczywiście, dyszkę z zakupami.
W domu pachniało mydłem i Zenobią. Kuchnia świeciła czystością, a na półeczce stały dwie nowe szklaneczki, malowane w zielone kwiatki.
– Pani Zenobio – przytuliłem ją do siebie. – Dzisiaj idziemy na pierogi z jagodami... Do baru „Przysmak”
– Dobrze, z przyjemnością, ale cos po drodze musimy załatwić.
– Bardzo chętnie.
– Damy NASZEMU menelowi całe dziesięć złotych. Stać nas na to, czyż nie?

czwartek, 15 kwietnia 2010

Wahadło Newtona

Obraz wisiał nad łóżkiem, pod Matką Boską Ostrobramską. Pomiędzy nimi świeciła swym wiecznym ognikiem czerwona lampka, świadcząca o obecności Ducha Świętego w naszym domu. Malowidło wykonał na zamówienie mojej babki, Józek Tryba, domokrążca, który raz w tygodniu przychodził na nasze podwórze i wykrzykiwał pod oknami zachrypniętym dyszkantem – Ostrzę noże! Ostrzę noże! – Józek był wesołym człowiekiem i podobno potrafił wszystko.
Babka miała przyjaciółkę, Fenię, zamieszkałą w Meksyku. Spędziły razem cztery lata w obozie koncentracyjnym Gross – Rosen i od niej dostawała regularnie kolorowe widokówki. „Odkrytkę” zaniosła Józkowi, a ten przyjął zamówienie na wykonanie obrazu według wzoru. Jego znany
w okolicy talent artystyczny ograniczał się do malowania widoków z mostkiem i anioła przeprowadzającego dzieci nad przepaścią, – taki obraz wisiał w naszym przedpokoju, więc trochę kręcił nosem, ale zlecenie przyjął i pobrał zaliczkę.
Dzień odsłonięcia dzieła wypadł w niedzielę. Zasiedliśmy wszyscy wokół okrągłego stołu,
a babka podała lipową herbatę. Józek przez chwilę mocował się z oporną ścianą, wbijając odpowiedni gwóźdź, po czym zawiesił wielką taflę dykty. Przez chwilę panowała zupełna cisza. Babka stała na środku pokoju i wpatrywała się w malowidło, potakując z zadowoleniem głową.
Pierwszy wybuchnął śmiechem mój starszy brat. Potem, śmiech przeszedł na innych i pokój wypełnił się nieludzkim rechotem.
– Milczeć zarazy! – krzyknęła babka. – Nie macie pojęcia o sztuce!
Obraz przedstawiał pokrojone w kawałki arbuzy. Czerwień miąższu dominowała na całej powierzchni i wyglądała jak rozlana krew. Owoce były pokrojone w ćwiartki i ozdobione powycinanymi ząbkami, a czarne pestki rozsypywały się wokół.
– A nie mówiłem? – powiedział Józek. – Nie mówiłem? Ale tak kazali i tak mają.
– Tyś mnie, Tryba, lekko oszukał – stwierdziła babka i uśmiechnęła się do Józka.
– No, jak to?
– Na odkrytce, jeden arbuz ma wykrojone w miąższu litery. Tutaj ich nie ma, kochany Trybo.
– Jakie litery? Jak to, zamazane jakieś... To jak miałem przeczytać?
– No, dobrze – powiedziała babka. – Niech tak zostanie. – Po czym wypłaciła honorarium.
Byłem najmłodszy w domu, więc miałem przywilej spania z babką. Łóżko przylegało do ściany
z obrazami, a czerwona lampka rzucała lekką poświatę na arbuzy. Przed snem liczyłem czarne pestki. Kawałki owoców straszyły twarzami bajkowych potworów i uśmiechały się do mnie, a obraz zamieniał się w filmowy ekran. W tym czasie nie znałem smaku tych owoców, ale bardzo wyraźnie czułem ich zapach. Po wielu latach zrozumiałem, że był to słodki oddech mojej babki.

* * *

Nie wiem ile jest metrów wokół krakowskich błoni. Na moje oko, jakieś dwa kilometry z hakiem. Dwa tysiące małych kawałków, takich na długość kroku, albo, żeby było jaśniej, na pół obrotu rowerowego pedału. Julia jedzie zawsze z przodu, na małej damce, przyklejona okrągłym tyłkiem do siodełka, wkręcona w malutkie, plastykowe siedzisko jednym kolistym ruchem bioder. Gdy siada, delikatnie wsuwa je pomiędzy grube uda i zakręca szerokim, lambadowym ruchem. Można powiedzieć, że nabija się na mały trójkąt gestem zamaszystym i korbowodowym – używając technicznej terminologii.
Jadę za Julią na wielkim męskim góralu, przejętym po jej byłym mężu – Jużcięniekocham, wyremontowanym przez jej kochanka – Rolnika, dla kochanka – Pisarza, według ścisłej instrukcji kochanka – Naukowca. Jak w rodzinie. Każdy z nas ma swoje miejsce i wie, jaka jest mu przypisana danina. Był jeszcze kochanek – Nikt, ale to nie miało znaczenia. Ten szwagier, kuzyn prawie, nasza rodzina, miał dwa metry wzrostu i bardzo chory kręgosłup. Przypadłość ta eliminowała
w pozostałych odczucia zazdrości. Kochanek – Nikt, nie mógł, lub zaniemógł, nieważne. On nie sypiał z naszą Julią. Współczuliśmy facetowi od serca i jednocześnie zacieraliśmy ręce. Zawsze to większy kawał tortu do podziału.
Kochamy Julię bardzo, każdy po swojemu, według najbardziej skrywanych fantazji i wybujałych oczekiwań. Dajemy jej wszyscy siebie, ale każdy zupełnie coś innego, a ona ma dzięki temu pełny zestaw niepowtarzalnych doznań. Rolnik zjawia się raz w miesiącu z pełnymi torbami płodów, wyhodowanych w ciężkim znoju na ziemi ojców i obdarowuje Julię z prostotą kmiecia, przeliczając wszystko na minuty, godziny, noce. Pisarz, jest bardziej wyrafinowany. Jego daniną są uciechy intelektualne w postaci książek, napisanych własną ręką i nieodłącznej butelki whisky. Książek napisał cztery, więc braki pisarskie zastępuje alkoholem i opowieściami z życia śląskiej bohemy.
Najbardziej tajemniczym szwagrem jest Naukowiec. Mieszka gdzieś na końcu Europy, w miasteczku wielkich mózgów i uniwersytetów. Czym się zajmuje? Tego nie wiem, ale z różnych rozmów wynika, że siedzi tam sobie i intensywnie myśli. Często podróżuje po Europie, robi jakieś badania, potrzebne do następnego patentu. Ma bardzo serdeczny stosunek do nas wszystkich, a najbardziej lubi Rolnika.
– Witam pana – mówi znudzonym głosem. – Dzwonię żeby zapytać, a co tam słychać?
– Wszystko jest na swoim miejscu, panie O. – odpowiadam grzecznie. – Właśnie wybieram się do Krakowa.
– Do naszej Julii? Do niej pan...
– Tak – przerywam. – Do kogo bym... No, do kogo?
– Wie pan? Ostatnio dużo myślałem o R. On ma kiepską sytuację, nie? R. często jeździ do Julii
z tej wsi. Żal mi go, panie Jery.
– Chce, to jeździ. Mnie on niepotrzebny.
– Jery! Pan zbyt prosto stawia sprawy. Tak nie można.
Naukowiec myśli o wszystkim z filozofią wynalazcy. Nie ma spraw prostych i logicznych. Wszystko jest trudne i należy podchodzić do tego powoli.
– Długo myślałem – mówi. – Wie pan? Wykombinowałem, że my się złożymy i kupimy R. jakieś auto! Powie pan K?
– Nasz K. nie ma pieniędzy. Jego wydawca nie płaci honorarium.
– No, widzi pan – odpowiada zakłopotany. – To, co pan proponuje. Czy możemy coś pomóc? Człowiekowi ze wsi?
– Możemy. Takie autko można kupić za trzy tysiące, góra. Rozumie pan?
– To, tak, no, to pan pójdzie w Krakowie do mojego brata. Ja tam za chwilę zadzwonię, a pan pójdzie i mój brat da pieniądze. Zadzwonię wieczorem i podam adres. Dobrze?
– Moment! – odpowiadam zaskoczony. – Pan chce sam kupić samochód? Temu R.?
– Może tak, tak właśnie bym chciał. A! Jeszcze jedno. Ile to euro, panie Jery? Chodzi o te trzy tysiące, nie?
– Jakieś tysiąc będzie, tych euro... Co powiemy Julii?
– Jej? A nic nie powiemy, nic. To w końcu nasza sprawa. Rodzinna... he he he!
Jadę za Julią na męskim góralu, odziedziczonym po Jużcięniekocham i wpatruję się w jej pracujące, jak dwusuw pośladki. Małe siodełko, wbite pomiędzy półkule mięsa, wygląda jak cienki patyk, podtrzymujący głowę cukrowej waty. Wieczorem pójdziemy na basen, a potem będzie cała moja. Wygładzona siodełkiem rowerowym i wykąpana, wypływana.

* * *

Któregoś letniego dnia, babka wysłała mnie do sklepu. Bardzo lubiłem chodzić na zakupy, była to okazja do oglądania ulicy, a nawet zawierania nowych znajomości.
– Pamiętaj, pół funta cukru i patrz uważnie na strzałkę wagi – powiedziała. – Do tego kupisz dwa słodowe piwa i natychmiast do domu. Tak?
– Tak, babko.
Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Przy takiej okazji nie mogłem się powstrzymać od zerknięcia w kilka interesujących miejsc. Pierwsze było podwórko. Wszedłem na kwadratowy plac
i przewinąłem się trzy razy przez trzepak, potem rzuciłem kilka kamieni w stronę wymalowanej na ścianie swastyki, sprawdziłem czy wejście do nory szczurów nie jest zatkane i wybiegłem na ulicę. Pamiętam, było upalne lato, a środkiem brukowanej jezdni jechały cygańskie wozy. Przed zakładem fryzjerskim siedział młody żołnierz z namydloną twarzą i uśmiechał się do gromadki dzieci, przypatrujących się pracy golibrody. Pan Kowal ostrzył brzytwę o szeroki pas i śpiewał włoskie piosenki. Zbliżyłem się do żołnierza i dotknąłem palcem białej piany, kłębiącej się na jego policzkach.
– To boli? – zapytałem
– Boli jak diabli. A ty gdzie? – odpowiedział. – Idziesz gdzieś, chłopaczku?
– Do sklepu idę, żołnierzu, a co?
– To zmiataj!.
Sklep był na końcu ulicy. Jeszcze po drodze zerknąłem do pracowni krawieckiej
i wulkanizatora. Gdy dotarłem do celu, zobaczyłem cztery wozy konne, kryte kolorowymi plandekami. Stały przy sklepie, a gromada małych, cygańskich dzieci biegała wokół. Cyganiątka wchodziły pod brzuchy zwierząt i krzyczały w nieznanym języku do przechodniów. Starsi Cyganie siedzieli na murku i jedli czerwone arbuzy, spluwając pestkami przed siebie. Przystanąłem
w zupełnym zachwycie i gapiłem się, łowiąc wszystkie odgłosy jedzenia. Mężczyźni uśmiechali się do mnie.
– Ciawa! – zawołał jeden, chyba najstarszy z nich. – Chcesz kawałek? Nie bój, ciawa, my dobrzy.
– Babka mi zakazała – odpowiedziałem.
– Chodź, ciawa, zjedz harbuza, no, masz – podszedł i przystawił mi kawałek owocu do ust. – No, jedz. Ciawa, jedz.
– Nie chcę!
– Boisz się nas?
– Nie boję, ale arbuza nie będę.
– Harbuzy dobre, jedz.
– Nie!
– A ja ci mówię, jedz!
Złapał mnie za włosy i przyłożył czerwony miąższ do ust. Zacisnąłem mocno zęby.
– Żryj smarku, jak dają!
Sok spływał po brodzie i ściekał na koszulę. Po chwili Cygan przestał. Nagle odchylił się
i uderzył mnie kawałkiem arbuza w twarz.
– Bynka ciawa! – zawołał i uderzył jeszcze raz.
Inni mężczyźni podeszli i obrzucili mnie kawałkami owoców. Gromadka cygańskich dzieci wypełzła spod wozów i koni. Wtedy zobaczyłem biegnącego ulicą żołnierza. Pędził wielkimi susami i wywijał nad głową wojskowym pasem. Za nim podążał fryzjer, pan Kowal, trzymając w ręku drewniany taboret.
Cyganie uciekli w popłochu na wozy i zacięli konie. Tabor odjechał spod sklepu szybkim kłusem.
Dwa dni po tej przygodzie, gdy nie było nikogo w domu, wyjąłem z kredensu puszkę czarnej farby i zamalowałem obraz z arbuzami.

* * *

R. samochodu nie dostał. Zmarł szybko i nieoczekiwanie, a właściwie spodziewanie, ale nie tak, że już dziś, lub jutro. R. pił duże ilości podłego alkoholu, więc jego odejście było przewidywalne, co do powodu, lecz rozłożone w zagadce czasu, jakim jest wytrzymałość serca
i wątroby. Spirytus „Royal”, mający skutecznie przerzedzić rosyjską populację, zebrał żniwo na naszej starej, sądeckiej ziemi. W dniu śmierci R., zadzwonił do mnie Jużcięniekocham.
– Pan będzie dzisiaj u Julii?
– Tak, to mój weekend – odparłem grzecznie.
– Ona już wie, że R. nie żyje, a pan już też, skoro mówię... Bo ja mam prośbę, panie Jery.
– Toś mnie pan! – Aż przysiadłem z wrażenia. – Fajny sposób na przekazywanie wieści o śmierci!
– Bo ja mam inną sprawę i lepiej jak pan tam pojedzie wiedząc, a sprawa nie jest byle jaka.
– Wal pan śmiało – odpowiedziałem nieco już spokojniej.
– Pan musi ją odwieść od przyjazdu na pogrzeb. Bardzo o to proszę. Pewnie ona nie mówiła, ale my w tej wsi mamy dom i jej romans z R. jest tutaj szeroko znany i potępiany.
– Nie wiedziałem, ale rozumiem.
– Niech teraz sobie pan pomyśli. R., kochanek w trumnie, a za nią idzie rzucony mąż i niewierna żona. Dla niej to nic nie znaczy, ale ja tu zostałem i mieszkam z tymi ludźmi. Czy pan pojmuje?
– No, tak – nie wiedziałem, co powiedzieć. – No, dobrze, ja tu coś wymyślę... Swoją drogą, żeś mnie pan zaskoczył.

– Kuleczko?
– Nie ma mnie.
– Julia, wyjdź. – Siedzi wciśnięta w róg pokoju, zastawiona wielkim fotelem.
– Nie ma Julii, ona umiera.
– Co się stało?
Muszę udawać, że nic nie wiem, bo Julia nie ma pojęcia o kontaktach pomiędzy jej mężczyznami, pomiędzy nami.
– Zabiłam R.
– Co ty mówisz?
– To moja wina! On nie wytrzymał tego piekła, jakie wam robię.
– Nie żyje?
– Zapił się na śmierć... Moja wina... Moja.
– Kuleczko.
Kładę się obok Julii i wciskam w miękkie i ciepłe. Układam głowę na wielkim biuście, a jej łzy kapią mi na szyję.
– Julio, a my? My cię kochamy.
– Pozamiatam... Muszę pozamiatać. Wszystko.
– Wstań, Julia, zrobię ci obiad, chcesz?
– A co mi ugotujesz? Nie jadłam od wczoraj.
– Zrobię ci rosołu, ale musisz wstać i iść do kuchni.
Wiem, że Julia szybko przechodzi do normalności i wiem, że czekała na mnie. Godzinę przed moim przyjściem, wcisnęła się w kąt pokoju i zalała łzami, może szczerymi, albo żeby ją nieco usprawiedliwić, zalała się łzami w sposób przemyślany i wskazujący na wielką bezradność i nawet bezsilność wobec losu. Swojego losu, nie mam wątpliwości.
– Nie każesz mi nic robić?
– Nie.
Przechodzimy do kuchni.
– Pobędziesz ze mną? Boję się. Wiesz, to mieszkanie, ściany... R. robił remont, pół roku temu. Malował... Stał na drabinie, a ja na niego krzyczałam.
– Po obiedzie pójdziemy na Kazimierz. Przejdziemy się, odwiedzimy wszystkie antykwariaty. Chcesz?
– I pójdziemy do sklepu z aniołkami?
– Tak.
Zawsze tam chodzimy i zawsze mam ochotę kupić wielkiego anioła, i powiesić na ścianie, nad łóżkiem Julii.
– A potem wstąpimy do galerii. Kupię ci coś pachnącego.
– Pamiętasz? Chciałeś kupić mi anioła.
– Może w końcu kupimy, ale musi być duży i w kolorowej sukience. Niech ma malutki kapelusz na głowie, co?
– Nie chcę już. Mam inny pomysł.
– Jaki?
– Ostatnio byłam na Kazimierzu, z K. i natknęłam na dziwny obraz. Leżał zakurzony i brudny za jakimś meblem. W tym antykwariacie jest wielki bałagan. Wiesz, ja chcę mieć to malowidło.
– Jakiś wartościowy? Ile kosztuje?
– Nie, nie jest wartościowy. To jakaś mierna kopia, ale chcę, bo to kopia dzieła Fridy Kahlo. Uwielbiam jej malarstwo.
– Wiesz, że nie znam się na sztuce, ale skoro tak mówisz?
– Jery? Wiesz, co to jest wahadło Newtona?
– Pamiętam ze szkoły, owszem.
– Bo widzisz, jak myślę o sobie, jawi mi się to przenoszenie energii. Pierwsza kulka, to ja, Jery. Ostatnia, to zawsze jeden z was. Tym razem padło na R. Wcześniej oberwał mąż. Kto będzie następny? Coś ci pokażę – wybiega do pokoju. Słyszę jak przerzuca książki. Nie bardzo wiem, co chciała mi przekazać, ale czuję coś złego. Coś nadchodzi i tłumi światełko we mnie.
– Zobacz!
Wraca do kuchni i rzuca na stół kolorowy album.
– Otwórz na piętnastej.
– Dobrze.
Rozkładam kartki wypełnione zdjęciami dzieł sztuki. Na wskazanej stronie widzę dziwny obraz. Półnaga kobieta w medycznym gorsecie, patrzy w bok zimnym wzrokiem, a jej piersi przeciskają się przez metalowe pasy, zapięte na torsie.
– Dziwny.
– Smutek... Jery... To mój smutek. Dlatego muszę to wszystko pozamiatać. Uporządkować i wyjść
z gorsetu, a najbardziej uwierającą częścią tego kalectwa jesteście wy, moi chłopcy. Rozumiesz?
– Myślałem, że czujesz się dobrze z nami. Kochamy cię Julio.
– Egoiści. Czy któryś z was, chociaż raz zapytał o moje uczucia? Kogo interesuje moje uczucie? Tańczycie wokół mnie jak koguty. Stroszycie piórka, nie bacząc czy mi to się podoba, czy jestem szczęśliwa. Myślisz, że można kochać kilku na raz?
– Żyjemy tak, prawie dwa lata.
– Boże! Czy ty mnie rozumiesz? Wiesz, o czym mówię?
– Chyba tak. – Przeczuwam, że to juz koniec naszych spotkań, naszych wypraw w góry, basenów, rowerów. – Chodźmy na Kazimierz... Chodźmy po obraz.

Antykwariat okazał się zatęchłą piwnicą, wypełnioną nikomu niepotrzebnymi przedmiotami. Kawałki mebli i zardzewiałe żyrandole leżały porozrzucane w nieładzie, a w rogu, przy gołej ścianie rozwalający się kredens. Na samym środku piwnicy stało piękne biurko, jedyny wartościowy mebel w tym dziwnym składzie. Stary właściciel siedział podpierając się wiklinową laseczką
i wołał w stronę drzwi.
– Prosiemy! Prosiemy!
– Można pooglądać? – zapytała Julia.
– Oglądać, ale nie dotykać. Nie dotykać eksponatów – powiedział właściciel, po czym roześmiał się radośnie – Nie dotykać, bo można się pobrudzić!
– Właściwie, to już mam coś upatrzone. Pamięta mnie pan?
– Owszem – odparł starzec. – Pani oglądała tę kopię, prawda? Jest, jest, a jakże. Schowałem dla pani. Nawet odświeżyłem, ale czy warto? Może nie warto.
– A jednak warto – dodałem.
– A idźże pan, idźże. To nawet nie jest kopia, ale pan wie, jak to jest.
– Mnie się podoba – powiedziała Julia. – Umawialiśmy się, tak?
– Umawialiśmy się? Ja, miła pani, dałem słowo. Moje słowo jest więcej warte niż grajcary. – Wstał zza biurka i podszedł do Julii. – Pięćdziesiąt lat handluję, tak, aż tyle lat szwendam się po kraju i skupuje od ludzi rupiecie. Wiecie, że każdy grat ma swoja historię? Bo ja nie kupuję byle jak, ja proszę was, kupuję z opowieścią. Przedmiot bez historii nie ma u mnie szans. Nawet ten bohomaz ma tragedię w tle, oj i jeszcze, jaką!
Właściciel był malutkim starcem, wyglądającym jak człowiek z innej epoki. Ubrany w zabytkową bonżurkę, koloru wiśniowego i połatane, sztruksowe spodnie. Gdy mówił, wymachiwał na boki laską.
– Pani wie, czym jest taka kopia? – zapytał. – Pani wie?
– Kopia, to kopia – odparła Julia.
– Tak? Idźże pani, idźże! – Staruszek stanął na środku piwnicy. – Takie kopie, czyli landszafty, byle jakiej próby, są jak cukierki ślazowe. Bierze pani do gęby miód, a cycka palony cukier. Dlatego wszystko jest ukryte w historii ludzi związanych z dziełem, szanowna pani.
– To, jeżeli ma pan chęć, proszę opowiedzieć – powiedziała Julia. – Chętnie dowiem się, co powieszę w domu.
Właściciel rozsiadł się w wiklinowym fotelu i wyjął z szuflady biurka długą, szklaną fifkę. Przez chwilę przedmuchiwał ją zawzięcie, a potem włożył między kciuk, a palec wskazujący ustnik fifki i przyklasnął drugą dłonią. Ze środka szklanej rurki wypadł mały niedopałek i wylądował na środku piwnicy.
– Obraz kupiłem za ćwiartkę wódki – zaczął staruszek i włożył do fifki kawałek papierosa. – Sprzedał mi go dozorca kamienicy, gdzieś w Tarnowie. Czterdzieści lat temu jeździłem w różne zakątki w poszukiwaniu staroci. Sam obraz był w opłakanym stanie i nie rokował, jak to się mówi. Poza tym malowany na dykcie... Idźże, idźże... Ten malunek zachlapany był czarną farbą, ale to była jakaś wodna, więc wiedziałem, że da się umyć.
Odpalił papierosa i przez chwilę dusił się od kaszlu.
– Nie ważne. Ten dozorca był na tyle rozmowny, że wypiliśmy razem tę wódkę i jeszcze ciut trochę. Przy wódce i ogórkach opowiedział mi dziwną historię. Widzicie państwo. Ten obraz wisiał w mieszkaniu, gdzie mieszkała jakaś starsza kobieta z gromadką dzieci. Podobno, te dzieci, to jakieś z domu dziecka były, czy coś. W każdym razie nie było im bogato.
Słuchałem i czułem, że serce skacze mi do gardła. W przeczuciu jakiejś strasznej katastrofy, przysiadłem na zakurzonej skrzynce. Miałem wrażenie, że zaczynam się dusić.
– Panu źle? – zapytał. – Może wody, albo coś?
– Dobrze, dobrze – odparłem. – To chwilowe.
– Można dalej? – zapytał. – Więc tak. Któregoś dnia kobieta zmarła i nic w tym dziwnego by nie było, gdyby wszyscy o tym wiedzieli. Powiem wam, że nikt nie wiedział o jej śmierci. Całe dwa tygodnie dzieciska trzymały to w tajemnicy. Mieszkały z trupem, a jeden chłopczyk nawet spał
z nią w jednym łóżku. Ktoś w końcu odkrył tragiczna prawdę i dał kres makabrze. Potem te dzieci rozwieźli gdzieś po świecie i został tylko obrazek. Ot, cała historia.
– Jery – powiedziała Julia. – Ja musze mieć ten obraz.
– Tak, musisz – odparłem. – Trzymaj go w domu i nikomu nie oddaj, rozumiesz? Bardzo cię proszę.
– Boże, jakie to przejmujące. Teraz rozumiem ile jest warta historia, a nie samo dziełko. – Julia była wzruszona.
– Jak mówiłem – powiedział staruszek. – Bez ciekawej historii nie kupuję, bo cóż jest warte puste malowidło? Obraz stoi za kredensem. Jest zapakowany w papier, tak będzie wygodniej.
– Ile pan ceni? – zapytałem.
– Cenię? – powiedział z uśmiechem. – Ja mam dobre oko, szanowny panie i widzę, że coś jest na rzeczy z tym obrazem. Weź se pan darmo, ale za historię daje pan na ćwiartkę. Dobrze?
– Dam nawet na dwie – powiedziałem. – Bylebyś pan już nic nie mówił.

– Kuleczko?
– Dziękuję... Dziękuję za prezent.
– Julia.
– Powiedz, ja słucham.
– Oblewamy obraz, czy nasz ostatni wieczór?
...
– Co oblewamy?
...
– Julia.
...
– Sam się pozamiatam, rozumiesz?
...
– Kuleczko. Powiesz mi coś?
– Co?
– Czy na tym obrazie... Czy tam są wymalowane arbuzy?
– Tak, czerwone arbuzy.
– Kocham cię
– Trudno, muszę pozamiatać w swoim życiu.
– Julio. Tam, na arbuzach miał być jakiś napis. Proszę, nie mów, jaki. Dobrze?
– Wahadło Newtona... Wszystko jest reakcją na coś... Nie powiem, nie.
– Jutro mnie już nie będzie.
– Będziesz. Zostanie ten obraz.
– Wahadło Newtona, Julio.
– Tak, Jery.

Po kilku dniach dostałem wiadomość. Na ekranie telefonu wyświetlił sie napis: Pozamiatałam K.
Zostaję z O.
VIVA LA VIDE.

Masaj Jakaya

Koniec pory deszczowej w Serengeti, to początek wielkiego triumfu śmierci. Powoli opada szara zasłona wody, a przez jaśniejące niebo przebijają zabójcze promienie afrykańskiego słońca. Rzeki zamieniają się w małe bajora, wokół których kotłuje się wojna o zwierzęce prawa do wody, jedzenia i terytorium. Antylopy zwołują się w dwumilionowe stado i wędrują za deszczem.
Nam pozostał poker i dobra rosyjska wóda. Zaopatrzeniem zajął się fotograf z Amsterdamu Dawid Kunz, korespondent kilku fundacji i wolny strzelec. Kunz był Żydem i często przypominał nam o swym pochodzeniu, próbując w ten sposób coś dla siebie ugrać.
Drugim kompanem do pokera był młody Niemiec Paul, przyrodnik, badacz i doktorant uniwersytetu w Getyndze. Fajny chłopak. Trochę niepokorny, często walczący o swoje racje, a przy tym koleżeński i ładny młodością połączoną z niebywałą inteligencją.
Byłem wtedy korespondentem tureckiej stacji telewizyjnej i robiłem przyrodnicze reportaże, filmy i diabli wiedzą co jeszcze, a właściwie wszystko, za co można było dostać parę groszy.
Kunz miał dobre układy w Nairobi i kombinował. Sprzedawał Rosjanom informacje o zapotrzebowaniu na broń wśród miejscowych plemion, załatwiał wojskowe konserwy, ciuchy, materiały fotograficzne i oczywiście wódkę. To był dobry interes. Zaopatrzenie dostarczał nam stary kumpel wszystkich reporterów Akiba Naduu, kenijski jubiler i handlarz diamentami.
– Zobaczycie! – powtarzał często Kunz. – Jak tylko skończymy tę pieprzoną robotę pojedziemy do Pemba na białe dziwki. Mam tam zaprzyjaźniony burdelik. Palce lizać, panowie. Biała dziwka w Afryce to rarytas!
Paul był w przeciwieństwie do Kunza drobnym i anemicznym mężczyzną, ale ciągnął wódę za dwóch i nigdy się nie upijał, Grał dobrze w pokera i płacił karciane długi. Kunz, natomiast, pił niewiele i zawsze wygrywał. Miał szczęście.
Siedzieliśmy od trzech tygodni na małym wzgórzu, oczekując na antylopy. Przed nami leżała wielka sawanna, płaska jak stół i sięgająca aż do jeziora Wiktorii. Graliśmy w pokera dobieranego z pojedynczym przebiciem do wartości banku. Nie chcieliśmy się ogrywać, a bardziej grać jak najdłużej. Kunz był dobrze do przodu od Paula. Ja byłem na zero. Na stole uzbierała spora kupka amerykańskich dolarów, a karty lepiły się do palców. Był środek nocy i gdy kładłem do banku swoje przebicie – miałem trójkę waletów – odchyliła się zasłona namiotu i weszła stara Masajka Baluu.
– Panie Jery – powiedziała. – Pański pies zdycha za namiotem. Krew mu z pyska leci.
Moja ręka zawisła nad stołem. Powoli położyłem na kupce banknotów przebicie i powiedziałem:
– Wasze dwa i moje pięć w górę.
Baluu była naszą służącą. Miała niedołężnego syna i to był dla niej wielki problem.
– Sprawdzam i idę spać – powiedział Paul.
– Sprawdzam i ja – Kunz rzucił na stół piątaka.
Wygrałem. Moje walety były mocną kartą. Baluu podeszła do stołu, poprawiła dogasającą lampę, pozbierała puste butelki i ułożyła w rogu namiotu.
– Pański pies, panie Jery, co z nim będzie? – położyła rękę na moim ramieniu.
Murzynka mówiła angielszczyzną pomieszaną z językiem suahili.
– Nic mu nie będzie, Baluu, pewnie się zranił – odparłem i rozlałem do kieliszków wódkę.
– Napijesz się z nami?
– Nie piję. A pies zdechnie do rana, panie Jery.
Kunz potasował karty i rozdał na dwóch. Paul okręcił się śpiworem i poszedł spać pod moskitierę.
– Baluu – odparłem. – Połóż się w samochodzie. Jutro będzie robota.
Baluu miała syna i nie w tym problem, bo miała jeszcze pięciu chłopaków. Tamci, wysocy
i szczupli jak świece. Wszyscy już dawno stali się wojownikami, mieli swoje inkajijik, czyli chałupy i długie włosy. Kłopotem i wielkim utrapieniem był najmłodszy Jakaya. Już to mówiłem. On, ten Jakaya, był całkiem serio upośledzony na umyśle i chromał na nogę. To było wielkie nieszczęście. Kaleka w wiosce Masajów, to same kłopoty – tak mówiła Baluu.
– Co z twoim psem? – zapytał Kunz.
– Nic. Zranił się i leży.
Prosto z ręki Kunza dostałem dwa asy i blotki. Oczywiście, wymieniłem dwie. Niech myśli, że mam trójkę.
– To ja też dwie – powiedział Kunz. – Takie strachy nie na mnie.
Przeczekałem, a Kunz zagrał za trzy dolce. Dałem bank i podniosłem do dziewięciu, oczekując sprawdzenia. Nie podnosiłem kart, grałem na dwa asy, w ciemno.
– Jak chcesz, to zobaczę twojego psiaka, co?
Kunz znał się na chorobach zwierząt i był w tym dobry.
– Czy ja wiem? – odpowiedziałem. – Pies to tylko pies. Poleży i wstanie zdrowy. Może nadział się na mocniejszego?
Mój towarzysz uśmiechnął się i rzucił na stół dwadzieścia dolarów.
– Twoje dziewięć i moje dziesięć do góry – powiedział. – Rozegramy, a potem zerknę na psa, Jery, szkoda kundla.
Zrobiło się cicho. Na stole leżało już prawie trzydzieści zielonych, a my udawaliśmy, że nic ciekawego się nie dzieje, że wszystko, Baluu, mój chory pies i śpiący Paul są ważniejsi od pokera. Taki bluff, wiem coś o tym. Upajaliśmy się ciszą, udawaliśmy obojętność, nie patrząc na stół i karty. Graliśmy na czas. Nagle, w tę zastygłą atmosferę wszedł dziwny jęk, inny i nieznany. Spojrzeliśmy na siebie.
– Pies – powiedziałem.
Jęk powtórzył się długim przeciągłym zawodzeniem, wzniósł się wysoko i zgasł.
– Nie – zaprzeczył Kunz. – Tak wyje człowiek.
Przez kilka minut nasłuchiwaliśmy, wyławiając nocne odgłosy sawanny. Na próżno.
– Graj – szepnął Kunz.
Wtedy po raz drugi uchyliła się zasłona namiotu i weszła Baluu. Podeszła do stołu
i nieoczekiwanie usiadła na krześle Paula. Nigdy tego nie robiła.
– Co się stało, Baluu? – zapytałem.
– Pan Kunz mi pomoże – powiedziała. – Ja wiem o tym. Ale ja nie mogę z panem Kunzem gadać
i wiem, dlaczego. Czy wysłucha pan mojej opowieści? Panie Jery?
Baluu miała na sobie czerwoną szatę i ciężkie, metalowe obręcze na szyi. Miała też duże, masajskie oczy i jeszcze większy smutek wytatuowany na twarzy. Po chwili ciszy położyła dłonie na naszych dolarach i zanuciła pieśń.
– Śpiewa w języku maa – powiedział Kunz. – Nie rozumiem tego, ni w ząb. Baluu, o czym śpiewasz?
– Ja się modlę, proszę pana.
Kobieta miała dłonie pocięte ciężką pracą. Męskie dłonie
– Idę zobaczyć psa – Kunz schował karty do kieszeni. – Dogramy później.
Nałożył kapelusz, wziął latarkę i wyszedł. Baluu ze wstrętem wytarła dłonie o czerwoną suknię
i pochyliła się w moją stronę.
– Panie Jery, mój Jakaya może jutro umrzeć, a ja chcę żeby żył. Czy to źle? Czy może mi pan pomóc?
– Mogę, Baluu, ale jak?
– Kunz ma lekarstwo. Niech pan uprosi kolegę żeby dał dla Jakaya.
Baluu oprócz tego, że była matką, była też córką masajskiego wodza. Dzieciństwo spędziła w Dar Es Salaam, gdzie skończyła jakąś szkołę. Nie była głupią murzynką.
– Nam nie wolno leczyć Masajów – powiedziałem. – To nie nasza sprawa. Wiem, o co chodzi, Baluu. Ty chcesz leki, bo twój syn przejdzie jutro obrzezanie. Mamy zakaz ingerowania
w wasze tradycje.
– On tego nie przeżyje.
Zwiesiła głowę i zaczęła kiwać rytmicznie ciałem, śpiewając swoją modlitwę. Wtedy po raz trzeci odchyliła się zasłona namiotu i wszedł Kunz. Wypił kieliszek wódki i powiedział:
– Tyfus!
W pierwszej chwili nie zrozumiałem. Baluu odskoczyła od stołu i schowała się za moskitierę.
– Jak tyfus? – zapytałem. – Co ty mówisz?
– Psi tyfus. Tak się to nazywa.
– I co teraz?
– Psa trzeba dobić i to szybko, a potem głęboko zakopać. Męczy się jak cholera. Musimy też utrzymać wszystko w tajemnicy, bo jak się dowiedzą chłopaki z rezerwatu to będzie wielki kłopot. Mogą nas wypieprzyć z Serengeti.
– Mogą, Kunz.
Spod moskitiery wyszedł przebudzony Paul. Usiadł przy stole.
– Widzę, że nasz Żyd robi zadymę – powiedział. – Co się dzieje? Nie gapcie się na mnie. Mówcie, do kurwy nędzy.
Kunz przełamał z trzaskiem palce – zawsze tak robił, gdy się wkurzał.
– Uważaj, Paul! Słowo „Żyd” w szwabskim ryju brzmi niebezpiecznie!
Zanosiło się na kolejną awanturę. Znałem ich obu, jak codzienna rację chleba i wiedziałem, że takie wybuchy kończą się zawsze butelką pojednania. Podobno Kunz uratował życie Paulowi. Nie wiem, tak słyszałem, że niósł nieprzytomnego wiele kilometrów na plecach. Gdzieś nad brzegiem Mekongu, gdy filmowali razem połów pangazjonodona – to jakaś potworna ryba, co jak się wkurzy, to dochodzi do czterystu kilogramów wagi – wpadli w ręce kłusowników. Nie wiem, nieważne. Żaden tym się nie chwalił.
– Wy Żydzi zawsze rzygacie Niemcom w twarz – powiedział Paul. – By stać się waszym wrogiem wystarczy być z Westfalii, albo innego pieprzonego landu. Gudłaje, kurde!
Wiedziałem, że muszę się wtrącić, bo kłótnia może potrwać do rana, a zanosiło się na mnóstwo roboty.
– Kunz! – zawołałem. – Mieliśmy grać! Prawda? A ty Paul nie przeszkadzaj! Zawiń dupę
w śpiwór i wracaj na materac!
Baluu wyszła z namiotu i znowu rozległ się ten niesamowity jęk. Paul nie poszedł spać. Zajął się piciem wódy, a my wróciliśmy do gry. Miałem wielką ochotę sprawdzić, ale niewyraźna mina Kunza mówiła sama za siebie. Wygrzebałem ostatniego dwudziestaka i rzuciłem na stół.
– Twoje dziesięć i moje dziesięć. Co ty na to, Kunz?
– No właśnie. Sam nie wiem, czy warto grać o te pieniądze? Ty Jery jesteś już goły, a moja karta wymaga bardziej dynamicznej licytacji.
Marszczył czoło i udawał, że intensywnie myśli. Wiedziałem, że to kolejny bluff.
– A kto zabije psa? – zapytał.
– Ja jestem Niemcem – powiedział Paul. – Nam nie wolno, nawet psa, bo co by na to powiedział nasz stary Kunz?
– Mam inny pomysł – Kunz uśmiechnął się półgębkiem, a ja wyczułem jakiś podstęp. – Zagramy, Jery, o twojego psa. Co ty na to?
– Chcesz grać o mojego zdychającego psa?
Jęk Baluu stawał się powoli nie do zniesienia.
– O jego śmierć zagramy – powiedział Kunz. – I to, co na stole.
Wyjął z kieszeni małą strzykawkę. Poznałem, to była jednorazówka morfiny. Głupi Kunz uśmiechał się podejrzliwie i kombinował dalej.
– Możemy skrócić cierpienia psa, albo... Albo pomóc człowiekowi. Co ty na to, Jery?
– Nie rozumiem, co tam pieprzysz, Kunz – odparłem stanowczym tonem. – Do rzeczy!
– Wygrasz – zaczął bawić się strzykawką. – Twój pies może umierać szybciej i łagodniej. Przegrasz, Jery, dam morfinę Baluu. Przynajmniej jej syn przejdzie bez bólu inicjację.
– Jesteś kawał skurwysyna!
Zagraliśmy. A co mogłem zrobić? Miałem dwa mocne asy i nieodkryte trzy karty, co dawało jakąś nadzieję. Dla porządku, Kunz sprawdził za dziesięć dolców i wszystko miało się za chwilę rozstrzygnąć. I znowu odchylił się zasłona namiotu i weszła Baluu. Z dzikim wyrazem twarzy, zapłakana stanęła za moimi plecami. Poczułem, że rozumiała, o co toczy się gra. Paul przyglądał się wszystkiemu z lekkim rozbawieniem, napełniał co chwilę kieliszek i wypijał. Nie chciał się wtrącać.
– To co? – powiedział Kunz. – Zaczynamy? Odkrywamy po jednej, dobrze?
– Stawiam moje humbaki – wtrącił się Paul. Wychlał pół butelki, ale wiedział co mówi. – Wygrany jedzie ze mną do Australii filmować humbaki. Stoi?
Przytaknęliśmy jednocześnie. Ja i Kunz. Wyrzuciłem na stół moje dwa asy, a Kunz asa
i dziewiątkę. Baluu przykucnęła tyłem do nas i znowu zaczęła się kiwać. Moją trzecią kartą była trójka. Kunz miał dziewiątkę. Czwartą kartą Kunza też była dziewiątka. Ja odkryłem trzeciego asa.
– Ratuje mnie czwarta dziewiątka – powiedział podniecony Kunz. – A ciebie, Jery, przy karecie dziewiątek nic nie uratuje. Jak widzisz, czwarty as jest u mnie.
– No, który wygra? – Paul zatarł ręce. – Od razu mówię, że wylatujemy z Monachium. Formalności na mojej głowie.
Odwróciłem tę pieprzoną kartę i rzuciłem na stół drugą trójkę. Miałem fula na asach. Kunz, bardzo powoli odgiął róg, spojrzał i syknął nieprzyjemnie.
– Cholerny szczęściarz z ciebie, Jery – powiedział. – Masz chłopaku fart i zabieraj morfinę, jest twoja.
Szybko zgarnął wszystkie karty i przetasował.
– Ta ja idę położyć się w samochodzie – powiedziała przez łzy Baluu. – Muszę się wyspać, bo czeka nas robota.
– Ja też się położę – westchnął Paul. – Już po przedstawieniu, chociaż, było bardzo przyjemnie.
Tak – przytaknąłem. – Musimy się przekimać. Mam mała prośbę, Kunz, zrobisz coś dla mnie? Nic wielkiego.
– Mów, Jery.
– Daj mojemu kundlowi ten zastrzyk, co? Wiesz, ja nie mam wprawy i nie lubię.
Kunz, bez wahania wziął ze stołu strzykawkę i odbezpieczył igłę.
– Nie ma problemu, Jery – powiedział. – W końcu to twoja wygrana. Chętnie ulżę psiakowi.
Gdy Kunz pomagał zdychać mojemu psu, dopiłem resztę wódki. Było tego pół butelki.
*
Wstaliśmy wraz z upałem, tuż po wschodzie słońca. Obudziła nas Baluu. Weszła do rozgrzanego
i dusznego namiotu, podniosła zasłonę i wpuściła do środka falę suchego skwaru. Leżeliśmy zlani potem i zmęczeni wódą, odwodnieni i osłabieni. Po chwili, niczym zgonione hieny, chłeptaliśmy ciepłą wodę zaprawioną odkażającymi tabletkami – dar od Rosjan z Kabulu. Do każdej butelki alkoholu dokładali opakowanie prochów. Wiedzieli, co robią. Baluu zachowywała się zupełnie inaczej niż w nocy. Uśmiechała się i krzątała żwawo wokół namiotu. Siedzieliśmy przy stole, umoczeni potem i każdy z nas myślał o nadchodzącym dniu.
– Zaczyna się piekło – powiedział Paul.
Kunz, co chwilę wycierał twarz w brudny ręcznik i ciężko oddychał, silił się na uśmiech
i widać było jak zmęczenie rysuje ostrą kreską zmarszczki wokół jego ust.
– Baluu! – zawołałem. – Co się dzieje na sawannie?
Murzynka weszła do namiotu i powiedziała:
– Przyszły! Sawanna się poruszyła.
Wiedzieliśmy, co nas czeka. Przecież czekaliśmy na antylopy. Nikt z nas nie miał żadnego pomysłu na pozbieranie się w kupę, na zwinięcie namiotu i resztę tej całej pieprzonej roboty. Upał
i przepicie obezwładniały nas i odbierały siły. Pomogła nam Baluu.
– Przyprowadziłam ludzi do pomocy – powiedziała. – Już sprzątają na zewnątrz. Przyszli moi synowie z żonami..
Wyszliśmy przed namiot i spojrzeliśmy w kierunku Kilimandżaro.
– Baluu? A co z twoim małym? – zapytał Kunz. – Co z Jakaya?
Kobieta zrobiła minę szczęśliwej matki. Nie, to nie była wczorajsza Baluu.
– Za chwilę będzie miał próbę bólu, proszę pana, a pod wieczór obrzezanie. Mój syn jest dzisiaj bardzo dzielny.
Przed nami poruszała się sawanna. Setki tysięcy antylop, głowa w głowę, szło w stronę rzeki.
– Cholerny upał – powiedział Paul.
Z wielkim mozołem zapakowaliśmy wszystko na samochód, klnąc i utyskując na paraliżujący żar. Musieliśmy wyprzedzić o kilka godzin antylopy i rozbić obóz nad rzeką, ustawić sprzęt i czekać. Gnu szły powoli, wyjadając trawę do ziemi, a za nimi małe stada zebr i gazele Thompsona. Po przejściu dwóch milionów kopytnych ziemia zrobiła się czarna i naga, obdarta z zieleni, do następnej pory deszczowej.
Mieliśmy zaklepane z zarządem Serengeti dobre miejsce, tuż nad rzeką w akacjowym gaju pełnym zbawiennego cienia. Obiecaliśmy sobie, że po zainstalowaniu odbijemy butelkę wódki i wypijemy za pomyślność. To było bardzo obiecujące postanowienie.
Baluu, po spakowaniu wszystkich klamotów oddaliła się wraz z synami do swojej wsi. Nie zatrzymywaliśmy kobiety, miała dzisiaj swoje wielkie święto – jej upośledzony syn miał stać się mężczyzną.
Przed nami był niewielki kawałek drogi, może trzydzieści mil, ale w tak rozpalonym piecu, gdzie nie ma żadnych dróg, podróż wydłuża się w nieskończoność. Moi towarzysze ułożyli się z tyłu,
a mi pozostała kierownica – chrapali całą drogę, jak stare prądownice.
Dotarłem na miejsce po prawie dwugodzinnej jeździe, po przepychaniu się pomiędzy zwierzętami, ustępowaniu z drogi, strasząc klaksonem bardziej agresywne grupy. Rzeka, szeroka i wezbrana po deszczach, była metą podróży i ostatecznym celem naszej roboty. Mieliśmy sfotografować przejście antylop przez niebezpieczny nurt. Po dotarciu do akacjowego zagajnika wywlokłem brutalnie towarzyszy z samochodu – dobry sposób na budzenie skacowanych fotoreporterów. Wyglądali jak wszystkie nieszczęścia sawanny wrzucone do wanny wypełnionej ludzkim potem.
– To już? – zapytał Paul. – Tak dobrze się spało.
Do dzisiaj nie wiem, co takiego dobrego było w śnie Paula. W takim upale?
– Ale piekarnik – westchnął Kunz. – Dobrze, że mamy drzewa. Może nie rozbijajmy namiotu? Zrobimy brezentową wiatę i będzie dobrze.
Powoli rozpięliśmy kawał płótna pomiędzy drzewami i ustaliliśmy swoje miejsca. Mój Rolleiflex nadawał się na złom, ale wyposażony w najlepsze teleobiektywy Zeissa jakoś nadążał. Paul i Kunz pracowali kamerami.
– To, co? – zapytałem. – Odbijamy butelkę?
– Jasne – powiedział Paul. – Przecież to ustalone, nie?
– A ja mam wszystko w dupie i modlę się o koniec tej parszywej roboty – stwierdził Kunz.
Otworzyłem konserwę, na zakąskę – do tej wódki.
– Boże! – Kunz usiadł pod wielką akacją. – Jak ja bym chciał być już w Pemba. Panowie! Mały bajzel z wannami w kolorze indygo, a dookoła chodzą białe dziewczyny. Masują plecy, przypalają papierosa, podają szklaneczkę. Chcesz więcej? Kiwasz małym palcem i masz.
– Pieprzysz, Kunz, jak każdy alkoholik – powiedział Paul. – Dlaczego akurat białe, a nie czarne? Co?
Paul był gejem i nigdy tego nie ukrywał, ale, przy tym, miał wielką zaletę. Umiał zachować się nawet w burdelu.
– Dlaczego? – odparł Kunz. – Dlaczego białe? A dlatego, bo czarne mają średnio po dwanaście lat. Dlatego. Pieprzyłeś białą kobietę w środku Afryki? Paul, wchodzisz do małego domu, tuż nad oceanem i widzisz raj. Białe, na oko trzydziestoletnie dziewczyny krzątają się wokół ciebie, a każda uśmiecha się, buja biodrami, kusi dekoltem. Powiem wam coś. Nie ma nic lepszego na tym parszywym świecie niż doświadczona, trzydziestoletnia dziwka.
– Myślałby kto – zaśmiał się Paul. – Myślałby kto, że z ciebie, Kunz, taki ogier.
Zrobiłem kanapki z konserwowanym tuńczykiem i włączyłem się do rozmowy.
– Myślicie, że do wieczora skończymy?
– Może tak, ale widzisz... Upał jak diabli – odparł Kunz.
– Kiepsko z nami – dodał Paul. – Niepotrzebny był ten poker i tyle wypitej wódki.
Jedzenie czegokolwiek w takim skwarze przypomina karmienie kormoranów. Trzeba mocna odchylić głowę i wepchnąć kęs do gardła. Gryzienie nie wchodzi w rachubę, bo wszystko smakuje jak trociny.
– Poker był potrzebny – powiedział Kunz. – Ja mam na odwiedziny w Pemba, Jery ma
z głowy psa, a ty, Paul, kumpli na wyprawę do Australii.
– Tak, popracujecie dla mnie – przytaknął Paul.
Przesiedzieliśmy tak może trzy godziny. Wypita wódka przyjemnie krążyła w żyłach
i wszystko wydawało się łatwe i przyjemne. I nagle jakaś dziwna siła podniosła nas z trawy
i nakazała spojrzeć na drugi brzeg rzeki. Zaczęło się. Ustawiliśmy się na stanowiskach.
– Chłopaki! – zawołał Paul. – Mamy je! Idzie stado!
Po drugiej stronie była kilkumetrowa skarpa, łącząca się bezpośrednio z wodą. Wiedziałem, że antylopy muszą skakać do rzeki z wysoka i dlatego to miał być dobry materiał na fotoreportaż. Pierwsze szeregi zwierząt przystanęły nad urwiskiem i czujnie spoglądały
w nurt. Dołem kotłowała się woda i czające się w niej krokodyle. Antylopy napierane przez dalsze szeregi zaczęły spadać ze skarpy. Na chwilę znikały, po chwili wynurzały się
i z uniesionymi głowami spływały w stronę drugiego brzegu. Przez skarpę przewalał się nieskończenie wielki i żywy tłum gnu. Gady pozwoliły dopłynąć zwierzętom do połowy i gdy już
w wodzie znalazło się setki antylop, krokodyle rzuciły się na żer. Rzeka zabarwiła się na czerwono. Co chwilę rozlegał się plusk, potem wielkie szczęki i kolejna ofiara znikała pod powierzchnią. Krokodyl nie połyka pod wodą, dlatego, co kilka sekund nad lustrem pokazywały się obrzydliwie kłapiące gęby, pełne świeżego mięsa. Po chwili pierwsze gnu dopłynęły do brzegu. Wyszły z wody, otrząsnęły się i poszły dalej.
Minęło kilkadziesiąt minut. Krokodyle zrobiły swoje, a przez rzekę, już spokojnie, przeprawiały się kopytne. Natura pobrała należny jej haracz.
– Mam już wszystko! – zawołał Paul.
Wystrzelałem kilkanaście filmów i potwierdziłem Paulowi takim samym okrzykiem. Kunz też był zadowolony. Teraz pozostało nam pakowanie i powrót do Dar Es Salaam.

Przy samochodzie czekała na nas Baluu. Nie była sama. Siedziała na ziemi otoczona grupą Masajów, wśród których rozpoznaliśmy jej synów. Przy nogach kobiety leżał mały chłopiec.
– Oto mój dzielny Jakaya – powiedziała z dumą Baluu. – Przyszłam wam pokazać mojego wojownika
i podziękować panu Kunzowi. Mój syn jest już mężczyzną.
Rodzina kobiety zaczęła śpiewać, a malec powstał i pokuśtykał do Kunza. Mówił krótko. Nie zrozumieliśmy żadnego słowa, bo przemawiał w języku maa.
– On wam dziękuje – wyjaśniła Baluu.
Zaintrygowało mnie to cholernie, bo za co miał nam dziękować upośledzony syn starej murzynki? Wyczułem kolejny szwindel Kunza. Może nic by się nie działo, może nawet bym o tym szybko zapomniał, ale niespodziewanie z krzaków wylazł prosto na mnie mój pies. Tego było za wiele.
– Kunz – zapytałem. – Co jest grane?
– E tam, Jery – odparł. – Wszyscy zdrowi, nie? Psu nic nie było, a jak wiesz ja mam morfinę na stanie i musze pisać protokół użycia. Co miałem wpisać? Że dałem dziecku przeciw bólowi? Toż to granda kryminalna.
– A co napiszesz?
– Jak to, co? Pies miał tyfus, nie? Zdechł i został zakopany poza terenem Serengeti.
Przez chwilę zastanawiałem się nad tą dziwną sytuacją, a potem zawołałem Baluu.
– Weź sobie tego psiaka – powiedziałem. – Jakaya będzie teraz potrzebował przyjaciela. Jest w końcu tym cholernym wojownikiem.