Wystąpił błąd w tym gadżecie.

wtorek, 16 listopada 2010

Łemko Bury

                                                                       ŁEMKO BURY
  
     Pułkownik, Lowka Bogdanowycz trzymał mowę. Pozostali, mocząc usta w gorącym piwie gapili się na starego wiarusa i dmuchali w manierki. Mróz mieszał się z parą i usypiał siwym szronem na wąsach.
– To będzie, jak ja mówił! Wilki wyjdą z tamtej strony – wskazał lufami dubeltówki na las. – Pilnujta się striłcy! Jak dobiegną do połowy polany macie zabijać i uważajcie, bo wilk, to zawsze wilk. Może atakować!
– Bogdanowycz! – Łemko Bury uniósł się w siodle. – Ja podjadę do nagonki, pozwolicie?
– Goń! Niech idą w las! Koniecznie! Swołocz naganiać na polanę...! My im powiemy... Zdrastwujtie.
   W kotle ustawionym na kamiennym paleńsku gotował się bigos, a miejscowe kobiety królowały przy stołach. Kiełbasy niczym warkocze ukraińskiej narzeczonej wiły się pomiędzy bochenkami chleba. Bury położył lufę sztucera na zadzie kobyły i pogalopował przez sypki śnieg.
– A teraz, pozwólcie towarzysze, pokażę wam swoje medaliery. 
   Bogdanowycz świsnął pod nosem.
– Oto moje wojsko – rzekł miękko.
  Z domu wybiegły dwa wielkie owczarki i usłużnie przysiadły przy nodze Lowki.
– Ten mniejszy, Zula, suka moja jedyna – podrapał psa po karku. – Dwa razy życie moje ratowała. Raz na Odrze, zębami mnie zdzierżyła i do niemieckiego brzegu spłynęła. Drugi raz w Berlinie, przed miną pozór dała – rozłożył długie ręce na boki. – Ot, taka suka maja!
   Myśliwi zasłuchali się w Bogdanowycza i z podziwem oglądali psy. Każdy wilczur miał szeroką obrożę z mocowanymi do czarnej skóry medalami.
– Dżygit – pułkownik poklepał wielkiego owczarka po głowie. – To bestia. Na własne oczy, towarzysze, widziałem jak wyrwał jednemu zdrajcy gardło. Szkolony był na wrogie tanki
i miał iść z granatami, ale ja go zabrałem do siebie. Usynowiłem, bracia, jak swego. Cztery ordery dostał za męstwo!
– Swój pies! – zawołał któryś
– Swój pies – powtórzyli inni i skłonili głowy przed Lowką. – U nas takich nie masz.
– Oj... Nie masz.
   Mlaskali w podziwie i pstrykali palcami. Mróz szczypał policzki i kleił oczy, a piwo grzało pod kożuchami. Kobiety w śmiesznie dużych walonkach tańczyły nad bigosem.
   Od strony lasu przygalopował Łemko Bury. Wyhamował przed Bogdanowyczem, aż koń przysiadł na zadzie.
– Melduję! Nagonka poszła!
– To teraz, moi myśliwce – rzekł pułkownik. – Stroić giwery i na stanowiska!
   Jak na złość sypnęło śniegiem. Spadł drobny, a zimny i bił po twarzach do bólu. Wiatr zamiatał płatki i gęstymi chmurami wirował nad polaną.
– Towarzysze! – zawołał pogodnie Bogdanowycz. – Pamiętajcie. Za każdego wilka całe sto złociszów! Płacą bez wyjątku, za każdą sztukę.
  Myśliwi zatarli ręce, pochuchali w rękawice i rozeszli się w stronę polany na ustalone stanowiska. Każdy wziął w kieszeń flaszkę wódki i garść nabojów. Pożegnani krzyżem na drogę, pogłaskani kobiecą ręką wyszli na przeciw wilkom. Od strony lasu słychać było wystrzały jak werbelki i pohukiwania ludzi. To szła nagonka. Łemko Bury objechał na swojej kobyle linię i stwierdził bezpieczeństwo. Teraz on był łowczym i jemu podlegało wszystko. Mianował go wczoraj przy wódce sam Lowka Bogdanowycz, bohater wojenny i wielka figura w aparacie władzy. Burego otaczał wielki mir. Do dzisiaj był nikim. Jako szeregowy przeszedł swój bojowy szlak i nikt nie powierzał mu takiego zaufania. Szedł zawsze gdzie mu kazano. Roztrącał na boki nieprzyjaciół i strzelał w przód. Zawsze zwrócony twarzą do wroga, modlił się o szczęście. „Niemiec moich pleców nie widział”, tak streszczał swoje wojowanie i to było wszystko, tyle pamiętał. Jedno, co dała mu wojna, to wielkie zamiłowanie do wódki. Idąc na swoje miejsce, zwinął ze stołu dwie solidne butle majonego spirytusu.
   Linia stanowisk ułożona w długi półksiężyc wsparła sie plecami o świerkowy młodniak. Przed myśliwymi bieliła się łąka, płaska jak patelnia. Łemko Bury usadowił sie w wygodnym gnieździe i pociągnął z butli. Alkohol wlewał się ogniem palącym piersi. Dawał ciepło. Nad łąką wirowała zawieja, ograniczając widoczność do kilkunastu metrów. Bury precyzyjnie szykował sztucer do pracy, pociągając co chwilę z butli. Po tym jak jego dwaj bracia poszli na wschodnią stronę gór, wiedzeni słowem magnetycznym i wielkim, pozostał sam. Poszli za hyrem ognistym i ciężkim, które przyszło wraz z końcem wojny. Ktoś przyjechał na koniu
i rzucił w spokojnych Łemków jedno tylko słowo – Bandera. Powyciągali spod strzechy karabiny i wyprawieni na drogę, kawałkiem słoniny odeszli. Ci, co pozostali, wybrali nienawiść innych, poniżenie w oczach przybywających osadników i podejrzliwość nowej władzy.
   Bury ułożył się wygodnie na wiązce słomy i popijając wódkę oczekiwał. Zamieć ograniczała widzenie do połowy polany, a wypity alkohol wchodził w krew i mącił wzrok.
– Bury! – Bogdanowycz sprawdzał stan. – Jesteś?
– Jestem, Bogdanowycz.
– Kulawy!
– Jestem
– Bośko!
– Jezdem
– Fiodor!
– Tak toczno
– Pula!
– Jest
– To trzymajcie się, gnaty jedne! Wołki idut! Pasmatrim, kto gieroj!
Nagonka zaciskała pierścień wokół polany, a palba karabinowa mieszała sie z okrzykami naganiaczy. Jazgot wystrzałów dochodził z każdej strony. Bury był pijany. Walczył
z opadającą na sztucer głową i ogarniającym go snem. Wiedział, że nie może zawieść pułkownika. Gdy ujrzał wybiegające na środek dwie sylwetki wilków, pomyślał, że to podwójne, pijackie zwidy. Oddał strzał.  Wilk wyskoczył w górę, wyrwany uderzeniem pocisku. „Dobrze widzę” – pomyślał – „Został jeden”. Po przeładowaniu zamka oddał następny strzał i na polanie pozostała tylko biel śniegu. Ostatkiem sił wypił kilka łyków wódki i upadł nieprzytomny w słomę.
                                                                             
                                                                            *

   Lowka Bogdanowycz, ubrany w żółte bryczesy, tańczył wokół Burego. Podskakiwał na bosych nogach i co raz uderzał go w twarz. Bury siedział przywiązany do małego zydla, na środku izby, doprowadzony do trzeźwości, natarty śniegiem i polany lodowatą wodą. Kobiety zasłoniły sobą kocioł z bigosem i popłakiwały, chowając twarze w kolorowe zapaski.
– Faszysta! – wrzeszczał Buremu w Twarz. – Faszysta i swołocz!
– Darujcie – seplenił z wypływającą ustami krwią. – Bogdanowycz, darujcie.
– Widzicie go? Chachoł jeden! Izwinitie gadasz? Izwinitie? Bandyto i morderco! Skurwisynu, job twaju mać!
– Darujcie, nic nie wiem... Opił żem się jak świnia. Wszystkom zabył.
– Aleś wódki nie zabył! – Bogdanowycz uderzył Burego w brzuch. – Suko!
   Myśliwi siedzieli przy długim stole i w milczeniu przyglądali się scenie. Pułkownik parował wściekłością.
– Opiłem się, pułkownik Bogdanowycz – zapłakał. – Opiłem jak świnia... Śpik mnie wziął
i odebrał życie... Darujcie, towarzyszu.
   Mówił bardzo cicho. Bogdanowycz przykładał ucho blisko jego ust i co słowo uderzał głową w środek nosa.
– Masz! Faszysto... Suko!
   Bury wiedział, że zrobił coś bardzo złego, ale co? Myślał i nic nie przychodziło mu do głowy. Wraz z utratą przytomności całkowicie zatracił pamięć. Nawet nie myślał by zapytać. Bardziej niż bicia bał się prawdy. Po którymś kopnięciu stracił przytomność.
– Teraz, myśliwce moje – Bogdanowycz dosiadł się do stołu. – Musimy coś postanowić. Radźcie!
– Jak tu radzić? Towarzyszu, on nasz, Łemko, tutejszy – łagodził stary Pulek.
– Izwinitie! – przyłożył rękę do serca Fiodor.
– Pomiłujcie! – skłonił sie Bośko, stary kłusownik.
– A może on faszysta i szpion od Bandery? – zwątpił Kulawy.
   Pułkownik podszedł do kotła i zagarnął łyżką. Przez chwilę chodził, mlaskając gołymi stopami o klepisko.
– Wy tu czegoś nie zrozumieli – zaczął łagodnie. – To morderca i bandyta! Swołocz!!! – krzyknął i kopnął w zakrwawioną twarz Burego. – Ja tu coś wymyślę, robaczki moje! Nie takich ja sprawiał, nie takich jak ten.
– Może wódki dać? – zapytał Kulawy. – Napijmy, może coś wejdzie w łeb?
– Dawaj! Bigosu też podajcie.
  Jedli i przepijali. Każdy myślał o Burym i snuł swoje domysły, co do jego losu. Znali Bogdanowycza i wiedzieli, że jemu nie wolno sprzeciwiać się, bo to jak skazujący wyrok. Pułkownik był wielką „figurą” i trzymał władzę w całej okolicy. Gdy już pojedli i wypili kilka butelek wódki, Bogdanowycz powstał i rozkazał ocucić Burego. Kulawy wylał na nieprzytomnego wiadro wody. Bury wracał do świadomości.
– Widzisz ty mnie?! – zapytał pułkownik, pochylając sie nad Burym. – Widzisz? Dywersancie!
– Widzę, towarzyszu.
– Bracia myśliwce! My zrobimy, jak powiem – usiadł i przepił. – Jak wszystko, co tutaj powiem. Buremu zmienić gacie i koszulę. Dąć mu na nogi sapożki, ale nie takie na śnieg, na drogę. Dać mu takie cerkiewne, cieniutkie i płytkie. Mogłem swołocz wykończyć, ale... – Na to, „ale”, wszyscy przyklasnęli, bo już wiedzieli, że to jedno słowo, ma większą wartość niż życie.
– Mogłem go wykończyć – ciągnął mowę Bogdanowycz. – Ale mam lepszy pomysł – uśmiechnął się i zatarł dłonie. – Podkurować mi go do rana, tak żeby stał na własnych nogach. A potem będzie zabawa. Rzekłem!

                                                                            *

   Obudzili go wczesnym świtem. Kazali ubrać się w bardzo cienki garnitur i buty dali jak
z papieru. Bogdanowycz kazali – mówili na usprawiedliwienie i wciskali do kieszeni kawałki kiełbasy. Bury był obity z każdej strony, do tego stopnia, że w bólu nie rozumiał, co się dzieje.
– Idź na Caryńską – szepnął mu do ucha Fiodor. – Tam bracia twoi ze striłcami siedzą. Idź!
  Przed domem myśliwi stali w szyku. Każdy z nich trzymał strzelbę, wspartą na ramieniu. Gdy wyszedł z piwnicy, zdjęli czapki na powitanie. Bury modlił się o szybką śmierć.
– Bury! – odezwał się pułkownik. – Dywersancie jeden! Swołocz jesteś faszystowska
i zdrajca!
– Bogdanowycz! – odparł Bury. – Ty mnie faszystą nie nazywaj! Ja krew swoją przelewałem! Zabij, jak żem winien, ale nie obrażaj!
– Widzicie? Jaki gieroj!
– Gieroj! – potwierdził Bury. – Katujesz mnie! Krew mi upuszczasz niewinnie! Ludzie patrzą i widzą.
– Gdzie te ludzie? Te tutaj, to ludzie? Ty bladź jesteś, jak oni wszyscy!
– Tyś bladź, Bogdanowycz. Jeść ci tutaj dają!
– Patrzcie! Jaki się znalazł!
– Kończ, Bogdanowycz!
– Kończę! Faszystowski ryju! – Odbezpieczył pistolet i przystawił Buremu do głowy. – Dam ci szansę! Poznaj krasnoarmiejskie serce... Obyś sam zdechł! Pójdziesz sobie, rybeńko w las. Tak. Pójdziesz w las. Dam ci dwie godzinki, job twaju mać, dwie godzinki. Po czasie pójdziemy za tobą. Jak do nocy zdybiemy, to masz w czapę! Rozumiesz? W czapę! Będzie polowanie! Ot!
– Ruska świnia! – Buremu było już wszystko jedno. – Enkawudzista jesteś! Podły człowiek.
    Bogdanowycz zbladł jak śnieg. Myśliwi uciekli do domu i przyglądali się zza firanek. Odważne kobiety stały obok, owinięte kolorowymi chustami.
– Idź już! Bo ubiję!
   Łemko Bury odwrócił się na pięcie i poszedł, w cienkich bucikach, w marynarce narzuconej na gołe ciało.
– Polaczki do mnie! – Bogdanowycz krzyknął w stronę domu. – Ktoś musi pochować moje medaliery! – Przez chwilę myślał, bijąc się szpicrutą po bucie. – A oskórować przed zakopaniem! Zapłacą jak za wilki, po całe sto złociszów!           
                                                              

poniedziałek, 12 lipca 2010

Masaj Jakaya

                                                         

  Koniec pory deszczowej w Serengeti, to początek wielkiego triumfu śmierci. Powoli opada szara zasłona wody, a przez jaśniejące niebo przebijają zabójcze promienie afrykańskiego słońca. Rzeki zamieniają się w małe bajora, wokół których kotłuje się wojna o zwierzęce prawa do wody, jedzenia i terytorium. Antylopy zwołują się w dwumilionowe stado i wędrują za deszczem.
   Nam pozostał poker i dobra rosyjska wóda. Zaopatrzeniem zajął się fotograf z Amsterdamu Dawid Kunz, korespondent kilku fundacji i wolny strzelec. Kunz był Żydem i często przypominał nam o swym pochodzeniu, próbując w ten sposób coś dla siebie ugrać.
   Drugim kompanem do pokera był młody Niemiec Paul, przyrodnik, badacz i doktorant uniwersytetu w Getyndze. Fajny chłopak. Trochę niepokorny, często walczący o swoje racje, a przy tym koleżeński i ładny młodością połączoną z niebywałą inteligencją.
    Byłem wtedy korespondentem tureckiej stacji telewizyjnej i robiłem przyrodnicze reportaże, filmy i diabli wiedzą co jeszcze, a właściwie wszystko, za co można było dostać parę groszy.
   Kunz miał dobre układy w Nairobi i kombinował. Sprzedawał Rosjanom informacje
o zapotrzebowaniu na broń wśród miejscowych plemion, załatwiał wojskowe konserwy, ciuchy, materiały fotograficzne i oczywiście wódkę. To był dobry interes. Zaopatrzenie dostarczał nam stary kumpel wszystkich reporterów Akiba Naduu, kenijski jubiler i handlarz diamentami.
   – Zobaczycie! – powtarzał często Kunz. – Jak tylko skończymy tę pieprzoną robotę pojedziemy do Pemba na białe dziwki. Mam tam zaprzyjaźniony burdelik. Palce lizać, panowie. Biała dziwka w Afryce to rarytas!
   Paul był w przeciwieństwie do Kunza drobnym i anemicznym mężczyzną, ale ciągnął wódę za dwóch i nigdy się nie upijał, Grał dobrze w pokera i płacił karciane długi. Kunz, natomiast, pił niewiele i zawsze wygrywał. Miał szczęście.
   Siedzieliśmy od trzech tygodni na małym wzgórzu, oczekując na antylopy. Przed nami leżała wielka sawanna, płaska jak stół i sięgająca aż do jeziora Wiktorii. Graliśmy w pokera dobieranego z pojedynczym przebiciem do wartości banku. Nie chcieliśmy się ogrywać,
a bardziej grać jak najdłużej. Kunz był dobrze do przodu od Paula. Ja byłem na zero. Na stole uzbierała spora kupka amerykańskich dolarów, a karty lepiły się do palców. Był środek nocy
i gdy kładłem do banku swoje przebicie – miałem trójkę waletów – odchyliła się zasłona namiotu i weszła stara Masajka Baluu.
– Panie Jery – powiedziała. – Pański pies zdycha za namiotem. Krew mu z pyska leci.
   Moja ręka zawisła nad stołem. Powoli położyłem na kupce banknotów swoje przebicie
i powiedziałem:
– Wasze dwa i moje pięć w górę.
   Baluu była naszą służącą. Miała niedołężnego syna i to był dla niej wielki problem.
– Sprawdzam i idę spać – powiedział Paul.
– Sprawdzam i ja – Kunz rzucił na stół piątaka.
   Wygrałem. Moje walety były mocną kartą. Baluu podeszła do stołu, poprawiła dogasającą lampę, pozbierała puste butelki i ułożyła w rogu namiotu.
– Pański pies, panie Jery, co z nim będzie? – położyła rękę na moim ramieniu.
   Murzynka mówiła angielszczyzną pomieszaną z językiem suahili.
– Nic mu nie będzie, Baluu, pewnie się zranił – odparłem i rozlałem do kieliszków wódkę.
– Napijesz się z nami?
– Nie piję. A pies zdechnie do rana, panie Jery.
   Kunz potasował karty i rozdał na dwóch. Paul okręcił się śpiworem i poszedł spać pod moskitierę.
– Baluu – odparłem. – Połóż się w samochodzie. Jutro będzie robota.
   Baluu miała syna i nie w tym problem, bo miała jeszcze pięciu chłopaków. Tamci, wysocy
i szczupli jak świece. Wszyscy już dawno stali się wojownikami, mieli swoje inkajijik, czyli chałupy i długie włosy. Kłopotem i wielkim utrapieniem był najmłodszy Jakaya. Już to mówiłem. On, ten Jakaya, był całkiem serio upośledzony na umyśle i chromał na nogę. To było wielkie nieszczęście. Kaleka w wiosce Masajów, to same kłopoty – tak mówiła Baluu.
– Co z twoim psem? – zapytał Kunz.
– Nic. Zranił się i leży.
   Prosto z ręki Kunza dostałem dwa asy i blotki. Oczywiście, wymieniłem dwie. Niech myśli, że mam trójkę.
– To ja też dwie – powiedział Kunz. – Takie strachy nie na mnie.
   Przeczekałem, a Kunz zagrał za trzy dolce. Dałem bank i podniosłem do dziewięciu, oczekując sprawdzenia. Nie podnosiłem kart, grałem na dwa asy, w ciemno.
– Jak chcesz, to zobaczę twojego psiaka, co? 
   Kunz znał się na chorobach zwierząt i był w tym dobry.
– Czy ja wiem? – odpowiedziałem. – Pies to tylko pies. Poleży i wstanie zdrowy. Może nadział się na mocniejszego?
   Mój towarzysz uśmiechnął się i rzucił na stół dwadzieścia dolarów.
– Twoje dziewięć i moje dziesięć do góry – powiedział. – Rozegramy, a potem zerknę na psa, Jery, szkoda kundla.
   Zrobiło się cicho. Na stole leżało już prawie trzydzieści zielonych, a my udawaliśmy, że nic ciekawego się nie dzieje, że wszystko, Baluu, mój chory pies i śpiący Paul są ważniejsi od pokera. Taki bluff, wiem coś o tym. Upajaliśmy się ciszą, udawaliśmy obojętność, nie patrząc na stół i karty. Graliśmy na czas. Nagle, w tę zastygłą atmosferę wszedł dziwny jęk, inny
i nieznany. Spojrzeliśmy na siebie.
– Pies – powiedziałem.
   Jęk powtórzył się długim przeciągłym zawodzeniem, wzniósł się wysoko i zgasł.
– Nie – zaprzeczył Kunz. – Tak wyje człowiek.
   Przez kilka minut nasłuchiwaliśmy, wyławiając nocne odgłosy sawanny. Na próżno.
– Graj – szepnął Kunz.
   Wtedy po raz drugi uchyliła się zasłona namiotu i weszła Baluu. Podeszła do stołu
i nieoczekiwanie usiadła na krześle Paula. Nigdy tego nie robiła.
– Co się stało, Baluu? – zapytałem.
– Pan Kunz mi pomoże – powiedziała. – Ja wiem o tym. Ale ja nie mogę z panem Kunzem gadać i wiem, dlaczego. Czy wysłucha pan mojej opowieści? Panie Jery?
   Baluu miała na sobie czerwoną szatę i ciężkie, metalowe obręcze na szyi. Miała też duże, masajskie oczy i jeszcze większy smutek wytatuowany na twarzy. Po chwili ciszy położyła dłonie na naszych dolarach i zanuciła pieśń.
– Śpiewa w języku maa – powiedział Kunz. – Nie rozumiem tego, ni w ząb. Baluu, o czym śpiewasz?
– Ja się modlę, proszę pana.
   Kobieta miała dłonie pocięte ciężką pracą. Męskie dłonie
– Idę zobaczyć psa – Kunz schował karty do kieszeni. – Dogramy później.
   Nałożył kapelusz, wziął latarkę i wyszedł. Baluu ze wstrętem wytarła dłonie o czerwoną suknię i pochyliła się w moją stronę.
– Panie Jery, mój Jakaya może jutro umrzeć, a ja chcę żeby żył. Czy to źle? Czy może mi pan pomóc?
– Mogę, Baluu, ale jak?
– Kunz ma lekarstwo. Niech pan uprosi kolegę żeby dał dla Jakaya.
   Baluu oprócz tego, że była matką, była też córką masajskiego wodza. Dzieciństwo spędziła w Dar Es Salaam, gdzie skończyła jakąś szkołę. Nie była głupią murzynką.
– Nam nie wolno leczyć Masajów – powiedziałem. – To nie nasza sprawa. Wiem, o co chodzi, Baluu. Ty chcesz leki, bo twój syn przejdzie jutro obrzezanie. Mamy zakaz ingerowania
w wasze tradycje.
– On tego nie przeżyje.
   Zwiesiła głowę i zaczęła kiwać rytmicznie ciałem, śpiewając swoją modlitwę. Wtedy po raz trzeci odchyliła się zasłona namiotu i wszedł Kunz. Wypił kieliszek wódki i powiedział:
– Tyfus!
   W pierwszej chwili nie zrozumiałem. Baluu odskoczyła od stołu i schowała się za moskitierę.
– Jak tyfus? – zapytałem. – Co ty mówisz?
– Psi tyfus. Tak się to nazywa.
– I co teraz?
– Psa trzeba dobić i to szybko, a potem głęboko zakopać. Męczy się jak cholera. Musimy też utrzymać wszystko w tajemnicy, bo jak się dowiedzą chłopaki z rezerwatu to będzie wielki kłopot. Mogą nas wypieprzyć z Serengeti.
– Mogą, Kunz.
   Spod moskitiery wyszedł przebudzony Paul. Usiadł przy stole.
– Widzę, że nasz Żyd robi zadymę – powiedział. – Co się dzieje? Nie gapcie się na mnie. Mówcie, do kurwy nędzy.
   Kunz przełamał z trzaskiem palce – zawsze tak robił, gdy się wkurzał.
– Uważaj, Paul! Słowo „Żyd” w szwabskim ryju brzmi niebezpiecznie!
   Zanosiło się na kolejną awanturę. Znałem ich obu, jak codzienna rację chleba i wiedziałem, że takie wybuchy kończą się zawsze butelką pojednania. Podobno Kunz uratował życie Paulowi. Nie wiem, tak słyszałem, że niósł nieprzytomnego wiele kilometrów na plecach. Gdzieś nad brzegiem Mekongu, gdy filmowali razem połów pangazjonodona – to jakaś potworna ryba, co jak się wkurzy, to dochodzi do czterystu kilogramów wagi – wpadli w ręce kłusowników. Nie wiem, nieważne. Żaden tym się nie chwalił.
– Wy Żydzi zawsze rzygacie Niemcom w twarz – powiedział Paul. – By stać się waszym wrogiem wystarczy być z Westfalii, albo innego pieprzonego landu. Gudłaje, kurde!
   Wiedziałem, że muszę się wtrącić, bo kłótnia może potrwać do rana, a zanosiło się na mnóstwo roboty.
– Kunz! – zawołałem. – Mieliśmy grać! Prawda? A ty Paul nie przeszkadzaj! Zawiń dupę
w śpiwór i wracaj na materac!
   Baluu wyszła z namiotu i znowu rozległ się ten niesamowity jęk. Paul nie poszedł spać. Zajął się piciem wódy, a my wróciliśmy do gry. Miałem wielką ochotę sprawdzić, ale niewyraźna mina Kunza mówiła sama za siebie. Wygrzebałem ostatniego dwudziestaka
i rzuciłem na stół.
– Twoje dziesięć i moje dziesięć. Co ty na to, Kunz?
– No właśnie. Sam nie wiem, czy warto grać o te pieniądze? Ty Jery jesteś już goły, a moja karta wymaga bardziej dynamicznej licytacji.
  Marszczył czoło i udawał, że intensywnie myśli. Wiedziałem, że to kolejny bluff.
– A kto zabije psa? – zapytał.
– Ja jestem Niemcem – powiedział Paul. – Nam nie wolno, nawet psa, bo co by na to powiedział nasz stary Kunz?
– Mam inny pomysł – Kunz uśmiechnął się półgębkiem, a ja wyczułem jakiś podstęp. – Zagramy, Jery, o twojego psa. Co ty na to?
– Chcesz grać o mojego zdychającego psa?
   Jęk Baluu stawał się powoli nie do zniesienia.
– O jego śmierć zagramy – powiedział Kunz. – I to, co na stole.
   Wyjął z kieszeni małą strzykawkę. Poznałem, to była jednorazówka morfiny. Głupi Kunz uśmiechał się podejrzliwie i kombinował dalej.
– Możemy skrócić cierpienia psa, albo... Albo pomóc człowiekowi. Co ty na to, Jery?
– Nie rozumiem, co tam pieprzysz, Kunz – odparłem stanowczym tonem. – Do rzeczy!
– Wygrasz – zaczął bawić się strzykawką. – Twój pies może umierać szybciej i łagodniej. Przegrasz, Jery, dam morfinę Baluu. Przynajmniej jej syn przejdzie bez bólu inicjację.
– Jesteś kawał skurwysyna!
   Zagraliśmy. A co mogłem zrobić? Miałem dwa mocne asy i nieodkryte trzy karty, co dawało jakąś nadzieję. Dla porządku, Kunz sprawdził za dziesięć dolców i wszystko miało się za chwilę rozstrzygnąć. I znowu odchylił się zasłona namiotu i weszła Baluu. Z dzikim wyrazem twarzy, zapłakana stanęła za moimi plecami. Poczułem, że rozumiała, o co toczy się gra. Paul przyglądał się wszystkiemu z lekkim rozbawieniem, napełniał co chwilę kieliszek
i wypijał. Nie chciał się wtrącać.
– To co? – powiedział Kunz. – Zaczynamy? Odkrywamy po jednej, dobrze?
– Stawiam moje humbaki – wtrącił się Paul. Wychlał pół butelki, ale wiedział co mówi. – Wygrany jedzie ze mną do Australii filmować humbaki. Stoi?
   Przytaknęliśmy jednocześnie. Ja i Kunz. Wyrzuciłem na stół moje dwa asy, a Kunz asa
i dziewiątkę. Baluu przykucnęła tyłem do nas i znowu zaczęła się kiwać. Moją trzecią kartą była trójka. Kunz miał dziewiątkę. Czwartą kartą Kunza też była dziewiątka. Ja odkryłem trzeciego asa.
– Ratuje mnie czwarta dziewiątka – powiedział podniecony Kunz. – A ciebie, Jery, przy karecie dziewiątek nic nie uratuje. Jak widzisz, czwarty as jest u mnie.
– No, który wygra? – Paul zatarł ręce. – Od razu mówię, że wylatujemy z Monachium. Formalności na mojej głowie.
   Odwróciłem tę pieprzoną kartę i rzuciłem na stół drugą trójkę. Miałem fula na asach. Kunz, bardzo powoli odgiął róg, spojrzał i syknął nieprzyjemnie.
– Cholerny szczęściarz z ciebie, Jery – powiedział. – Masz chłopaku fart i zabieraj morfinę, jest twoja.
   Szybko zgarnął wszystkie karty i przetasował.
– Ta ja idę położyć się w samochodzie – powiedziała przez łzy Baluu. – Muszę się wyspać, bo czeka nas robota.
– Ja też się położę – westchnął Paul. – Już po przedstawieniu, chociaż, było bardzo przyjemnie.
Tak – przytaknąłem. – Musimy się przekimać. Mam mała prośbę, Kunz, zrobisz coś dla mnie? Nic wielkiego.
– Mów, Jery.
– Daj mojemu kundlowi ten zastrzyk, co? Wiesz, ja nie mam wprawy i nie lubię.
   Kunz, bez wahania wziął ze stołu strzykawkę i odbezpieczył igłę.
– Nie ma problemu, Jery – powiedział. – W końcu to twoja wygrana. Chętnie ulżę psiakowi.
   Gdy Kunz pomagał zdychać mojemu psu, dopiłem resztę wódki. Było tego pół butelki.

                                                                             *

   Wstaliśmy wraz z upałem, tuż po wschodzie słońca. Obudziła nas Baluu. Weszła do rozgrzanego i dusznego namiotu, podniosła zasłonę i wpuściła do środka falę suchego skwaru. Leżeliśmy zlani potem i zmęczeni wódą, odwodnieni i osłabieni. Po chwili, niczym zgonione hieny, chłeptaliśmy ciepłą wodę zaprawioną odkażającymi tabletkami – dar od Rosjan z Kabulu. Do każdej butelki alkoholu dokładali opakowanie prochów. Wiedzieli, co robią. Baluu zachowywała się zupełnie inaczej niż w nocy. Uśmiechała się i krzątała żwawo wokół namiotu. Siedzieliśmy przy stole, umoczeni potem i każdy z nas myślał o nadchodzącym dniu.
– Zaczyna się piekło – powiedział Paul.
   Kunz, co chwilę wycierał twarz w brudny ręcznik i ciężko oddychał, silił się na uśmiech
i widać było jak zmęczenie rysuje ostrą kreską zmarszczki wokół jego ust.
– Baluu! – zawołałem. – Co się dzieje na sawannie?
   Murzynka weszła do namiotu i powiedziała:
– Przyszły! Sawanna się poruszyła.
   Wiedzieliśmy, co nas czeka. Przecież czekaliśmy na antylopy. Nikt z nas nie miał żadnego pomysłu na pozbieranie się w kupę, na zwinięcie namiotu i resztę tej całej pieprzonej roboty. Upał i przepicie obezwładniały nas i odbierały siły. Pomogła nam Baluu.
– Przyprowadziłam ludzi do pomocy – powiedziała. – Już sprzątają na zewnątrz. Przyszli moi synowie z żonami..
   Wyszliśmy przed namiot i spojrzeliśmy w kierunku Kilimandżaro.
– Baluu? A co z twoim małym? – zapytał Kunz. – Co z Jakaya?
   Kobieta zrobiła minę szczęśliwej matki. Nie, to nie była wczorajsza Baluu.
– Za chwilę będzie miał próbę bólu, proszę pana, a pod wieczór obrzezanie. Mój syn jest dzisiaj bardzo dzielny.
   Przed nami poruszała się sawanna. Setki tysięcy antylop, głowa w głowę, szło w stronę rzeki.
– Cholerny upał – powiedział Paul.
   Z wielkim mozołem zapakowaliśmy wszystko na samochód, klnąc i utyskując na paraliżujący żar. Musieliśmy wyprzedzić o kilka godzin antylopy i rozbić obóz nad rzeką, ustawić sprzęt i czekać. Gnu szły powoli, wyjadając trawę do ziemi, a za nimi małe stada zebr i gazele Thompsona. Po przejściu dwóch milionów kopytnych ziemia zrobiła się czarna
i naga, obdarta z zieleni, do następnej pory deszczowej.
   Mieliśmy zaklepane z zarządem Serengeti dobre miejsce, tuż nad rzeką w akacjowym gaju pełnym zbawiennego cienia. Obiecaliśmy sobie, że po zainstalowaniu odbijemy butelkę wódki i wypijemy za pomyślność. To było bardzo obiecujące postanowienie.
   Baluu, po spakowaniu wszystkich klamotów oddaliła się wraz z synami do swojej wsi. Nie zatrzymywaliśmy kobiety, miała dzisiaj swoje wielkie święto – jej upośledzony syn miał stać się mężczyzną.
   Przed nami był niewielki kawałek drogi, może trzydzieści mil, ale w tak rozpalonym piecu, gdzie nie ma żadnych dróg, podróż wydłuża się w nieskończoność. Moi towarzysze ułożyli się z tyłu, a mi pozostała kierownica – chrapali całą drogę, jak stare prądownice.
   Dotarłem na miejsce po prawie dwugodzinnej jeździe, po przepychaniu się pomiędzy zwierzętami, ustępowaniu z drogi, strasząc klaksonem bardziej agresywne grupy. Rzeka, szeroka i wezbrana po deszczach, była metą podróży i ostatecznym celem naszej roboty. Mieliśmy sfotografować przejście antylop przez niebezpieczny nurt. Po dotarciu do akacjowego zagajnika wywlokłem brutalnie towarzyszy z samochodu – dobry sposób na budzenie skacowanych fotoreporterów. Wyglądali jak wszystkie nieszczęścia sawanny wrzucone do wanny wypełnionej ludzkim potem.
– To już? – zapytał Paul. – Tak dobrze się spało.
   Do dzisiaj nie wiem, co takiego dobrego było w śnie Paula. W takim upale?
– Ale piekarnik – westchnął Kunz. – Dobrze, że mamy drzewa. Może nie rozbijajmy namiotu? Zrobimy brezentową wiatę i będzie dobrze.
   Powoli rozpięliśmy kawał płótna pomiędzy drzewami i ustaliliśmy swoje miejsca. Mój Rolleiflex nadawał się na złom, ale wyposażony w najlepsze teleobiektywy Zeissa jakoś nadążał. Paul i Kunz pracowali kamerami.
– To, co? – zapytałem. – Odbijamy butelkę?
– Jasne – powiedział Paul. – Przecież to ustalone, nie?
– A ja mam wszystko w dupie i modlę się o koniec tej parszywej roboty – stwierdził Kunz.
   Otworzyłem konserwę, na zakąskę – do tej wódki.
– Boże! – Kunz usiadł pod wielką akacją. – Jak ja bym chciał być już w Pemba. Panowie! Mały bajzel z wannami w kolorze indygo, a dookoła chodzą białe dziewczyny. Masują plecy, przypalają papierosa, podają szklaneczkę. Chcesz więcej? Kiwasz małym palcem i masz.
– Pieprzysz, Kunz, jak każdy alkoholik – powiedział Paul. – Dlaczego akurat białe, a nie czarne? Co?
   Paul był gejem i nigdy tego nie ukrywał, ale, przy tym, miał wielką zaletę. Umiał zachować się nawet w burdelu.
– Dlaczego? – odparł Kunz. – Dlaczego białe? A dlatego, bo czarne mają średnio po dwanaście lat. Dlatego. Pieprzyłeś białą kobietę w środku Afryki? Paul, wchodzisz do małego domu, tuż nad oceanem i widzisz raj. Białe, na oko trzydziestoletnie dziewczyny krzątają się wokół ciebie, a każda uśmiecha się, buja biodrami, kusi dekoltem. Powiem wam coś. Nie ma nic lepszego na tym parszywym świecie niż doświadczona, trzydziestoletnia dziwka.
– Myślałby kto – zaśmiał się Paul. – Myślałby kto, że z ciebie, Kunz, taki ogier.
   Zrobiłem kanapki z konserwowanym tuńczykiem i włączyłem się do rozmowy.
– Myślicie, że do wieczora skończymy?
– Może tak, ale widzisz... Upał jak diabli – odparł Kunz.
– Kiepsko z nami – dodał Paul. – Niepotrzebny był ten poker i tyle wypitej wódki.
   Jedzenie czegokolwiek w takim skwarze przypomina karmienie kormoranów. Trzeba mocna odchylić głowę i wepchnąć kęs do gardła. Gryzienie nie wchodzi w rachubę, bo wszystko smakuje jak trociny.
– Poker był potrzebny – powiedział Kunz. – Ja mam na odwiedziny w Pemba, Jery ma
z głowy psa, a ty, Paul, kumpli na wyprawę do Australii.
– Tak, popracujecie dla mnie – przytaknął Paul.
   Przesiedzieliśmy tak może trzy godziny. Wypita wódka przyjemnie krążyła w żyłach
i wszystko wydawało się łatwe i przyjemne. I nagle jakaś dziwna siła podniosła nas z trawy
i nakazała spojrzeć na drugi brzeg rzeki. Zaczęło się. Ustawiliśmy się na stanowiskach.
– Chłopaki! – zawołał Paul. – Mamy je! Idzie stado!
   Po drugiej stronie była kilkumetrowa skarpa, łącząca się bezpośrednio z wodą. Wiedziałem, że antylopy muszą skakać do rzeki z wysoka i dlatego to miał być dobry materiał na fotoreportaż. Pierwsze szeregi zwierząt przystanęły nad urwiskiem i czujnie spoglądały
w nurt. Dołem kotłowała się woda i czające się w niej krokodyle. Antylopy napierane przez dalsze szeregi zaczęły spadać ze skarpy. Na chwilę znikały, po chwili wynurzały się
i z uniesionymi głowami spływały w stronę drugiego brzegu. Przez skarpę przewalał się nieskończenie wielki i żywy tłum gnu. Gady pozwoliły dopłynąć zwierzętom do połowy i gdy już w wodzie znalazło się setki antylop, krokodyle rzuciły się na żer. Rzeka zabarwiła się na czerwono. Co chwilę rozlegał się plusk, potem wielkie szczęki i kolejna ofiara znikała pod powierzchnią. Krokodyl nie połyka pod wodą, dlatego, co kilka sekund nad lustrem pokazywały się obrzydliwie kłapiące gęby, pełne świeżego mięsa. Po chwili pierwsze gnu dopłynęły do brzegu. Wyszły z wody, otrząsnęły się i poszły dalej.
   Minęło kilkadziesiąt minut. Krokodyle zrobiły swoje, a przez rzekę, już spokojnie, przeprawiały się kopytne. Natura pobrała należny jej haracz.
– Mam już wszystko! – zawołał Paul.
   Wystrzelałem kilkanaście filmów i potwierdziłem Paulowi takim samym okrzykiem. Kunz też był zadowolony. Teraz pozostało nam pakowanie i powrót do Dar Es Salaam.

                                                                                  *

   Przy samochodzie czekała na nas Baluu. Nie była sama. Siedziała na ziemi otoczona grupą Masajów, wśród których rozpoznaliśmy jej synów. Przy nogach kobiety leżał mały chłopiec.
– Oto mój dzielny Jakaya – powiedziała z dumą Baluu. – Przyszłam wam pokazać mojego wojownika i podziękować panu Kunzowi. Mój syn jest już mężczyzną.
  Rodzina kobiety zaczęła śpiewać, a malec powstał i pokuśtykał do Kunza. Mówił krótko. Nie zrozumieliśmy żadnego słowa, bo przemawiał w języku maa.
– On wam dziękuje – wyjaśniła Baluu.
   Zaintrygowało mnie to cholernie, bo za co miał nam dziękować upośledzony syn starej murzynki? Wyczułem kolejny szwindel Kunza. Może nic by się nie działo, może nawet bym o tym szybko zapomniał, ale niespodziewanie z krzaków wylazł prosto na mnie mój pies. Tego było za wiele.
– Kunz – zapytałem. – Co jest grane?
– E tam, Jery – odparł. – Wszyscy zdrowi, nie? Psu nic nie było, a jak wiesz ja mam morfinę na stanie i musze pisać protokół użycia. Co miałem wpisać? Że dałem dziecku przeciw bólowi? Toż to granda kryminalna.
– A co napiszesz?
– Jak to, co? Pies miał tyfus, nie? Zdechł i został zakopany poza terenem Serengeti.
   Przez chwilę zastanawiałem się nad tą dziwną sytuacją, a potem zawołałem Baluu.
– Weź sobie tego psiaka – powiedziałem. – Jakaya będzie teraz potrzebował przyjaciela. Jest w końcu tym cholernym wojownikiem.


  
   

  




  

  


poniedziałek, 7 czerwca 2010

Wahadło Newtona



                                                      
   Obraz wisiał nad łóżkiem, pod Matką Boską Ostrobramską. Pomiędzy nimi świeciła swym wiecznym ognikiem czerwona lampka, świadcząca o obecności Ducha Świętego w naszym domu. Malowidło wykonał na zamówienie mojej babki, Józek Tryba, domokrążca, który raz w tygodniu przychodził na nasze podwórze i wykrzykiwał pod oknami zachrypniętym dyszkantem – Ostrzę noże! Ostrzę noże! – Józek był wesołym człowiekiem i podobno potrafił wszystko.
   Babka miała przyjaciółkę, Fenię, zamieszkałą w Meksyku. Spędziły razem cztery lata w obozie koncentracyjnym Gross – Rosen i od niej dostawała regularnie kolorowe widokówki. „Odkrytkę” zaniosła Józkowi, a ten przyjął zamówienie na wykonanie obrazu według wzoru. Jego znany
w okolicy talent artystyczny ograniczał się do malowania widoków z mostkiem i anioła przeprowadzającego dzieci nad przepaścią, – taki obraz wisiał w naszym przedpokoju, więc trochę kręcił no­sem, ale zlecenie przyjął i pobrał zaliczkę.
   Dzień odsłonięcia dzieła wypadł w niedzielę. Zasiedliśmy wszyscy wokół okrągłego stołu,
a babka podała lipową herbatę. Józek przez chwilę mocował się z oporną ścianą, wbijając odpowiedni gwóźdź, po czym zawiesił wielką taflę dykty. Przez chwilę panowała zupełna cisza. Babka stała na środku pokoju i wpatrywała się w malowidło, potakując z zadowoleniem głową.
   Pierwszy wybuchnął śmiechem mój starszy brat. Potem, śmiech przeszedł na innych i pokój wypełnił się nieludzkim rechotem.
– Milczeć zarazy! – krzyknęła babka. – Nie macie pojęcia o sztuce!
   Obraz przedstawiał pokrojone w kawałki arbuzy. Czerwień miąższu dominowała na całej powierzchni i wyglądała jak rozlana krew. Owoce były pokrojone w ćwiartki i ozdobione powycinanymi ząbkami, a czarne pestki rozsypywały się wokół.
– A nie mówiłem? – powiedział Józek. – Nie mówiłem? Ale tak kazali i tak mają.
– Tyś mnie, Tryba, lekko oszukał – stwierdziła babka i uśmiechnęła się do Józka.
– No, jak to?
– Na odkrytce, jeden arbuz ma wykrojone w miąższu litery. Tutaj ich nie ma, kochany Trybo.
– Jakie litery? Jak to, zamazane jakieś... To jak miałem przeczytać?
– No, dobrze – powiedziała babka. – Niech tak zostanie. – Po czym wypłaciła honorarium.
   Byłem najmłodszy w domu, więc miałem przywilej spania z babką. Łóżko przylegało do ściany
z obrazami, a czerwona lampka rzucała lekką poświatę na arbuzy. Przed snem liczyłem czarne pestki. Kawałki owoców straszyły twarzami bajkowych potworów i uśmiechały się do mnie,
a obraz zamieniał się w filmowy ekran. W tym czasie nie znałem smaku tych owoców, ale bardzo wyraźnie czułem ich zapach. Po wielu latach zrozumiałem, że był to słodki oddech mojej babki.

                                                                        * * *

   Nie wiem ile jest metrów wokół krakowskich błoni. Na moje oko, jakieś dwa kilometry z hakiem. Dwa tysiące małych kawałków, takich na długość kroku, albo, żeby było jaśniej, na pół obrotu rowerowego pedału. Julia jedzie zawsze z przodu, na małej damce, przyklejona okrągłym tyłkiem do siodełka, wkręcona w malutkie, plastykowe siedzisko jednym kolistym ruchem bioder. Gdy siada, delikatnie wsuwa je pomiędzy grube uda i zakręca szerokim, lambadowym ruchem. Można powiedzieć, że nabija się na mały trójkąt gestem zamaszystym i korbowodowym – używając technicznej terminologii.
   Jadę za Julią na wielkim męskim góralu, przejętym po jej byłym mężu – Jużcięniekocham, wyremontowanym przez jej kochanka – Rolnika, dla kochanka – Pisarza, według ścisłej instrukcji kochanka – Naukowca. Jak w rodzinie. Każdy z nas ma swoje miejsce i wie, jaka jest mu przypisana danina. Był jeszcze kochanek – Nikt, ale to nie miało znaczenia. Ten szwagier, kuzyn prawie, nasza rodzina, miał dwa metry wzrostu i bardzo chory kręgosłup. Przypadłość ta eliminowała w pozostałych odczucia zazdrości. Kochanek – Nikt, nie mógł, lub zaniemógł, nieważne. On nie sypiał z naszą Julią. Współczuliśmy facetowi od serca i jednocześnie zacieraliśmy ręce. Zawsze to większy kawał tortu do podziału.
   Kochamy Julię bardzo, każdy po swojemu, według najbardziej skrywanych fantazji i wybujałych oczekiwań. Dajemy jej wszyscy siebie, ale każdy zupełnie coś innego, a ona ma dzięki temu pełny zestaw niepowtarzalnych doznań. Rolnik zjawia się raz w miesiącu z pełnymi torbami płodów, wyhodowanych w ciężkim znoju na ziemi ojców i obdarowuje Julię z prostotą kmiecia, przeliczając wszystko na minuty, godziny, noce. Pisarz, jest bardziej wyrafinowany. Jego daniną są uciechy intelektualne w postaci książek, napisanych własną ręką i nieodłącznej butelki whisky. Książek napisał cztery, więc braki pisarskie zastępuje alkoholem i opowieściami z życia śląskiej bohemy.
   Najbardziej tajemniczym szwagrem jest Naukowiec. Mieszka gdzieś na końcu Europy,
w miasteczku wielkich mózgów i uniwersytetów. Czym się zajmuje? Tego nie wiem, ale z różnych rozmów wynika, że siedzi tam sobie i intensywnie myśli. Często podróżuje po Europie, robi jakieś badania, potrzebne do następnego patentu. Ma bardzo serdeczny stosunek do nas wszystkich,
a najbardziej lubi Rolnika.
– Witam pana – mówi znudzonym głosem. – Dzwonię żeby zapytać, a co tam słychać?
– Wszystko jest na swoim miejscu, panie O. – odpowiadam grzecznie. – Właśnie wybieram się do Krakowa.
– Do naszej Julii? Do niej pan...
– Tak – przerywam. – Do kogo bym... No, do kogo?
– Wie pan? Ostatnio dużo myślałem o R. On ma kiepską sytuację, nie? R. często jeździ do Julii z tej wsi. Żal mi go, panie Jery.
– Chce, to jeździ. Mnie on niepotrzebny.
– Jery! Pan zbyt prosto stawia sprawy. Tak nie można.
   Naukowiec myśli o wszystkim z filozofią wynalazcy. Nie ma spraw prostych i logicznych. Wszystko jest trudne i należy podchodzić do tego powoli.
– Długo myślałem – mówi. – Wie pan? Wykombinowałem, że my się złożymy i kupimy R. jakieś auto! Powie pan K?
– Nasz K. nie ma pieniędzy. Jego wydawca nie płaci honorarium.
– No, widzi pan – odpowiada zakłopotany. – To, co pan proponuje. Czy możemy coś pomóc? Człowiekowi ze wsi?
– Możemy. Takie autko można kupić za trzy tysiące, góra. Rozumie pan?
– To, tak, no, to pan pójdzie w Krakowie do mojego brata. Ja tam za chwilę zadzwonię, a pan pójdzie i mój brat da pieniądze. Zadzwonię wieczorem i podam adres. Dobrze?
– Moment! – odpowiadam zaskoczony. – Pan chce sam kupić samochód? Temu R.?
– Może tak, tak właśnie bym chciał. A! Jeszcze jedno. Ile to euro, panie Jery? Chodzi o te trzy tysiące, nie?
– Jakieś tysiąc będzie, tych euro... Co powiemy Julii?
– Jej? A nic nie powiemy, nic. To w końcu nasza sprawa. Rodzinna... he he he!
   Jadę za Julią na męskim góralu, odziedziczonym po Jużcięniekocham i wpatruję się w jej pracujące, jak dwusuw pośladki. Małe siodełko, wbite pomiędzy półkule mięsa, wygląda jak cienki patyk, podtrzymujący głowę cukrowej waty. Wieczorem pójdziemy na basen, a potem będzie cała moja. Wygładzona siodełkiem rowerowym i wykąpana, wypływana.

                                                                     * * *

   Któregoś letniego dnia, babka wysłała mnie do sklepu. Bardzo lubiłem chodzić na zakupy, była to okazja do oglądania ulicy, a nawet zawierania nowych znajomości.
– Pamiętaj, pół funta cukru i patrz uważnie na strzałkę wagi – powiedziała. – Do tego kupisz dwa słodowe piwa i natychmiast do domu. Tak?
– Tak, babko.
   Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Przy takiej okazji nie mogłem się powstrzymać od zerknięcia w kilka interesujących miejsc. Pierwsze było podwórko. Wszedłem na kwadratowy plac
i przewinąłem się trzy razy przez trzepak, potem rzuciłem kilka kamieni w stronę wymalowanej na ścianie swastyki, sprawdziłem czy wejście do nory szczurów nie jest zatkane i wybiegłem na ulicę. Pamiętam, było upalne lato, a środkiem brukowanej jezdni jechały cygańskie wozy. Przed zakładem fryzjerskim siedział młody żołnierz z namydloną twarzą i uśmiechał się do gromadki dzieci, przypatrujących się pracy golibrody. Pan Kowal ostrzył brzytwę o szeroki pas i śpiewał włoskie piosenki. Zbliżyłem się do żołnierza i dotknąłem palcem białej piany, kłębiącej się na jego policzkach.
– To boli? – zapytałem
– Boli jak diabli. A ty gdzie? – odpowiedział. – Idziesz gdzieś, chłopaczku?
– Do sklepu idę, żołnierzu, a co?
– To zmiataj!.
    Sklep był na końcu ulicy. Jeszcze po drodze zerknąłem do pracowni krawieckiej i wulkanizatora. Gdy dotarłem do celu, zobaczyłem cztery wozy konne, kryte kolorowymi plandekami. Stały przy sklepie, a gromada małych, cygańskich dzieci biegała wokół. Cyganiątka wchodziły pod brzuchy zwierząt i krzyczały w nieznanym języku do przechodniów. Starsi Cyganie siedzieli na murku
i jedli czerwone arbuzy, spluwając pestkami przed siebie. Przystanąłem w zupełnym zachwycie
i gapiłem się, łowiąc wszystkie odgłosy jedzenia. Mężczyźni uśmiechali się do mnie.
– Ciawa! – zawołał jeden, chyba najstarszy z nich. – Chcesz kawałek? Nie bój, ciawa, my dobrzy.
– Babka mi zakazała – odpowiedziałem.
– Chodź, ciawa, zjedz harbuza, no, masz – podszedł i przystawił mi kawałek owocu do ust. – No, jedz. Ciawa, jedz.
– Nie chcę!
– Boisz się nas?
– Nie boję, ale arbuza nie będę.
– Harbuzy dobre, jedz.
– Nie!
– A ja ci mówię, jedz! 
   Złapał mnie za włosy i przyłożył czerwony miąższ do ust. Zacisnąłem mocno zęby.
– Żryj smarku, jak dają! 
   Sok spływał po brodzie i ściekał na koszulę. Po chwili Cygan przestał. Nagle odchylił się i uderzył mnie kawałkiem arbuza w twarz.
– Bynka ciawa! – zawołał i uderzył jeszcze raz.
   Inni mężczyźni podeszli i obrzucili mnie kawałkami owoców. Gromadka cygańskich dzieci wypełzła spod wozów i koni. Wtedy zobaczyłem biegnącego ulicą żołnierza. Pędził wielkimi susami i wywijał nad głową wojskowym pasem. Za nim podążał fryzjer, pan Kowal, trzymając
w ręku drewniany taboret.
   Cyganie uciekli w popłochu na wozy i zacięli konie. Tabor odjechał spod sklepu szybkim kłusem.
    Dwa dni po tej przygodzie, gdy nie było nikogo w domu, wyjąłem z kredensu puszkę czarnej farby i zamalowałem obraz z arbuzami.

                                                                         * * *

    R. samochodu nie dostał. Zmarł szybko i nieoczekiwanie, a właściwie spodziewanie, ale nie tak, że już dziś, lub jutro. R. pił duże ilości podłego alkoholu, więc jego odejście było przewidywalne, co do powodu, lecz rozłożone w zagadce czasu, jakim jest wytrzymałość serca i wątroby. Spirytus „Royal”, mający skutecznie przerzedzić rosyjską populację, zebrał żniwo na naszej starej, sądeckiej ziemi. W dniu śmierci R., zadzwonił do mnie Jużcięniekocham.
– Pan będzie dzisiaj u Julii?
– Tak, to mój weekend – odparłem grzecznie.
– Ona już wie, że R. nie żyje, a pan już też, skoro mówię... Bo ja mam prośbę, panie Jery.
– Toś mnie pan! – Aż przysiadłem z wrażenia. – Fajny sposób na przekazywanie wieści o śmierci!
– Bo ja mam inną sprawę i lepiej jak pan tam pojedzie wiedząc, a sprawa nie jest byle jaka.
– Wal pan śmiało – odpowiedziałem nieco już spokojniej.
– Pan musi ją odwieść od przyjazdu na pogrzeb. Bardzo o to proszę. Pewnie ona nie mówiła, ale my w tej wsi mamy dom i jej romans z R. jest tutaj szeroko znany i potępiany.
– Nie wiedziałem, ale rozumiem.
– Niech teraz sobie pan pomyśli. R., kochanek w trumnie, a za nią idzie rzucony mąż i niewierna żona. Dla niej to nic nie znaczy, ale ja tu zostałem i mieszkam z tymi ludźmi. Czy pan pojmuje?
– No, tak – nie wiedziałem, co powiedzieć. – No, dobrze, ja tu coś wymyślę... Swoją drogą, żeś mnie pan zaskoczył.
 
– Kuleczko?
– Nie ma mnie.
– Julia, wyjdź. – Siedzi wciśnięta w róg pokoju, zastawiona wielkim fotelem.
– Nie ma Julii, ona umiera.
– Co się stało?
   Muszę udawać, że nic nie wiem, bo Julia nie ma pojęcia o kontaktach pomiędzy jej mężczyznami, pomiędzy nami.
– Zabiłam R.
– Co ty mówisz?
– To moja wina! On nie wytrzymał tego piekła, jakie wam robię.
– Nie żyje?
– Zapił się na śmierć... Moja wina... Moja.
– Kuleczko.
   Kładę się obok Julii i wciskam w miękkie i ciepłe. Układam głowę na wielkim biuście, a jej łzy kapią mi na szyję.
– Julio, a my? My cię kochamy.
– Pozamiatam... Muszę pozamiatać. Wszystko.
– Wstań, Julia, zrobię ci obiad, chcesz?
– A co mi ugotujesz? Nie jadłam od wczoraj.
– Zrobię ci rosołu, ale musisz wstać i iść do kuchni.
   Wiem, że Julia szybko przechodzi do normalności i wiem, że czekała na mnie. Godzinę przed moim przyjściem, wcisnęła się w kąt pokoju i zalała łzami, może szczerymi, albo żeby ją nieco usprawiedliwić, zalała się łzami w sposób przemyślany i wskazujący na wielką bezradność i nawet bezsilność wobec losu. Swojego losu, nie mam wątpliwości.
– Nie każesz mi nic robić?
– Nie.
   Przechodzimy do kuchni.
– Pobędziesz ze mną? Boję się. Wiesz, to mieszkanie, ściany... R. robił remont, pół roku temu. Malował... Stał na drabinie, a ja na niego krzyczałam.
– Po obiedzie pójdziemy na Kazimierz. Przejdziemy się, odwiedzimy wszystkie antykwariaty. Chcesz?
– I pójdziemy do sklepu z aniołkami?
– Tak.
   Zawsze tam chodzimy i zawsze mam ochotę kupić wielkiego anioła, i powiesić na ścianie, nad łóżkiem Julii.
– A potem wstąpimy do galerii. Kupię ci coś pachnącego.
– Pamiętasz? Chciałeś kupić mi anioła.
– Może w końcu kupimy, ale musi być duży i w kolorowej sukience. Niech ma malutki kapelusz na głowie, co?
– Nie chcę już. Mam inny pomysł.
– Jaki?
– Ostatnio byłam na Kazimierzu, z K. i natknęłam na dziwny obraz. Leżał zakurzony i brudny za jakimś meblem. W tym antykwariacie jest wielki bałagan. Wiesz, ja chcę mieć to malowidło.
– Jakiś wartościowy? Ile kosztuje?
– Nie, nie jest wartościowy. To jakaś mierna kopia, ale chcę, bo to kopia dzieła Fridy Kahlo. Uwielbiam jej malarstwo.
– Wiesz, że nie znam się na sztuce, ale skoro tak mówisz?
– Jery? Wiesz, co to jest wahadło Newtona?
– Pamiętam ze szkoły, owszem.
– Bo widzisz, jak myślę o sobie, jawi mi się to przenoszenie energii. Pierwsza kulka, to ja, Jery. Ostatnia, to zawsze jeden z was. Tym razem padło na R. Wcześniej oberwał mąż. Kto będzie następny? Coś ci pokażę – wybiega do pokoju. Słyszę jak przerzuca książki. Nie bardzo wiem, co chciała mi przekazać, ale czuję coś złego. Coś nadchodzi i tłumi światełko we mnie.
– Zobacz!
   Wraca do kuchni i rzuca na stół kolorowy album.
– Otwórz na piętnastej.
– Dobrze.
   Rozkładam kartki wypełnione zdjęciami dzieł sztuki. Na wskazanej stronie widzę dziwny obraz. Półnaga kobieta w medycznym gorsecie, patrzy w bok zimnym wzrokiem, a jej piersi przeciskają się przez metalowe pasy, zapięte na torsie.
– Dziwny.
– Smutek... Jery... To mój smutek. Dlatego muszę to wszystko pozamiatać. Uporządkować i wyjść
z gorsetu, a najbardziej uwierającą częścią tego kalectwa jesteście wy, moi chłopcy. Rozumiesz?
– Myślałem, że czujesz się dobrze z nami. Kochamy cię Julio.
– Egoiści. Czy któryś z was, chociaż raz zapytał o moje uczucia? Kogo interesuje moje uczucie? Tańczycie wokół mnie jak koguty. Stroszycie piórka, nie bacząc czy mi to się podoba, czy jestem szczęśliwa. Myślisz, że można kochać kilku na raz?
– Żyjemy tak, prawie dwa lata.
– Boże! Czy ty mnie rozumiesz? Wiesz, o czym mówię?
– Chyba tak. – Przeczuwam, że to juz koniec naszych spotkań, naszych wypraw w góry, basenów, rowerów. – Chodźmy na Kazimierz... Chodźmy po obraz.

   Antykwariat okazał się zatęchłą piwnicą, wypełnioną nikomu niepotrzebnymi przedmiotami. Kawałki mebli i zardzewiałe żyrandole leżały porozrzucane w nieładzie, a w rogu, przy gołej ścianie rozwalający się kredens. Na samym środku piwnicy stało piękne biurko, jedyny wartościowy mebel w tym dziwnym składzie. Stary właściciel siedział podpierając się wiklinową laseczką i wołał w stronę drzwi.
– Prosiemy! Prosiemy!
– Można pooglądać? – zapytała Julia.
– Oglądać, ale nie dotykać. Nie dotykać eksponatów – powiedział właściciel, po czym roześmiał się radośnie – Nie dotykać, bo można się pobrudzić!
– Właściwie, to już mam coś upatrzone. Pamięta mnie pan?
– Owszem – odparł starzec. – Pani oglądała tę kopię, prawda? Jest, jest, a jakże. Schowałem dla pani. Nawet odświeżyłem, ale czy warto? Może nie warto.
– A jednak warto – dodałem.
– A idźże pan, idźże. To nawet nie jest kopia, ale pan wie, jak to jest.
– Mnie się podoba – powiedziała Julia. – Umawialiśmy się, tak?
– Umawialiśmy się? Ja, miła pani, dałem słowo. Moje słowo jest więcej warte niż grajcary. – Wstał zza biurka i podszedł do Julii. – Pięćdziesiąt lat handluję, tak, aż tyle lat szwendam się po kraju
 i skupuje od ludzi rupiecie. Wiecie, że każdy grat ma swoja historię? Bo ja nie kupuję byle jak, ja proszę was, kupuję z opowieścią. Przedmiot bez historii nie ma u mnie szans. Nawet ten bohomaz ma tragedię w tle, oj i jeszcze, jaką!
   Właściciel był malutkim starcem, wyglądającym jak człowiek z innej epoki. Ubrany w zabytkową bonżurkę, koloru wiśniowego i połatane, sztruksowe spodnie. Gdy mówił, wymachiwał na boki laską.
– Pani wie, czym jest taka kopia? – zapytał. – Pani wie?
– Kopia, to kopia – odparła Julia.
– Tak? Idźże pani, idźże! – Staruszek stanął na środku piwnicy. – Takie kopie, czyli landszafty, byle jakiej próby, są jak cukierki ślazowe. Bierze pani do gęby miód, a cycka palony cukier. Dlatego wszystko jest ukryte w historii ludzi związanych z dziełem, szanowna pani.
– To, jeżeli ma pan chęć, proszę opowiedzieć – powiedziała Julia. – Chętnie dowiem się, co powieszę w domu.
   Właściciel rozsiadł się w wiklinowym fotelu i wyjął z szuflady biurka długą, szklaną fifkę. Przez chwilę przedmuchiwał ją zawzięcie, a potem włożył między kciuk, a palec wskazujący ustnik fifki
i przyklasnął drugą dłonią. Ze środka szklanej rurki wypadł mały niedopałek i wylądował na środku piwnicy.
– Obraz kupiłem za ćwiartkę wódki – zaczął staruszek i włożył do fifki kawałek papierosa. – Sprzedał mi go dozorca kamienicy, gdzieś w Tarnowie. Czterdzieści lat temu jeździłem w różne zakątki w poszukiwaniu staroci. Sam obraz był w opłakanym stanie i nie rokował, jak to się mówi. Poza tym malowany na dykcie... Idźże, idźże... Ten malunek zachlapany był czarną farbą, ale to była jakaś wodna, więc wiedziałem, że da się umyć.
    Odpalił papierosa i przez chwilę dusił się od kaszlu.
– Nie ważne. Ten dozorca był na tyle rozmowny, że wypiliśmy razem tę wódkę i jeszcze ciut trochę. Przy wódce i ogórkach opowiedział mi dziwną historię. Widzicie państwo. Ten obraz wisiał w mieszkaniu, gdzie mieszkała jakaś starsza kobieta z gromadką dzieci. Podobno, te dzieci, to jakieś z domu dziecka były, czy coś. W każdym razie nie było im bogato.
   Słuchałem i czułem, że serce skacze mi do gardła. W przeczuciu jakiejś strasznej katastrofy, przysiadłem na zakurzonej skrzynce. Miałem wrażenie, że zaczynam się dusić.
– Panu źle? – zapytał. – Może wody, albo coś?
– Dobrze, dobrze – odparłem. – To chwilowe.
– Można dalej? – zapytał. – Więc tak. Któregoś dnia kobieta zmarła i nic w tym dziwnego by nie było, gdyby wszyscy o tym wiedzieli. Powiem wam, że nikt nie wiedział o jej śmierci. Całe dwa tygodnie dzieciska trzymały to w tajemnicy. Mieszkały z trupem, a jeden chłopczyk nawet spał
z nią w jednym łóżku. Ktoś w końcu odkrył tragiczna prawdę i dał kres makabrze. Potem te dzieci rozwieźli gdzieś po świecie i został tylko obrazek. Ot, cała historia.
– Jery – powiedziała Julia. – Ja musze mieć ten obraz.
– Tak, musisz – odparłem. – Trzymaj go w domu i nikomu nie oddaj, rozumiesz? Bardzo cię proszę.
– Boże, jakie to przejmujące. Teraz rozumiem ile jest warta historia, a nie samo dziełko. – Julia była wzruszona.
– Jak mówiłem – powiedział staruszek. – Bez ciekawej historii nie kupuję, bo cóż jest warte puste malowidło? Obraz stoi za kredensem. Jest zapakowany w papier, tak będzie wygodniej.
– Ile pan ceni? – zapytałem.
– Cenię? – powiedział z uśmiechem. – Ja mam dobre oko, szanowny panie i widzę, że coś jest na rzeczy z tym obrazem. Weź se pan darmo, ale za historię daje pan na ćwiartkę. Dobrze?
– Dam nawet na dwie – powiedziałem. – Bylebyś pan już nic nie mówił.

– Kuleczko?
– Dziękuję... Dziękuję za prezent.
– Julia.
– Powiedz, ja słucham.
– Oblewamy obraz, czy nasz ostatni wieczór?
...
– Co oblewamy?
...
– Julia.
...
– Sam się pozamiatam, rozumiesz?
...
– Kuleczko. Powiesz mi coś?
– Co?
– Czy na tym obrazie... Czy tam są wymalowane arbuzy?
– Tak, czerwone arbuzy.
– Kocham cię
– Trudno, muszę pozamiatać w swoim życiu.
– Julio. Tam, na arbuzach miał być jakiś napis. Proszę, nie mów, jaki. Dobrze?
– Wahadło Newtona... Wszystko jest reakcją na coś... Nie powiem, nie.
– Jutro mnie już nie będzie.
– Będziesz. Zostanie ten obraz.
– Wahadło Newtona, Julio.
– Tak, Jery.

   Po kilku dniach dostałem wiadomość. Na ekranie telefonu wyświetlił sie napis: Pozamiatałam K. 
Zostaję z O.
VIVA LA VIDE.