Wystąpił błąd w tym gadżecie.

opowiadania

niedziela, 8 kwietnia 2012

Obyczaje świąteczne w Tarnowie


karczma żydowska


Obyczaje świąteczne w Tarnowie

Święta wielkiej Nocy kojarzą się dzisiaj z kolorowymi i niestety, nie mającymi nic wspólnego z dawnymi obyczajami, pisankami, czyli malowanymi jajami, ostatnio rozstawianymi po wszystkich głównym placach Tarnowa. To, oczywiście, kulinaria zakupione w hipermarketach, wykonane wedle przepisów kuchni francuskich, chińskich i innych, byle nie naszych, polskich i tradycyjnych. A jak wyglądały święta w Tarnowie w XVI - XVIII wieku? Zaczynały się już na koniec ostatniego dnia przedpościa, gdy kończyły się wszelkie zabawy i  biesiady, a zaczynał się wielki post, który był rygorystycznie przestrzegany, bowiem jego złamanie powodowało niechybne dostanie się winowajcy w ręce szatana. O skutkach niedotrzymywania owego postu opowiadano straszną przygodę pewnego mieszczanina, który zapragnął zabawy w dni umartwiania. „Ponieważ wszystkie karczmy w mieście były już zamknięte, poszedł szukać jakiejś otwartej karczmy i niespodziewanie napotkał nieznaną mu karczmę, gdzie przygrywała ochoczo kapela, a urodziwe dziewoje wabiły do tańca. Młodzian uraczył się dobrym miodem i poszedł w tany. Nagle poczuł, że od dziewczyny, którą trzymał w ramionach, bije zapach siarki i smoły. Zrozumiał jakie grozi mu niebezpieczeństwo i począł śpiewać pokutne pieśni. I oto w mgnieniu oka zapadła się gospoda, w której się bawił. Zniknęły też otaczające go postacie. Jedynie karczmarz, który przed zniknięciem zamienił się w diabła, zawołał jeszcze do niego, że miał szczęście, gdyż gdyby doczekał piania koguta, dostałby się we władanie piekielnych mocy.” – Pisał tarnowski historyk Stanisław Wróbel. Środa Popielcowa obfitowała w różne obyczaje, ale jeden z nich był najważniejszy: Młodzi kawalerowie napełniali w tym dniu gliniane naczynia popiołem i z hukiem rozbijali pod nogami panien, albo zawieszali im na plecach kurze nogi, ogony ryb świńskie uszy itp. W dniach postu nikomu nie przyszło do głowy by jadać mięso, a nawet stroniono od masła i sera. Potrawy były okraszane olejem. Drugą, po wspomnianej wyżej zabawą, było rytualne topienie Marzanny, które odbywało się w trzecią niedzielę postu, chociaż był to obyczaj pogański i miał symbolizować zakończenie zimy. W kościołach odbywało się wtedy święcenie palm, najczęściej w postaci gałązek wierzbiny, które były po ceremonii zabierane do domu i wtykane za obrazy, jako niewątpliwa ochrona przed wszelkimi nieszczęściami, a szczególnie przed pożarami, chorobami i gromami. Wiara w wielką moc święconych palm była tak wielka, że zjadano bazie w przypadkach ostrej choroby gardła, bólu głowy i innych nagłych przypadłości. W wielki czwartek, piątek i sobotę milkły dzwony kościelne, a w ich miejsce na ulicach pojawiali się młodzi chłopcy z kołatkami, którymi robili wielki hałas, ale byli witani przez mieszczan z radością i przyzwoleniem. W Wielka sobotę odbywała się ogólna zabawa zwana pogrzebem żuru, co miało symbolizować koniec uciążliwego postu, a w niedzielę, czyli Wielkanoc, wszyscy domownicy zasiadali do malowania, poświęconych w sobotę, pisanek. „Podobnie jak na Boże Narodzenie chłopcy szli z kolędą, tak na Wielkanoc chodzili z kurkiem zrobionym z drewna, lub gaikiem, czyli wierzchołkiem sosny, lub świerka. W drugi dzień świąt odbywał się dyngus, czyli powszechne oblewanie się wodą i nie raz było to takie oblewanie, że i dobra ulewa tak nie zmoczyła.”. W kwietniu na świętego Wojciecha i Jerzego odbywał się kolejny pogański obyczaj, który polegał na przeganianiu bydła przez rzekomo magiczne przedmioty, podkowy, złamaną kosę i kreślono zwierzętom na czole znak krzyża, co miało uchronić owo bydło od chorób i nieszczęść, a następnie następował pierwszy w roku wygon na paszę. Dwa dni później, na świętego Marka, sprawdzano, czy święty na pewno wrzucił do wody ogarek i czy można się już kąpać. A co jedzono po domach chłopskich, mieszczańskich i szlacheckich w święta? Kuchnia, nazwijmy ją umownie galicyjską, nie była zbyt wykwintna i nie posiadała swojej tradycji. O jakości podawanych potraw w Galicji pisał w swoich wspomnieniach Honoriusz de Balzak, wielki pisarz francuski, który przejeżdżał tędy, udając się do ukochanej Eweliny. Otóż z wielką troską odradzał spożywanie czegokolwiek w karczmach i zalecał swoim ziomkom zabieranie na drogę przez Galicję własnego jedzenia, bowiem, jego zdaniem, na stół w przydrożnych karczmach podają śmierdzące mięso, a potrawy są tak nieświeże, że jedzenie ich może zagrażać zdrowiu, a nawet życiu podróżnego. Tak więc pozostały napitki, które królowały na wszelakich spotkaniach, a zwłaszcza świątecznych kolacjach. „Pito więc w samym Tarnowie i okolicznych wioskach i miasteczkach. Mieszkańcy Tarnowa pili w domach, w czasie chrztu dziecka, i wesela, pili dla rozgrzania się i dla ugoszczenia sąsiada, pili wreszcie i dlatego, że wielu z nich już było uzależnionych od alkoholu. Pijaństwo zarówno mieszczan, przedmieszczan jak i chłopów nasiliło się od końca XVI wieku, kiedy to Żydzi nie tylko przejmowali karczmy wiejskie, ale w samym Tarnowie prawie każdy Żyd prowadził pokątny szynk, który ze względu na taniość alkoholu i możność zakupienia go nawet w niedzielę, zawsze znajdowali klientów.”. Pijaństwo królowało niemal wszędzie i poza protestami kościoła, znajdywało ogólne przyzwolenie. Dochodziło do częstych awantur i burd, a bijatyki były chlebem codziennym. Pijani mieszczanie walczyli pomiędzy sobą szablami, a najbardziej zacięte bójki staczali z własnymi parobkami i czeladnymi. Piły, na równi z mężczyznami, także kobiety, które nic nie robiły sobie z przykazań o wstrzemięźliwości i stawały chwiejąc się na boki nawet przed sądami, nie mówiąc o mszach niedzielnych. W domach tarnowskich mieszczan, tych bardziej poczciwych i stroniących od zakrapianych zabaw, zasiadano do stołu wspólnie z czeladzią, a po posiłku toczono aż do wieczora umoralniające i patriotyczne rozmowy. Tutaj również królowały biesiadne obyczaje i przesądy. Uważano, by do stołu nie zasiadano w równej liczbie !3, bo to wróżyło wielkie nieszczęścia i rychłą śmierć jednego z uczestników. Nieszczęście zapowiadała również rozsypana sól i skrzyżowane sztućce. Wszystkie święta roku obrzędowego były odprawiane bardziej na pokaz, niż dla rodziny. Każdy mieszczanin pokazywał swój dostatek sąsiadom, by wykazać się gospodarnością, bogactwem stroju i wystawnością posiłków. Wśród bogatych mieszczan na stołach królowało piwo, zaprawiana do smaku wódka i popularne w owych czasach Węgrzyny. Powoli Zycie towarzyskie przenosiło się do szynków, gdzie już w XVIII wieku zagościły gry hazardowe, które chociaż były potępiane, dawały uczestnikom wiele radości i smutku. Do zabawy przygrywały żydowskie kapele, a sprowadzone z Niemiec karty królowały na stołach.
(za Stanisław Wróbel – Opowieści o dawnym Tarnowie)

niedziela, 9 października 2011

Zdrada

                                                             ZDRADA

                                                               Sacrum


       Powoli i ostrożnie wysiadam z wagonu. Wyjście bardzo wysoko, a peron żaden, więc wpadam prosto
w gorące żyto. Upał ciężki i ołowiany, jak brzemię, zniża mnie do ziemi i poniewiera, spowalniając ruchy do groteskowego płynięcia. Płynę przez wilgoć klejącego i swędzącego potu. Żar z nieba wypieścił drobiny powietrza, skupiając je w jedną masę, tańczącą nad ledwie dyszącą ziemią. Wszystko w oczekiwaniu na wieczorny chłód. Przede mną piętnaście kilometrów przez trawy, miedzami i zagajnikiem, na wprost do domu. W połowie drogi, jak pamiętam, jest strumień zimny i nasz, wiejski. Przystanę tam sobie i napiję się żywej wody, a może też umoczę rozpaloną głowę, po kark. Potem przejdę przez stary sad jabłeczny, pachnący matką, w stronę plebani. Na pewno stoi tam jeszcze, rozłożysta i syta wsią, gdzie żaden gospodarz nie chowa za siebie, a każdy daje po kilka. Wiem coś o tym, bom z tacą gonił po kościele, jeszcze za ministrantury. Podkradałem drobniaki z wielką radością i wrzucałem potem do skarbony, aż mnie Jaś kościelny zdybał na procederze i wsadził kilka kopniaków. Bardziej chyba za tę skarbonę, niż za sam fakt.
     Przeciskając się przez mosiężny tygiel lata, wracam do domu. Wracam do przystani, z której kilka lat temu wypłynął mój statek i witam się z drogi z każdą trawą, które poznaję jak swoje, choć dawno zapomniane. Przed godziną jeszcze, zanim wypluł mnie pociąg, myślałem, że wracam do obcego mi świata, dawno już zapomnianego. Do zmurszałych marzeń, odsuniętych na odległość myśli. A to wszystko takie moje, takie znajome jak z wczoraj.
    Matka chleba nakroi i na stół wyłoży. Pobłogosławi i masłem okrasi. Potem pod piecem usiądzie i swoje mantry różańcowe zacznie mamrotać. Palce wyłamane przez czas i chorobę przeliczą koraliki, a każdy
z wielką ostrożnością o przynależne mu słowa. Myślę o ojcu. Co też porabia? I nic nie widzę, jest tylko czarny ekran, pusty i zimny. Nie ma na nim najmniejszego ruchu, nie ma światła. Może siedzi w swojej izdebce, uwięziony w samotności człowieka odsuniętego od stołu.
   Już dawno temu matka wyznaczyła mu świat. Odstawiła od wszystkiego, co się nazywa życiem. Nawet drzwi osobne kazała wstawić, tak prosto z pola, by nie przechodził przez jej dom. Jedyna ich wspólnota, to ława w kościele i stary, rodzinny grobowiec, gdzie jeszcze dwa miejsca puste wołają do siebie.
   Przegrodziły ich cienie moich braci bliźniaków, wlokące się za nimi po dziś dzień. Umarli jak stali, tak się mówi o śmierci nagłej, takiej w drodze. Tak się powiedziało, gdy w zabawie przed domem, osunęli się na ziemię, już nieżywi. Mieli równo po cztery lata. Dwa jednakowo chore serca, przestały sączyć światło. Ojciec w tym czasie opatrywał zranionego gołębia.
   Dzieci przeleżały obok studni do wieczora.
   Po pogrzebie matka urządziła rzeź gołębnika. Wszystkie ojcowe pawiki i mewki legły z ukręconymi łebkami na gnojowisku, jak na ofiarnym ołtarzu.
    Woda nie jest miłym doznaniem, wspomnienia zabijają jej życiodajną moc, jednak klękam jak przed czymś świętym i piję. Strumień cieniutki jak wstążka, żywy i energiczny w swoim biegu. Zapełniam się cały wodą
i wkładam głowę w zimny nurt. Kiedyś widziałem taki strumień w kolorze czerwonym. Gęsty od barwy
i śmierci.   
    Muzyka starego sadu obija się o jabłka jak o złote triangle i wyzwala mistyczne obrazy. Wszystko jest zatrzymane w miejscu, a melodia nie wypływa poza granicę drzew. Płynę przez sad jak przez gęstą i miłą
w dotyku, poranną mgłę. Sucha trawa i woń owoców przypominają stary strych, gdzie w sianie leżą poukładane jabłka. Roje pszczół brzęczą jak pędzelki drgające na miedzianych czynelach i wchodzą na wysokie rejestry zapomnienia, twardą symfonią Szostakowicza.
   Przede mną sacrum – moje dzieciństwo, a za mną tylko burza.
    Plebania stoi nienaruszona. Stara, drewniana i obszerna. Pasieka pełna małych domków – figurek. Ule, małe arcydzieła, stoją w trawie wysokiej i wyglądają z daleka, jak zgromadzenie wiernych, albo świętych. Dwanaście figur, dwunastu apostołów, ustawionych twarzą ku kościołowi, a jeden ustawiony bokiem i za drzewem ukryty, stoi tragiczny i wyzuty z pozostałej gromady. To Judasz. Wśród dwunastu patronów plebani on jeden obcy i znienawidzony, a jednak dający najlepszy miód, znany w całej okolicy.
    Nagle rozsuwa się kurtyna gęstych malin, rosnących wzdłuż ogrodzenia i ukazuje się ludzka głowa
w słomkowym kapeluszu. Poznaję starego proboszcza. Stary, dobry ksiądz. Jest pasterzem, lekarzem wszystkiego, co żywe i jednocześnie kroniką parafii. Kochają go tutaj
i szanują jak starszego brata.
- Niech będzie pochwalony.
   Kłaniam się Bogiem i czekam, czy mnie rozpozna.
   Przez chwilę przygląda się swoim krótkim wzrokiem i widzę jak twarz mu jaśnieje i nabiera uśmiechu.
- To ty? Wojtek?
   Podchodzi blisko i obejmuje jak człowieka. Pachnie po dawnemu, stearyną i kadzidłem.
- Tyle lat! Tyle lat - wzdycha. - My cię tu stracili, wymazali na zawsze.
- Wróciłem - odpowiadam pokornie, - ale to tylko cztery lata, proszę księdza, jak mnie nie było.
- To może wejdźmy do środka - zaprasza. - Musimy porozmawiać zanim dojdziesz do swoich.
    Plebania! Tajemnicze to miejsce i otwarte dla nielicznych. Gosposia, co ani mru mru, kościelny jak prawa ręka i czasami ktoś ze wsi, ale tylko do kancelarii. Wchodzimy do sieni gdzie unosi się zapach miodu i książek Proboszcz prosi do siebie, nie do biura, jak petenta parafialnego, tylko jak swojego, jak kolegę czy kogoś szczególnego. Siadamy przy wielkim, okrągłym stole, daleko od siebie, na przeciwległych końcach. Czekam spokojnie na to, co proboszcz chce mi powiedzieć i liczę trójkąty barwnej intarsji na blacie. Stół bez przykrycia, a jednak piękny i antyczny. Pokój to rozmównica chyba jakaś, bo, oprócz stołu i kilku krzeseł, nie ma żadnego mebla.
- Wojtku miły - zagaja ksiądz. - Długo nie było cię z nami. Nie wypytuję gdzie się podziewałeś, to mi na spowiedzi opowiesz, ale muszę cię nieco przygotować na powitanie z rodziną.
    Proboszcz jakoś dziwnie zagaja. Mówi i na ziemię spogląda albo po suficie wzrokiem błądzi. Nie patrzy mi w oczy.
- Niech no ksiądz mówi do mnie po ludzku - proszę bezpośrednio i stanowczo. - Nie lubię kołowania
w miejscu, bez treści.
- Wiem Wojtuś, wiem. - Chowa twarz w dłoniach i milczy, a może się modli.
- Mnie już nic nie zadziwi - dodaję cichutko i czekam, ale tak bez napięcia i prawie obojętnie.
- Taaa...
   Proboszcz powoli zdjął dłonie z twarzy i otrząsnął się z jakichś głębokich i swoich przemyśleń.
- Duży już chłop z ciebie i niejedno widziałeś...Wojtku.
- Do rzeczy – przerywam grzecznie. - Karty na stół, dobrodzieju.
   Chcę być miłym rozmówcą, ale gdzieś moja harda natura odzywa się i pokazuje zęby. Ksiądz nie wie, że odwykłem od rozmów wypolerowanych i słodkich. Tak jest tak, a nie, to nie, jak w Piśmie stoi. Żyję od kilku lat na rozkazach to i takie wstępy są stratą czasu.
- Dobrze już - odpowiada. - Dobrze
- Zamieniam się w słuch.
- Twój ojciec - zaczyna powoli. - Wiesz jak żyje z matką i dlaczego. Zachorował biedaczek z tej zgryzoty
 i ociemniał. Ślepy jest, od dwóch lat.
   Nagle widzę ojca w swojej izdebce, jak przechodzi z kąta w kąt z rękami wysuniętymi przed siebie. Jak maca ścianę w poszukiwaniu drzwi i nie ma tam nikogo. Jest zupełnie sam. Stary i ślepy. W moim widzeniu nie ma matki, nawet gdzieś daleko, za tym widzeniem. Oglądam to, jak ogląda się przypadkowy wypadek na drodze.
- Pójdę już, zatem - mówię i wstaję od stołu. - Chyba muszę.
- Idź przyjacielu i wróć tutaj, jakby coś było nie tak.
- Pochwalony!
- Bądź zdrów!
   I znowu wkraczam w upał, i brodzę w stronę rodzinnego domu. W małym zagajniku przystaję i oddycham głęboko cieniem brzóz. Chyba nie wracam w dobrym czasie, coś mi tak podpowiada, ale muszę dokonać pewnych rozliczeń z rodziną i z samym sobą. To jak rachunek sumienia, przed winą, karą i pojednaniem.
    Po wyjściu z zagajnika, wchodzi się wprost na studnię, poniżej której gnojowisko. Dwa miejsca jak śmierć. Jak pola ofiarne. Dalej już tylko dom mój rodzinny stary, pochylony ku ziemi z obsuwającym się dachem i resztką komina. Przysiadłem przy studni na małej ławce i oglądam pobojowisko rodzinne. W oknach te same firanki, jak za dawnych lat i te same doniczki z kwiatami. Nic się nie zmieniło. Już wiem, że nie wróciłem po radość powrotu, po uśmiech bliskich. W jednym z okien jakieś poruszenie i malutka twarz przylepiona do szyby. Teraz siedzę i czekam, kto pierwszy ruszy w stronę drzwi. Ona robi to samo, wiem
o tym dobrze. Znamy się i często powtarzamy po sobie ruchy i słowa. Wstaję pierwszy, ale nie idę, czekam. Twarz odpadła od szyby i po chwili otworzyły się drzwi, a w nich staje matka. Jakaś mniejsza i bardziej pokurczona, niż ta zatrzymana w mojej pamięci. Stoi lekko pochylona w pozie bardzo bezradnego człowieka. Ręce rozłożyła na boki i czeka. Podchodzę powoli
i widzę, ile zmian zaszło na niej. Ile zmian zaszło w mojej pamięci. Całuję głębokie zmarszczki na ręce i lekko głaskam po ramieniu.
- Szczęść Boże - wypowiadam magiczne zdanie, które drzwi mi otworzy.
- Daj Boże.
   Matka malutkie łezki wypuszcza.
- Wejdź w dom - zaprasza.
    Wchodzimy w ciemną sień. Wszystko takie same, skrzynia na ziarno pod ścianą, wiadro stare wisi na gwoździu, a w kącie kosa oparta. Drabina na strych przedziela sień na pół. Idę za matką, prosto do kuchni i pokoju jednocześnie. To część domu matki. Tutaj mieszka, sąsiadując z ojcem, który po drugiej stronie chałupy jedną izbę zajmuje. Wszędzie unosi się woń mleka i starego tłuszczu.
- Wiedziałam, że dzisiaj zawitasz - mówi matka cichutko patrząc w ziemię, jakby oczy przede mną ukryć chciała.
- Długo do was jechałem.
 Siadam za szorstkim stołem.
- Cztery całe lata jak uciekłem - wypowiadam słowa i szukam tej mojej, starej matki. Przyglądam się i nie znajduję.
- Kurę ugotowałam, rosołu ci narobię. Zjemy, boś z drogi.
- Ojciec u siebie? - pytam. - Ksiądz mi wszystko powiedział.
- U siebie, a gdzie indziej? - odpowiada i za piec się chowa. – Od rana czeka na ciebie. Wyszedł samym świtem przed dom i sąsiada wołał. Potem golić się kazał i krawat wiązać. Wiedział, że dzisiaj wrócisz. Taki się zrobił jak ociemniał, że wszystko przewidzi.
     Dlaczego nic mnie nie zaskakuje i nic nie wzrusza? Patrzę na ściany kuchni i jestem coraz dalej od tego miejsca. Przeraża mnie myśl, że będę musiał tego dotykać i spać obok. Czuję się bezbronny i obcy w rodzinnym domu. Czy zjem rosół, który poda mi matka? Nie wiem. Już sama myśl o tym ściska mi gardło.
- Pójdę do ojca - wstaję od stołu. - Gorąco od pieca.
- Idź, on czeka - mówi matka nie odwracając się w moją stronę. - Dzisiaj zjemy wszyscy razem - dodaje ze wstydem.
       Wydostaję się z ciemnej sieni na podwórze, okrążam dom i staję przed drzwiami do samotni, w której ojciec siedzi ponad dwadzieścia lat. Słyszę odgłos przesuwanego krzesła. Coś spadło na drewnianą podłogę. Naciskam klamkę i popycham drzwi. Ojciec siedzi na środku izby, twarzą do mnie i uśmiecha się.
- Witaj tato - pozdrawiam od progu.
- Szczęść Boże.
   Widzę jego martwe oczy i zaciśniętą kreskę bezzębnych ust. Na małym stole kawałki papierosów, równo pocięte na połówki. Pod ścianą kanapa i stara, tłusta od brudu pierzyna. Całość przesiąknięta smrodem moczu i nikotyny. Podchodzę do ojca i kładę mu rękę na głowie.
- Jak z tobą? - pytam i nie czekam na żadną odpowiedź.
- Nic nowego – odpowiada.
   Robi się coraz mniejszy, kurczy się i wciska całym ciałem w krzesło.
- Przyjechałem, tato.
   Staję za nim, trzymając jego głowę w dłoniach.
- Jak sobie radzisz?
- Modlę się o śmierć. - odpowiada cicho.
- Wiem, tato, wiem.
  Niczego i nikogo nie jest mi żal. Brzydzę się tą sytuacją, tym domem i jakże obcymi mi ludźmi. Ogarnia mnie złość i wielka bezsilność. Świadomość tego, że nie jestem w stanie niczego zmienić robi wokół mnie szarpiącą za serce pustkę.
- Matka rosół zrobiła i zaprasza nas do kuchni.
   Nie przestaję głaskać go po głowie.
- Zjemy razem jak ludzie.
- Zjemy – ojciec pokornie przytakuje. – Dwadzieścia lat tam nie wchodziłem.
    I robi się jeszcze bardziej żałosny.
   Powoli pomagam mu wstać i prowadzę pod rękę, do wyjścia. Okrążamy dom i wchodzimy
w matczyne królestwo. Stół zastawiony już czeka, na nim parująca waza z rosołem. Matka cofnięta w róg kuchni, patrzy jak spłoszone zwierzątko. Sadowię ojca po mojej lewicy, by rozdzielić od matki sobą.
- Podziękujmy Panu Bogu - zaczyna modlitwę ojciec. – Za powrót naszego jedynego syna...
- Ojcze nasz - matka przerywa i zaczyna swoje. – Który żeś jest w niebie...
   Po modlitwie, pierwszy nalewam sobie do talerza. Potem matka ojcu nakłada, a na końcu sobie. Pochlipujemy gorący i parujący z cmokaniem, wciągając nitki makaronu. Jemy powoli i z szacunkiem,
a każde z nas czeka na innych, by podnieść łyżkę do ust. Przyzwyczajenie jeszcze z czasów, gdy z jednej miski się jadło i dla sprawiedliwości, wszyscy razem sięgali.
- Ksiądz jeszcze konie trzyma?
- A trzyma - odpowiada matka. - Te same, co dawniej. Dwa stare hucuły.
- Pójdę na wieś popatrzeć.
   Wstaję od stołu i szybko chcę stąd uciec i już nie wrócić.
- Posiedź chwilę - prosi ojciec. - Poopowiadaj. Nie było cię chwilę.
- My tutaj - wtrąca matka. - Martwili się o ciebie, synku.
- Ja, tam gdzie byłem o nic się nie martwiłem – mówię cicho. – Tam was nie było. Nie było tego domu przeklętego i tej wsi zapomnianej.
- To, co tam miałeś? – pyta ojciec. – Co takiego, żeś o nas zapomniał?
- Niczego, co można kochać, tato... Niczego takiego.
   Siedzimy w milczeniu. Matka ręką sięga do fartucha i różańca szuka, a ojciec zapatrzony gdzieś w swoje, niewidome światy.
- Na długo przyjechałeś? – przerywa milczenie ojciec.
- Pójdę do księdza na jazdę konikami się umówić – odpowiadam. – Potem spowiedź jeszcze i już mnie nie będzie. Odchodzę na zawsze.
- A my?
   Matka staje na środku kuchni wystraszona.
- Tak zostaniemy tutaj?
- Nie kocham was – mówię wprost. – Nikogo już nie kocham. Dlatego... Na zawsze.




                                                          CONFESSIO


         Konie zapadają się w poranną mgłę jak w ocean mleka. Brodzimy w gęstej i mokrej chmurze, przyklejeni do wilgotnych siodeł. Biały dywan otacza nas, wypełnia po ciemną kreskę lasu i obkłada watą na wysokość końskich karków. Kiwamy się miarowo ponad miękką taflą, zatopieni w niej po pas. Konie uniosły ponad powierzchnię chmury swoje ciepłe, wilgotne nosy i niosą znaną sobie na pamięć ścieżką. W tej porannej ciszy wszystko wokoło przystanęło w miejscu i czeka na spotkanie świtu z pierwszym promieniem słońca. Płyniemy środkiem ciszy jak przez staw, zostawiając za sobą rozwianą na boki mgłę i tunel drogi.
- Skróć trochę wodze – przerywa ciszę ksiądz. – Utrzymuj kontakt z koniem, bo idą na pamięć.
   Przytakuję przez ramię i już nic nie mówimy, by nie mącić spokoju.
    Najwcześniejszym świtem spotkaliśmy się z proboszczem, przy śniadaniu. Tak wczesnym, że niby jeszcze noc, a jakby wpuścił, do czarnej kawy, kroplę śmietany. Ksiądz postawił na środku stołu drewnianą miskę wypełnioną miodem i na talerzu kilka kromek szarego, żytniego chleba.
- Czym chata – mówił szeptem jak przystało o tak wczesnej porze. – Po wczorajszym winku, takie jedzenie w sam raz.
- W sam raz – odparłem też cicho i przypomniałem sobie wczorajszy wieczór.
   Siedzieliśmy bardzo długo, na starej werandzie i sącząc wytrawne wino, rozmawialiśmy o wszystkim
i niczym. O wsi naszej, dla mnie przeklętej i o mnie, takim jak wróciłem, i o tym, co przywiozłem w sobie,
w sercu.
- Miód od Judasza. Ten najlepszy. Zjemy, to osiodłasz konie, a ja się pozbieram.
- Dobrze, proszę księdza – zgodziłem się i umoczyłem kawałek chleba w złotym miodzie.
        Noc przespałem na werandzie w wielkim, wiklinowym fotelu. Po burzliwych naszych rozmowach, gdy wino zaczęło sklejać księdzu powieki, zawiesiliśmy dyskusję do rana. Ja pozostałem na miejscu, by spowiedzi dziwnej odejściem nie przerywać, a proboszcz wycofał się gdzieś w głąb tajemniczej i ciemnej plebani. Zostałem, jakby przy konfesjonale. Spałem twarzą na ogród, na wprost Judasza jak przed lustrem. Rozmawiałem z tragiczną figurą, przed zaśnięciem, a właściwie pytałem. Pytałem ile miodu słodkiego i pożądanego przez wszystkich, trzeba dać z siebie, by swe imię przeklęte zamazać, ile miodu, by inni zapomnieli o zdradzie.
       Konie miarowo kołyszą się stępem. Rumuńska klacz, na której siedzę, prowadzi. Jej rodowód, przywieziony, gdzieś w piątym pokoleniu wstecz z dalekich bałkańskich Karpat, ma w sobie wielką odwagę
i spokój. Za mną, na małym wałachu, ksiądz, który woli z tyłu, żeby nie martwić się o drogę. Z metrowej skarpy skaczemy w dół, do strumienia, potem kilkanaście metrów pod prąd i wyskok, na przeciwległy brzeg.
- Skaczą jak zające! – woła z radością ksiądz.. – Jak koty!
- Jak koty – potwierdzam i smutek mnie jakiś dopada. – Jak dawniej – dodaję cicho, tak, aby mnie ksiądz nie usłyszał.
       Dawniej z kimś innym skakałem przez leśne przeszkody i przez te skarpy, zwisające nad strumieniem.
Z kimś, kto już dawno odszedł z mojej przestrzeni i zostawił tylko wspomnienia. Dlatego ten smutek, jak rozlewająca się mgła.
    Kołyszemy się prosto do linii lasu. Świt powoli wsiąka w trawę i zamienia się w srebrne krople rosy. Łąka budzi się swoimi narkotycznymi zapachami i wchodzi we mnie jak fala gorącej euforii. Konie postawiły uszy. Wraz ze zbliżającym się lasem, zwiększają czujność.
- To może kłusem.
Odwracam się w siodle.
- Do lasu.
- Kłusem do polanki – potwierdza ksiądz. – Tam odpoczniemy.
      Lekkie ściśnięcie łydkami i konie przechodzą do szybszego chodu. Miarowo, bez popędzania, unosimy się w siodłach. Góra, dół. Góra, dół. Po przekroczeniu linii lasu, zwalniamy do stępu i zrównujemy się w parę. Wałach o pół głowy cofnięty, bo wie, kto prowadzi, zna hierarchię w stadzie.
- Popatrz na to – mówi półszeptem ksiądz i zatacza wzrokiem wokół nas. – Widzisz Boga?
- Widzę – odpowiadam zaskoczony pytaniem. – Ja zawsze widzę Boga.
- Rozumiem, czyli widzisz też złe oblicze? Bo skoro zawsze?
- Trochę to inaczej.
   Przystaję, żeby nadać większą wagę swojej wypowiedzi.
- Bóg nie ma oblicza. To my ludzie dzielimy, zawsze na złe i dobre.
- Jedźmy! – ksiądz rzuca komendę. – Mamy czas!
         Równocześnie ruszamy galopem i pędzimy leśną drogą, pochyleni w półsiadzie nad końskimi karkami. Mamy sobie wiele do powiedzenia, a właściwie to ja mam do powiedzenia wiele słów. Słów owiniętych goryczą i twardych jak wojna. Nie na przejażdżkę umawialiśmy się wczoraj przy winie, tam na werandzie plebani zaczęła się moja spowiedź. I nie zaczęła się od gładkich i wyuczonych na pamięć formułek, nie od pokornego padania na kolana. Rzucaliśmy w siebie słowami ciężkimi jak ołów. Ksiądz wiedział gdzie uderzyć, a ja wiedziałem jak odparować ciosy. Bez obrażania wzajemnego, wciskaliśmy się w ziemię oskarżeniami.
  Morderca! – krzyczał. – Wojny? Wojny chciałeś?
   Siwe włosy wysypywały mu się spod kapelusza, a ja siedziałem przed nim bez słowa i z każdym jego okrzykiem obojętniałem, rosnącą mi w piersiach bryłą lodu. Długo potem, leżąc na werandzie, dokonywałem rachunku sumienia, ale takiego tylko przed sobą, nie przed Bogiem. Boga od dłuższego już czasu nie mieszam do swoich spraw.
      Do domu już nie wróciłem. Nie miałem odwagi zmierzyć się z nieszczęściem ojca
i beznadzieją, w której żyli rodzice. Było mi to już obojętne.
     Dojeżdżamy do ukrytej w lesie polany. Małe „oczko” w gąszczu mieszanego lasu. Na środku stoją paśniki z nałożonym sianem. Puściliśmy konie do siana, a sami siadamy na trawie.
- Poluzowałeś koniom popręgi? – pyta proboszcz.
- Popuściłem.
- Niech sobie chodzą, nie odejdą same.
   Ksiądz grzebie w swoim chlebaku i wyciąga małą butelkę.
- Napijemy się kropelkę. Pamiętasz jeszcze wódkę na miodzie?
- Pamiętam, że robiła ją gosposia, na miodzie od Judasza – odpowiadam i układam się w trawie jak
w bezpiecznej pierzynie z dzieciństwa.
- Widzę, że nie zapomniałeś jak się na koniu siedzi – patrzy na mnie z uznaniem.
- Można powiedzieć, że prawie połowę tych czterech lat, przesiedziałem w siodle.
       Nie wie mój przyjaciel ksiądz, że przeciągnąłem się konno przez połowę Bałkan. Że to właśnie tam stałem się malutkim trybikiem wielkiej wojny. Jeszcze mu tego nie wyznałem, bo jakoś sposobności nie było i wstyd mnie powstrzymywał.
- Wojtuś. – Ksiądz podaje mi butelkę. – Ty mi tu wszystko dzisiaj opowiesz i tak bez niedomówionych prawd.
- Opowiem, a jakże.
- Mówiłeś wczoraj – mówi cicho, – że już do nas nie wrócisz.
- Tak, to prawda
- Skoro tak – Ksiądz odbiera mi butelkę. – To zostaw ty to wszystko za sobą. Zostaw to u mnie,
a odejdziesz lżejszy.
- Zostawię – odpowiadam szczerze. – Nie wiem, czy lżej mi się pójdzie. Tam gdzie chcę odejść, nie wiadomo, co jest ciężarem.
     Robi się cicho wokół nas. Osaczają mnie oskarżycielskie oczy księdza i jednocześnie dziwnie uspokaja jego łagodny uśmiech. Konie upuściły głowy i przytulone do siebie drzemią, strzygąc czujnie na wszystkie strony uszami.
- Mówiłem, że byłem na wojnie – zaczynam powoli.
- Dopij do końca – przerywa mi ksiądz. – Potem opowiadaj.
- Byłem w Jugosławii – zaczynam powoli. – Sprzedałem się. Byłem tam ponad rok, na ich wojnie. Sprzedałem się jak ten Judasz.
     Milczymy. Słowa, które tak ciężko wypowiadam, nie robią na księdzu żadnego wrażenia. Patrzy na mnie miękko i czeka na ciąg dalszy.
- Byłem na tej wojnie i nie wiem, po której, tej dobrej, czy złej stronie. Na pewno po niewłaściwej.
   Mówię to i widzę jak wszystko wokół mnie zapada w ciszę i zlewa się w szarość. Całe otoczenie wchodzi we mnie i zaczyna drgać. Pozostają tylko, łagodne oczy księdza, przed którymi nie mam gdzie uciec.
- Może zacznij od początku.
   Ksiądz siada i rozpina kamizelkę. Widzę kolorową stułę jak do spowiedzi.
- Pokazuję ci stułę, żebyś miał świadomość tajemnicy spowiedzi.
- Nie wiem, czy ja chcę spowiedzi, chyba nie na tym mi zależy.
   Czuję, że świętość naszej rozmowy, ogranicza mnie i krępuje.
- Niech proboszcz to schowa.
     Podnoszę się z trawy i podchodzę do koni. Zaciągam popręgi i podprowadzam w stronę księdza. Proboszcz patrzy zdziwiony i zawiedziony. Jednak podnosi się z ziemi i bierze do ręki wodze swojego wałacha.
- Chcesz jechać dalej? – pyta.
- Tak Pogadamy przez drogę, z siodła.
     Las przebudzony z nocnego czuwania ogarnia nas swoją melodią i pieści zmysły. Poważny jak katedra i wyniosły wieżami drzew układa przed nami tajemnicze głosy. Powoli, noga za nogą rozsuwamy zapachy leśne na boki i przemykamy do przodu. Nagle konie przystają
i wyciągają nosy. Nasłuchują posapując coraz głośniej i przysiadają na zadach.
- Coś idzie – mówię cicho. – Jakiś zwierz
- Tak – przytakuje ksiądz i palcem przyłożonym do ust nakazuje milczenie.
   Kilkadziesiąt metrów przed nami, pojawiają się na drodze ruchome punkty. Przebiegają przez drogę i giną gdzieś w lesie.
- Dziki. Idą na pola.
- Może do strumienia?
- Idą na pola, żerować – odpowiada. – Muszę ogłosić z ambony, żeby ludzie pilnowali ziemniaków.
    Jedziemy przez las. Las jest mój, bo znam tutaj każdą ścieżkę, które niegdyś wydeptywałem. Przez las,
w którym każde drzewo pamięta mnie i przyjmuje teraz do siebie cichym szemraniem gałęzi. Ksiądz, po wódce, uśmiecha się do siebie i jakieś melodie pod nosem nuci. Wiem, że czeka na mnie, na moją dalszą opowieść. Czy mam opowiedzieć o tym, że dałem się skusić pieniędzmi i pojechałem na tę wojnę? Zabrał mnie prosto z ulicy, tak jak stałem, człowiek ledwie poznany i pokazał cały świat. Wtedy po raz pierwszy zdradziłem Boga.                                                                                                                  
- Niełatwe to wszystko.
- Wiem to – ksiądz zwalnia. – Wiem, Wojtuś, ale opowiadaj.
- Było tak – zaczynam. – Plątałem się po Tarnowie, jak włóczęga, a jedyną przystanią była mi tamtejsza „Kromka chleba”.  Bezdomny i brudny, wiecznie zapijaczony i chory. Spałem w jakiś tunelach pod dworcem, gdzie tylko zimno i smród denaturatu. Wtedy poznałem takiego cwaniaka, co to nie wiadomo skąd przybywa i co ze sobą przynosi. Omamił mnie pieniędzmi, bo miał ich pełne kieszenie, a pieniądze dla mnie to było wszystko. Stanął nade mną i pokazał, że ja też mogę żyć jak on. Roztoczył wokoło wizję świata, który mogę sobie kupić.
- Jak szatan przed Chrystusem – przerwał ksiądz
- Tak, to była moja pierwsza pokusa – odpowiadam. – I moja pierwsza zdrada.
- Święty Piotr trzy razy się zapierał – mówi i patrzy mi prosto w oczy.
- Ja się nie zaparłem, nigdy.
  Ksiądz grzebie w chlebaku i drugą buteleczkę wyciąga. Potem kawałek kiełbasy i przełamuje na pół.
- Zjedzmy coś – prosi. – Swojska kiełbasa i tutejsza, od gosposi.
- Potem była długa podróż.
   Ciągnę swoja opowieść i przegryzam czosnkową kiełbasą.
- Przez Francję, do wojennej Jugosławii. Dobrze trafiłem, bo do takiej grupy, co to rozwozi różne meldunki
i przesyłki. Mieliśmy dobre konie i nawet broń, chociaż jej nigdy nie użyłem.
     Zatrzymuję się w swoim opowiadaniu, które zaczyna mi gdzieś uciekać w bezsens swojej historii. Ksiądz nasłuchuje. Czujny i usztywniony, wpatruje się, niby w drogę, pomiędzy uszami konia, a jednak skręcony na siodle w moją stronę. Widzę w porannym świetle jak bardzo się postarzał. Wymięta twarz z kratką zmarszczek, budzi jeszcze większe zaufanie niż kiedyś. Łączy nas coś, co trudno nazwać. Całe dzieciństwo
i późniejsze lata przesiedziałem przy kościele, ministrantując księdzu, jak sługa wierny. Zaszczyt mi to czyniło
i mir pewien we wsi dawało. Dopiero, po dziwnej przygodzie z Asią, która uczyć się gry na organach przychodziła do kościoła, wszystko urwało się i przetargało jak kawałek pięknego płótna. Asia gdzieś wyjechała, a ja zostałem umaczany we wstydzie, po tym jak ją zobaczyłem, gdy nocą chyłkiem z plebani wychodzi. Wytrzymałem kilka tygodni i którąś cichą nocą, wymknąłem się z domu, by teraz dopiero powrócić.
     Powoli snuję swoją opowieść, która mimo mojej niechęci w spowiedź się zamienia i wzmaga ból wspomnień i ból winy. Widzę jak proboszcz w cierpliwym milczeniu, co raz zaciska szczęki i pięści podnosi do góry. Nie ma, na razie, w mojej opowieści krwawych plam wojennych. Jest tylko tułaczka po górach, głód i strach. Jednak jest w tym moje przerażenie, które księdzu się mocno udziela.
- Kto wam tam jedzenie dawał?
- Braliśmy siłą – odpowiadam spokojnie. – Albo kupowaliśmy. To zależy.
     Staram się niczego nie pominąć i opowiadam, wyliczając ilu opornych, pobitych do krwi, zostawiłem za sobą. Stawiam wszystko przed księdzem jak kronikę. Opowiadam o czarnych chmurach wielkich much, po których orientowaliśmy się, gdzie są mogiły zbiorowego szaleństwa, przeważnie przy wsiach i bardzo płytko kopane.
- Zabiłeś kogoś? – Wstrzymuje konia i patrzy uważnie, prosto w moje oczy. – Mów, ja słucham.
- Nie – odpowiadam szczerze. – Widziałem zabitych i zabijanych, ale sam, to ja nigdy, ale gdybym nawet, to tam...
     Nie zdążyłem dokończyć, że tam jakieś zabijanie, to jak zjedzona konserwa i odrzucona na bok, gdy ksiądz powstał w strzemionach i zdzielił mnie szpicrutą, prosto w twarz. Zapiekło przez moment, bo już następne razy spadają na mnie i kłują jak wbijane gwoździe. Po chwili opuszczam ręce i przyjmuję ciosy, bez czucia. Ksiądz objeżdża mnie w koło i bije gdzie popadnie. Słodka krew napływa mi do ust. Po chwili ustaje zmęczony. Mam ochotę oddać i rękę na bacie zaciskam, ale myśl, że starego księdza skrzywdzę, odbiera mi siły. Mam ochotę przejechać batem po człowieku, który uwięził mnie w tej wsi, na całe dzieciństwo, za młodość bez sensu przy kościele straconą i za Asię, moją Asię, która nocą do niego się zakradała.
- Masz żal? – pyta, kiwając się w siodle ze zmęczenia. – Masz? Drabie jeden?
- Żal mam daleko w tyle – odwracam się i ruszam do przodu.
       Jedziemy powoli i bez słów. Ksiądz, kilka metrów za mną, zmaga się z zadyszką i nerwami. Ja, przodem z wystawioną twarzą na lekki wiatr, który moje łzy osusza. Posuwamy się w zupełnym milczeniu i każdy z nas ze sobą się układa po tym, co się stało przed chwilą.
- Co mi jeszcze powiesz? – Ksiądz zrównuje się ze mną. – Czym mnie jeszcze do grzechu sprowadzisz?
- Już nie mam ochoty na spowiedź. Zakończę i wracamy.
- Kończ! – rzuca krótko.
         Zapada długie, męczące milczenie. Jedziemy przez las, a wydaje mi się, że to las przemieszcza się obok mnie, a ja stoję w miejscu. Jakby wchodził we mnie i tężał mi w piersiach cała magią natury, a ramiona drzew chciały zabrać mnie w swoje światy. Poddaję się temu i upajam, czując miękki zawrót głowy. Ksiądz jadący z tyłu jest tylko jałowym dodatkiem i czymś bez znaczenia. Wiem, że muszę dokończyć swoje opowiadanie
i chcę to zrobić rzetelnie by, jak mówił ksiądz, nie zabierać tego ze sobą.
- Zobaczyłem prawdę – mówię niby do księdza, a chcę by cały las to usłyszał. – Zobaczyłem twarz szyderczą i straszną.
     Opowiadam jak trafiłem pod Sarajewo i z okolicznych gór obserwowałem śmierć miasta. Opisuję radosne twarze snajperów, którzy przechwalali się przy jedzeniu swoim żniwem. Jak siedzą przy ognisku i opisują barwnie śmierć, wplatając ją między kęs chleba, a szklankę wódki.
     Była tam kobieta, a właściwie dziewczyna, która z takim samym przerażeniem patrzyła na to. W któryś dzień pokazała mi jak wygląda polowanie. Zaprowadziła mnie na stanowisko snajpera i tam zobaczyłem prawdę. Obserwowałem róg szerokiej ulicy, pustej i zawalonej gruzem. W pewnym momencie, na ulicę wbiegła kobieta. Była ubrana w długi, czarny, płaszcz. Dobiegła do środka skrzyżowania i przystanęła w miejscu. Potem przyklękła na jedno kolano i zamarła w tej pozycji, na kilka minut. Obok mnie, kilku żołnierzy rechotało w ubawieniu tym widokiem. Potem kobieta bardzo powoli, jakby chciała się położyć, opadła na bok i znieruchomiała. Snajperzy gratulowali sobie z uśmiechem na twarzach.
- Co wtedy myślałeś? – pyta wystraszony ksiądz.
- Wtedy poczułem – odpowiadam, – że kolejny raz zdradziłem Boga.
      Postanowiłem uciec. Nie było to proste, ale jednak, do wykonania. Namówiłem Johanę i razem zaplanowaliśmy dezercję. To nic, że to wojsko najemne i za dezercje zabijali bez pytania. Mieliśmy sporo pieniędzy. Ja z różnych źródeł, często kradzionych. Johana, jak się później okazało z prostytucji wśród żołnierzy. Nie miałem jej tego za złe, w końcu to wojna.
- Mów, Wojtek – ksiądz zawiesił na szyi różaniec. – A ja się będę modlił.
- Muszę odsapnąć – czuję wielkie zmęczenie. – Niech ksiądz da łyka wódki.
      Przepłukuję gardło, a żar wlewający się we mnie dodaje energii. Proboszcz przerywa modlitwę i niemal łapczywie wypija spory łyk. Spluwamy jednocześnie pod nogi i uśmiechamy się do siebie.
- Dobrze zrobiłeś.
   Szerokim ruchem odrzuca szpicrutę w krzaki.
- Przepraszam – dodaje cicho i z żalem.
- Chciałem księdzu oddać – odpowiadam. – I też przepraszam. Chciałem wybatożyć za Asię.
- Zgrzeszyłem, a potem długo płakałem. Przeciw tobie zgrzeszyłem, Wojtuś.
- Wybaczam ci – odpowiadam. – Wybaczam, przyjacielu.
      Wszystko nagle się zmienia, las gra już inną melodię, bardziej przyjazną i miłą dla ucha. Nawet konie stykają się łbami i ocierają o siebie. Powoli zmierzam do końca historii.
- Po ucieczce długo błądziliśmy lasami, by dotrzeć do jakiegoś przyjaznego miejsca. Zaplanowaliśmy wspólny powrót do Polski, by razem pozostać w miłości. Długo trwało nasze uciekanie zanim dotarliśmy do Wiednia. Pozostał tylko przelot samolotem i już w kraju. Stało się jednak inaczej. W Johanie wzięła górę jej kurewska natura i zostawiła mnie na lotnisku, na dziesięć minut przed odprawą. Poczułem się wtedy jak ta kobieta w Sarajewie. Bezbronny i umierający. Widziałem jak uchodzi ze mnie ta cała mgła uczucia i nadziei. Straciłem Boga i Johanę. Wtedy kolejny raz zdradziłem. Wiedziałem, że Johana poszukiwana jest listem gończym za udział w jakiejś masakrze. Bez zastanowienia zadzwoniłem na policję i dałem im cynk, że Johana Sajko jest
w Wiedniu.
- Może dobrze zrobiłeś? – zastanawia się ksiądz.
- Kochałem ją i odczułem to jakbym wbił sobie bagnet w serce.
- Ale wróciłeś – woła radośnie proboszcz. – Jesteś z nami.
- Tak. – Kończę spowiedź. – Jeszcze był rok w więzieniu za służbę, po tamtej stronie. Byłem najemnikiem. Kilka dni temu wyszedłem.
- Wojtek – prosi błagalnie. – Zapomnij. Masz to za sobą.
- To wszystko jest jeszcze przede mną. To było, a jednak się dopiero stanie.
- Nie rozumiem, zawsze byłeś taki dziwny.
- Jestem tym, kto zdradził – mówię. –   Nie czekam na wybaczenie.
- Bóg ci wybaczy.
- Już tego nie chcę.
- Ale ja, jako kapłan wybaczam – mówi uroczyście.
      Zeskakuję z konia i staje przed proboszczem, długo patrzymy sobie w oczy i szukamy słów, które mogą nadać jakiś sens rozmowie i ją zakończyć.
- Niech ksiądz wraca sam – mówię stanowczo. – Ja mam tu jeszcze cos do zrobienia. Muszę poszukać swojego miejsca.
- Rozumiem – zgadza się bez protestu. – Przyjdź wieczorem na mszę, po rozgrzeszenie przy konfesjonale.
- Nie przyjdę, już nigdy tam nie przyjdę.
       Odwracam się i wchodzę pomiędzy drzewa. Słyszę, jak po chwili ciszy koniki ruszają i oddalają się
w stronę wsi. Idę i uśmiecham się do wyniosłych drzew.



                                                    PROFANUM


       W mojej wsi jest taki obyczaj, stary i mocno zasiedziały, jak fundamenty dzwonnicy. Obyczaj zły
i surowy, a bezwzględny jak wszystkie żywioły i okrutnie od maleńkości już dzieciom wpajany. Jeśli
w rodzinie ktoś zachoruje, lub starym się stanie i niezdolnym do pracy, to traci prawo do godności i bezpieczeństwa. Za bicie i poniżenie takiego nie idzie się do piekła i kary nie masz nijakiej. Biedni starcy,
w popłochu chowają się po stodołach, gdy dzieci wracają ze szkoły, a twarz swoja, niepotrzebną, pokazują jedynie w kościele. Przemykają bezszelestnie wieczorami, opłotkami, rozglądają się czujnie na boki. Coś sobie przyniosą, coś podadzą. Poużalają nad sobą, uśmiechem z bezzębnych ust poczęstują, a potem na nogach cienkich i kruchych jak fajans, powrócą do komórek swoich i izb dozgonnych, z nadzieją, że kromkę chleba na progu zastaną. Nie mają żalu do bliskich, bo sami tak postępowali w młodości i nikomu opieki nie dawali.
   Wieś jest przecięta przez pół doliną strumienia i wygląda z daleka jak bułka „kajzerka” posypana makiem brudnych okiennic. Na jednym wzgórzu rozsiadły się kościół z dzwonnicą, jak para kochanków, na drugim zaś, wieża strażacka niczym więzienny „kogut”. Wszystko w tej wsi pod obustronnym, czujnym okiem najważniejszych z gromady. Strumyk jak wstążka przerzucona niedbale, wije się pomiędzy dwoma wzgórzami. Ludzie z jednego wzniesienia na drugie, przechodzą z kościoła do sklepu i z powrotem. Czasami pozdrawiają się z daleka, palcami do czoła, jak starzy wojacy, innym razem w milczeniu się prawie ocierają, niczym turlające się z gór kamienie. Na obu wzgórzach nawet psy odmiennie szczekają. Wyrastają te moje wzgórza wiejskie pośrodku puszczy leśnej, jak dwie piersi dziewczęce, celujące w niebo szpiczastymi brodawkami dachów kościoła i wieży strażackiej, do których tajemnic nieliczni dostęp mają. Po lewej lepsi od tych po prawej. Jest tak, lub nie, i nie wie lewica, co czyni prawica.
            Przedzieram się przez gęste krzaki i młodniki kłujące, rozsuwam rękami zasłony zielone, pozszywane srebrnymi nitkami pajęczyn, na których kropelki rosy jak perły nanizane. Przed godziną proboszcza wyprawiłem do powrotu, a sam czołgam się do swoich kryjówek, dawno temu wyszukanych. Mam swoje miejsca, ukryte daleko i głęboko wbite pod skórę puszczy, zasłonięte dzikością miejsca. Przed wielu laty, kiedy moje życie wymierzał rytm kościelnych pór, a dzwonnica głosem do mnie przemawiała nam tylko znanym, poszedłem w puszcze i odnalazłem małą jaskinię, schowaną za taflą wodospadu, ukrytą nawet przed dzikim zwierzem. Wchodzi się do niej przez wodę wskakując i mocno trzeba stać na nogach, by się nie przewrócić. W środku, jak w kamiennej kuli, wszystko okrągłe i wygładzone. Widać, dawniej strumień tędy przepływał. Naznosiłem traw i gałęzi, jakieś szmaty i koce, z których całkiem wygodne siedlisko wymościłem. Nikt mi tu nie przeszkadzał, nikt nie wołał. Stworzyłem sobie swoją świątynię wielką jak wielkie było moje śpiewanie w duszy samotnej. Tutaj odprawiałem swoje msze i modły.
      Twarz boli od razów przez księdza wymierzonych, piecze i krwawi. Całe ciało mam pobite do wewnątrz. W jaskini rozbieram się do naga i pod wodospad wchodzę. Zimny tusz wywołuje ból jeszcze większy, ale obmywa dokładnie i siłą spadającej wody masuje mięśnie. Lodowata, obijająca moje ciało woda, wnosi we mnie rześkość i uwalnia nagromadzone emocje. Stare i zapleśniałe szmaty legowiska zwijam w jeden tłumok i wciskam w róg jaskini. Na kamiennej podłodze rozkładam ubranie i układam się jak na łóżku. Przed zaśnięciem jeszcze raz dokładnie odtwarzam swój powrót, rozmowę z ojcem, spowiedź, moje wyszarpane słowa i wyznania, moje dalsze plany.
     Budzi mnie krzyk, właściwie jęk, długi i przeciągły. Otwieram oczy i słyszę, że głos oplata mnie jak sznurki dzikiego bluszczu. Szum wodospadu przypomina mi gdzie jestem i uświadamia, że krzyk wydobywa się z moich ust. Czuję, jak wspomnienie sennej zmory oddala się i ginie za ścianą spadającej wody. Po omacku, jak mój ślepy ojciec, otwieram chlebak i wyjmuję świecę. Zapalam i rozglądam się uważnie. Jestem sam, zupełnie sam.
     Jest noc, ale księżyc w pełni. Jego poświata służy mi za najlepszą latarnię. Ubrałem się szybko i zmierzam w kierunku wsi. Sen, który odpadł, dogania mnie w drodze i uderza w plecy bolesnym skurczem, dogania
i jak film czarno biały, wyświetla się na moim mentalnym ekranie. Widzę dookoła siebie martwe oczy ojca, które wbrew swojej niemocy, wpatrują się we mnie i chcą coś przekazać. Nie ma twarzy, są tylko smutne źrenice. Mam uczucie jakbym tego nie oglądał, lecz w tych oczach pływał, zatopiony w gęstym przerażeniu. Wiem, że muszę go jeszcze zobaczyć, po raz ostatni.
       Rozmową – spowiedzią z proboszczem, odciąłem się całkowicie od przeszłości i wyczyściłem pamięć
z bolesnych obrazów. Nie ma Asi, nie widzę jej twarzy, zamazała się
i oddaliła gdzieś w leśne plątaniny krzaków. Johana zaś, zgasła jak spadająca kometa
i odleciała daleko za gwiazdy. Nie ma już zdrady. Jestem tylko ja, tu i teraz, na zawsze. Odeszły mnie wojny moje i więzienia. Nie widzę twarzy zabijanych i nie pamiętam twarzy zabitych. Jestem odrzucony od samego siebie na wielkie odległości, bliżej już Boga i jednocześnie jeszcze dalej. Patrzę na niebo podziurawione misternie piaskiem gwiazd i wiem, że to światło gwiaździste jest gdzieś za niebem. Pod plebanią zatrzymuję się i spoglądam na okna jasno rozświetlone i radosne swym życiem w środku, jak w garści Boga ściśnięte. Może ksiądz myśli o mnie? Może komuś opowiada? Co teraz robi mój przyjaciel i spowiednik stary? Figury świętych, oświetlone światłem księżyca, wydają się być żywymi, a jednak Judasza nie widać. Ten schowany w cieniu za drzewem, w pogardzie. Idę
w kierunku domu, by jeszcze ostatni raz ojca zobaczyć i odejść z jego widokiem.                             
Odwracam się nagle i pięści do góry podnoszę! Ja tutaj jeszcze powrócę! Wiem o tym!
      W jabłecznym sadzie kładę się w trawie i wypoczywam, jednocześnie myślę, jak to spotkanie z ojcem poprowadzić. Jak pożegnać na zawsze, by bólu zbolałemu nie zostawiać? Łapię się na tym, że nie o matce myślę i nie do niej przemykam się nocą. Pamiętam, że w tym sadzie z braćmi moimi, świętej pamięci, uganialiśmy się pomiędzy drzewami, pszczołami
i zapachami. „Woju”, wołali ze łzami w oczach, gdym na drzewo wchodził i bujałem się na gałęziach jak wiewiórka. „Woju”, wołali i płakali w strachu. Już wtedy sercem mi szarpało
i ugniatało w piersiach przeczucie jakiejś rozpaczy i śmierci, kołującej nad ich niewinnymi głowami.
    Podchodzę pod dom i woni znanych szukam. W ojcowej izbie świeci światło, takie ciche
i spokojne jak od małej świeczki tylko być może, a w matczynej, ciemno i pusto. Siadam na ławce przy studni. Muszę się jeszcze napatrzeć. Muszę pooddychać.
  „Ojcze mój biedny – modlę się. – Skołowany ciemnością wokół siebie, błąkający się pomiędzy wspomnieniami światła, a nocą. Przychodzę do ciebie jako ten marnotrawny,
a niewitany. Nie podajesz uczty na stół, nie cieszysz się z sąsiadami. Ojcze mój biedny, który martwymi oczami chciałbyś mnie zobaczyć. Powróciłem do ciebie z pól bitewnych moich i ciężko ranny nie proszę o gościnę. Nie wyglądam muzyki i tańców wokół domu. Nawet na grobach dzieci – braci nie byłem, bo mi wstyd dotykać ich ziemi świętej. Proszę o jedno. Nie wybaczaj mi niczego! Amen!”
  Cichutko pod okno się skradam, by matki, czujnego stróża domu nie obudzić i twarz do szyby przyklejam. Może zapukam delikatnie, bo ojciec pewnie słuch ma wyostrzony. Patrzę i widzę pustą izbę. Prostuje mnie ten ciężki smutek samotności, pierzyna leżąca obok łóżka i krzesło przewrócone. Na stole pusto, nawet kawałka papierosa, na środku tylko mała świeczka zapalona. Rozglądam się na boki. Widzę. Widzę człowieka wiszącego na bocznej ścianie szafy. Wisi mój ojciec, palcami stóp celując w ziemię, a pod nim ciemna kałuża moczu. Smutna ta świeczka, która ślepcowi ostatnią drogę ma oświetlić. Siłą wyłamuję okiennice i przez parapet sięgam. Ściskając w palcach płonący knot, gaszę żółty płomyk.
    W podręcznej komorze przy stodole znalazłem, co niezbędne do wykonania mojego planu. Kilka szmat starych i butelkę benzyny. Teraz pod plebanię, coś tam mam do załatwienia.
    Żeby nerwy w sobie zagłuszyć, siadam w sadzie i zjadam kilka jabłek na wpół zgniłych. Lekki zapach fermentacji otrzeźwia mnie i uspokaja. Układam swoją rozpaloną twarz w zimnej trawie, oddycham ziemią. Wszystko we mnie śpiewa starocerkiewnym chórem, nisko
i doniośle.
  Skradam się, prawie na czworaka, powolutku przy żywopłocie i szukam dziury jakiejś, które kiedyś sam robiłem, by wejście mieć do księżowego sadu. Przeciskam się przez ostre gałązki krzaków i wpełzam do środka, jak złodziej. Omijam ule zgromadzone na widoku i do tego właściwego podchodzę. Judasz przy drzewie, obrócony bokiem do plebani, stoi i czeka na mnie. Chwilę odczekuję, by wzrok przyzwyczaić do ciemności. Plebania rozświetlona
i radosna, stoi napęczniała swoimi sprawami, jak wielka dynia. Przytulam swoją twarz do Judasza i obejmuję drewnianą postać. Żegnam się jak z bratem. Powoli odpinam haczyki, które głowę trzymają przy tułowiu i jednocześnie dostęp dają do środka ula. Uważnie, by nie zranić, oddzielam głowę od reszty i dreszcz mną wstrząsa, bo uczucie mam jakbym ściął Judasza i o głowę skrócił. Napycham szmatami korpus, nie dbając, co też z rojem się stanie i polewam benzyną. Odczekuję kilka minut, żeby dobrze nasiąknęły i podpalam. Nakrywam tułów głową, zostawiając małą szparę, by tlenu nieco wpuścić. Upewniam się czy ogień dobrze zaprószony i uciekam.
    Pędzę drogą leśną w kierunku jaskini i z radości krzyczę. Jest mi dobrze. Spaliłem wszystkie moje zdrady, w ofierze dając tego, co był synonimem tej największej. Za mną łuna oczyszczenia i śmierć jak wyzwolenie.
   Wskakuję przez wodospad do jaskini i upadam boleśnie na kamienie. Po raz pierwszy w życiu uginam się pod ciężarem wody. Ściągam mokre ubranie i świeczkę zapalam. Siedzę nagi i obolały, ale szczęśliwy i spełniony prawie do końca. Z chlebaka wyciągam zawiniątko na tę okazję specjalnie przygotowane i rozwijam przed sobą. Zamykam oczy i nie wiem, jakie modlitwy mam odmówić, by to, co chcę zrobić nie było takie zwykłe i szare. Boję się rozmawiać z Bogiem. Siedzę w swojej przystani ostatecznej i ani nie płaczę. Ostatecznej, bo nikt mnie tu nie znajdzie.
   Pod światło świeczki podnoszę strzykawkę i naciągam całą powietrzem, potem igłę nakładam. Zaciskam pięść lewą i powoli wbijam w żyłę cienkie ostrze. Wpuszczam w siebie powietrze z całą siłą, niech płynie. Myślę o czymś, co...!




wtorek, 16 listopada 2010

Łemko Bury

                                                                       ŁEMKO BURY
  
     Pułkownik, Lowka Bogdanowycz trzymał mowę. Pozostali, mocząc usta w gorącym piwie gapili się na starego wiarusa i dmuchali w manierki. Mróz mieszał się z parą i usypiał siwym szronem na wąsach.
– To będzie, jak ja mówił! Wilki wyjdą z tamtej strony – wskazał lufami dubeltówki na las. – Pilnujta się striłcy! Jak dobiegną do połowy polany macie zabijać i uważajcie, bo wilk, to zawsze wilk. Może atakować!
– Bogdanowycz! – Łemko Bury uniósł się w siodle. – Ja podjadę do nagonki, pozwolicie?
– Goń! Niech idą w las! Koniecznie! Swołocz naganiać na polanę...! My im powiemy... Zdrastwujtie.
   W kotle ustawionym na kamiennym paleńsku gotował się bigos, a miejscowe kobiety królowały przy stołach. Kiełbasy niczym warkocze ukraińskiej narzeczonej wiły się pomiędzy bochenkami chleba. Bury położył lufę sztucera na zadzie kobyły i pogalopował przez sypki śnieg.
– A teraz, pozwólcie towarzysze, pokażę wam swoje medaliery. 
   Bogdanowycz świsnął pod nosem.
– Oto moje wojsko – rzekł miękko.
  Z domu wybiegły dwa wielkie owczarki i usłużnie przysiadły przy nodze Lowki.
– Ten mniejszy, Zula, suka moja jedyna – podrapał psa po karku. – Dwa razy życie moje ratowała. Raz na Odrze, zębami mnie zdzierżyła i do niemieckiego brzegu spłynęła. Drugi raz w Berlinie, przed miną pozór dała – rozłożył długie ręce na boki. – Ot, taka suka maja!
   Myśliwi zasłuchali się w Bogdanowycza i z podziwem oglądali psy. Każdy wilczur miał szeroką obrożę z mocowanymi do czarnej skóry medalami.
– Dżygit – pułkownik poklepał wielkiego owczarka po głowie. – To bestia. Na własne oczy, towarzysze, widziałem jak wyrwał jednemu zdrajcy gardło. Szkolony był na wrogie tanki
i miał iść z granatami, ale ja go zabrałem do siebie. Usynowiłem, bracia, jak swego. Cztery ordery dostał za męstwo!
– Swój pies! – zawołał któryś
– Swój pies – powtórzyli inni i skłonili głowy przed Lowką. – U nas takich nie masz.
– Oj... Nie masz.
   Mlaskali w podziwie i pstrykali palcami. Mróz szczypał policzki i kleił oczy, a piwo grzało pod kożuchami. Kobiety w śmiesznie dużych walonkach tańczyły nad bigosem.
   Od strony lasu przygalopował Łemko Bury. Wyhamował przed Bogdanowyczem, aż koń przysiadł na zadzie.
– Melduję! Nagonka poszła!
– To teraz, moi myśliwce – rzekł pułkownik. – Stroić giwery i na stanowiska!
   Jak na złość sypnęło śniegiem. Spadł drobny, a zimny i bił po twarzach do bólu. Wiatr zamiatał płatki i gęstymi chmurami wirował nad polaną.
– Towarzysze! – zawołał pogodnie Bogdanowycz. – Pamiętajcie. Za każdego wilka całe sto złociszów! Płacą bez wyjątku, za każdą sztukę.
  Myśliwi zatarli ręce, pochuchali w rękawice i rozeszli się w stronę polany na ustalone stanowiska. Każdy wziął w kieszeń flaszkę wódki i garść nabojów. Pożegnani krzyżem na drogę, pogłaskani kobiecą ręką wyszli na przeciw wilkom. Od strony lasu słychać było wystrzały jak werbelki i pohukiwania ludzi. To szła nagonka. Łemko Bury objechał na swojej kobyle linię i stwierdził bezpieczeństwo. Teraz on był łowczym i jemu podlegało wszystko. Mianował go wczoraj przy wódce sam Lowka Bogdanowycz, bohater wojenny i wielka figura w aparacie władzy. Burego otaczał wielki mir. Do dzisiaj był nikim. Jako szeregowy przeszedł swój bojowy szlak i nikt nie powierzał mu takiego zaufania. Szedł zawsze gdzie mu kazano. Roztrącał na boki nieprzyjaciół i strzelał w przód. Zawsze zwrócony twarzą do wroga, modlił się o szczęście. „Niemiec moich pleców nie widział”, tak streszczał swoje wojowanie i to było wszystko, tyle pamiętał. Jedno, co dała mu wojna, to wielkie zamiłowanie do wódki. Idąc na swoje miejsce, zwinął ze stołu dwie solidne butle majonego spirytusu.
   Linia stanowisk ułożona w długi półksiężyc wsparła sie plecami o świerkowy młodniak. Przed myśliwymi bieliła się łąka, płaska jak patelnia. Łemko Bury usadowił sie w wygodnym gnieździe i pociągnął z butli. Alkohol wlewał się ogniem palącym piersi. Dawał ciepło. Nad łąką wirowała zawieja, ograniczając widoczność do kilkunastu metrów. Bury precyzyjnie szykował sztucer do pracy, pociągając co chwilę z butli. Po tym jak jego dwaj bracia poszli na wschodnią stronę gór, wiedzeni słowem magnetycznym i wielkim, pozostał sam. Poszli za hyrem ognistym i ciężkim, które przyszło wraz z końcem wojny. Ktoś przyjechał na koniu
i rzucił w spokojnych Łemków jedno tylko słowo – Bandera. Powyciągali spod strzechy karabiny i wyprawieni na drogę, kawałkiem słoniny odeszli. Ci, co pozostali, wybrali nienawiść innych, poniżenie w oczach przybywających osadników i podejrzliwość nowej władzy.
   Bury ułożył się wygodnie na wiązce słomy i popijając wódkę oczekiwał. Zamieć ograniczała widzenie do połowy polany, a wypity alkohol wchodził w krew i mącił wzrok.
– Bury! – Bogdanowycz sprawdzał stan. – Jesteś?
– Jestem, Bogdanowycz.
– Kulawy!
– Jestem
– Bośko!
– Jezdem
– Fiodor!
– Tak toczno
– Pula!
– Jest
– To trzymajcie się, gnaty jedne! Wołki idut! Pasmatrim, kto gieroj!
Nagonka zaciskała pierścień wokół polany, a palba karabinowa mieszała sie z okrzykami naganiaczy. Jazgot wystrzałów dochodził z każdej strony. Bury był pijany. Walczył
z opadającą na sztucer głową i ogarniającym go snem. Wiedział, że nie może zawieść pułkownika. Gdy ujrzał wybiegające na środek dwie sylwetki wilków, pomyślał, że to podwójne, pijackie zwidy. Oddał strzał.  Wilk wyskoczył w górę, wyrwany uderzeniem pocisku. „Dobrze widzę” – pomyślał – „Został jeden”. Po przeładowaniu zamka oddał następny strzał i na polanie pozostała tylko biel śniegu. Ostatkiem sił wypił kilka łyków wódki i upadł nieprzytomny w słomę.
                                                                             
                                                                            *

   Lowka Bogdanowycz, ubrany w żółte bryczesy, tańczył wokół Burego. Podskakiwał na bosych nogach i co raz uderzał go w twarz. Bury siedział przywiązany do małego zydla, na środku izby, doprowadzony do trzeźwości, natarty śniegiem i polany lodowatą wodą. Kobiety zasłoniły sobą kocioł z bigosem i popłakiwały, chowając twarze w kolorowe zapaski.
– Faszysta! – wrzeszczał Buremu w Twarz. – Faszysta i swołocz!
– Darujcie – seplenił z wypływającą ustami krwią. – Bogdanowycz, darujcie.
– Widzicie go? Chachoł jeden! Izwinitie gadasz? Izwinitie? Bandyto i morderco! Skurwisynu, job twaju mać!
– Darujcie, nic nie wiem... Opił żem się jak świnia. Wszystkom zabył.
– Aleś wódki nie zabył! – Bogdanowycz uderzył Burego w brzuch. – Suko!
   Myśliwi siedzieli przy długim stole i w milczeniu przyglądali się scenie. Pułkownik parował wściekłością.
– Opiłem się, pułkownik Bogdanowycz – zapłakał. – Opiłem jak świnia... Śpik mnie wziął
i odebrał życie... Darujcie, towarzyszu.
   Mówił bardzo cicho. Bogdanowycz przykładał ucho blisko jego ust i co słowo uderzał głową w środek nosa.
– Masz! Faszysto... Suko!
   Bury wiedział, że zrobił coś bardzo złego, ale co? Myślał i nic nie przychodziło mu do głowy. Wraz z utratą przytomności całkowicie zatracił pamięć. Nawet nie myślał by zapytać. Bardziej niż bicia bał się prawdy. Po którymś kopnięciu stracił przytomność.
– Teraz, myśliwce moje – Bogdanowycz dosiadł się do stołu. – Musimy coś postanowić. Radźcie!
– Jak tu radzić? Towarzyszu, on nasz, Łemko, tutejszy – łagodził stary Pulek.
– Izwinitie! – przyłożył rękę do serca Fiodor.
– Pomiłujcie! – skłonił sie Bośko, stary kłusownik.
– A może on faszysta i szpion od Bandery? – zwątpił Kulawy.
   Pułkownik podszedł do kotła i zagarnął łyżką. Przez chwilę chodził, mlaskając gołymi stopami o klepisko.
– Wy tu czegoś nie zrozumieli – zaczął łagodnie. – To morderca i bandyta! Swołocz!!! – krzyknął i kopnął w zakrwawioną twarz Burego. – Ja tu coś wymyślę, robaczki moje! Nie takich ja sprawiał, nie takich jak ten.
– Może wódki dać? – zapytał Kulawy. – Napijmy, może coś wejdzie w łeb?
– Dawaj! Bigosu też podajcie.
  Jedli i przepijali. Każdy myślał o Burym i snuł swoje domysły, co do jego losu. Znali Bogdanowycza i wiedzieli, że jemu nie wolno sprzeciwiać się, bo to jak skazujący wyrok. Pułkownik był wielką „figurą” i trzymał władzę w całej okolicy. Gdy już pojedli i wypili kilka butelek wódki, Bogdanowycz powstał i rozkazał ocucić Burego. Kulawy wylał na nieprzytomnego wiadro wody. Bury wracał do świadomości.
– Widzisz ty mnie?! – zapytał pułkownik, pochylając sie nad Burym. – Widzisz? Dywersancie!
– Widzę, towarzyszu.
– Bracia myśliwce! My zrobimy, jak powiem – usiadł i przepił. – Jak wszystko, co tutaj powiem. Buremu zmienić gacie i koszulę. Dąć mu na nogi sapożki, ale nie takie na śnieg, na drogę. Dać mu takie cerkiewne, cieniutkie i płytkie. Mogłem swołocz wykończyć, ale... – Na to, „ale”, wszyscy przyklasnęli, bo już wiedzieli, że to jedno słowo, ma większą wartość niż życie.
– Mogłem go wykończyć – ciągnął mowę Bogdanowycz. – Ale mam lepszy pomysł – uśmiechnął się i zatarł dłonie. – Podkurować mi go do rana, tak żeby stał na własnych nogach. A potem będzie zabawa. Rzekłem!

                                                                            *

   Obudzili go wczesnym świtem. Kazali ubrać się w bardzo cienki garnitur i buty dali jak
z papieru. Bogdanowycz kazali – mówili na usprawiedliwienie i wciskali do kieszeni kawałki kiełbasy. Bury był obity z każdej strony, do tego stopnia, że w bólu nie rozumiał, co się dzieje.
– Idź na Caryńską – szepnął mu do ucha Fiodor. – Tam bracia twoi ze striłcami siedzą. Idź!
  Przed domem myśliwi stali w szyku. Każdy z nich trzymał strzelbę, wspartą na ramieniu. Gdy wyszedł z piwnicy, zdjęli czapki na powitanie. Bury modlił się o szybką śmierć.
– Bury! – odezwał się pułkownik. – Dywersancie jeden! Swołocz jesteś faszystowska
i zdrajca!
– Bogdanowycz! – odparł Bury. – Ty mnie faszystą nie nazywaj! Ja krew swoją przelewałem! Zabij, jak żem winien, ale nie obrażaj!
– Widzicie? Jaki gieroj!
– Gieroj! – potwierdził Bury. – Katujesz mnie! Krew mi upuszczasz niewinnie! Ludzie patrzą i widzą.
– Gdzie te ludzie? Te tutaj, to ludzie? Ty bladź jesteś, jak oni wszyscy!
– Tyś bladź, Bogdanowycz. Jeść ci tutaj dają!
– Patrzcie! Jaki się znalazł!
– Kończ, Bogdanowycz!
– Kończę! Faszystowski ryju! – Odbezpieczył pistolet i przystawił Buremu do głowy. – Dam ci szansę! Poznaj krasnoarmiejskie serce... Obyś sam zdechł! Pójdziesz sobie, rybeńko w las. Tak. Pójdziesz w las. Dam ci dwie godzinki, job twaju mać, dwie godzinki. Po czasie pójdziemy za tobą. Jak do nocy zdybiemy, to masz w czapę! Rozumiesz? W czapę! Będzie polowanie! Ot!
– Ruska świnia! – Buremu było już wszystko jedno. – Enkawudzista jesteś! Podły człowiek.
    Bogdanowycz zbladł jak śnieg. Myśliwi uciekli do domu i przyglądali się zza firanek. Odważne kobiety stały obok, owinięte kolorowymi chustami.
– Idź już! Bo ubiję!
   Łemko Bury odwrócił się na pięcie i poszedł, w cienkich bucikach, w marynarce narzuconej na gołe ciało.
– Polaczki do mnie! – Bogdanowycz krzyknął w stronę domu. – Ktoś musi pochować moje medaliery! – Przez chwilę myślał, bijąc się szpicrutą po bucie. – A oskórować przed zakopaniem! Zapłacą jak za wilki, po całe sto złociszów!